Kolejny wywiad z Krzysztofem Kwietniem-wychowanie zgodne z filozofią Glenna Domana (wersja audio i wideo)

metoda-Domana
Metoda Domana w praktyce

Treść poniższego wywiadu w skrócie:

  1. O gotowości dziecka.
  2. O tym jak ważne jest tempo prezentacji materiału.
  3. Polecane lektury dla rodziców.
  4. O tym, że technika nie jest ważna.
  5. O mitach, utartych schematach i naszych dorosłych ograniczeniach.
  6. O czytaniu globalnym metodą Domana.
  7. O matematyce metodą Domana.
  8. O tym jak poszerzyć matematykę poza to, co proponuje Doman.
  9. Dziecko i komputer.
  10. Zachęta i megamotywacja do tego, żeby się maksymalnie zaangażować w rozwój dziecka przez pierwsze 6-10 lat.
  11. Sposób na kryzysy i bunty.
  12. Dyskusja w temacie diety.
  13. O tym, żeby pozwolić dzieciom sobie „wejść na głowę.”

Kilka słów o moim gościu

Tych z was, którzy nie czytali lub nie oglądali pierwszego wywiadu zapraszam do artykułu podlinkowanego poniżej. W nim też szczegółowo przedstawiłam mojego gościa. Tutaj przypomnę, że on sam w dzieciństwie był „domanowany,” chociaż bez Domana, bo jego rodzice o tej metodzie nic nie wiedzieli. To może być dla co niektórych z Was ciekawe. Dla mnie było i jego historia otworzyła mi oczy na to, o co naprawdę w metodzie Domana chodzi. Bynajmniej nie o karty. W przeciwieństwie do mnie zna się na matematyce. Dla swojego syna zrezygnował z pracy na 6 lat. Priorytetem bylo wychowanie zgodne z filozofią Glenna Domana.

Krzysztof od czasu do czasu udziela rad w naszej grupie dla rodziców na Facebooku Metoda Domana i nie tylko- grupa wymiany doświadczeń dla rodziców. Nie zasypcie go jednak pytaniami zwłaszcza technicznymi. Jeśli napiszecie posta z pytaniem, to na pewno inni rodzice z doświadczeniem Wam pomogą. Krzysztof najważniejszy okres „domanowania” ma za sobą, bo jego syn jest już nastolatkiem.

A teraz bez zbędnych wstępów w moim stylu 😛 zapraszam do lektury, czy też wysłuchania lub obejrzenia wywiadu. Rozmowa zaczyna się monologiem, bo się okazało, że przez część nagrania nie słychać mojego głosu, tylko samego Krzysztofa a potem już zupełnie zniknęłam na chwilę. Taka już złośliwość rzeczy martwych. Zresztą ogólnie mieliśmy problemy na łączach i to co możecie oglądnąć, czy odsłuchać to jest zlepek tego, co udało się z tego odzyskać i połączyć razem. Jakość jest jaka jest, ale da się przeżyć.

Wywiad z Krzysztofem Kwietniem – domanującym tatą na tacierzyńskim

Krzysztof: Zacznę od tego, że dziecko jest już do wszystkiego gotowe w momencie poczęcia. Już od samego początku, od pierwszej sekundy nowe komórki tworzą się w gigantycznym tempie. Nie wiem, w którym momencie powstaje pierwsza komórka mózgowa, czyli neuron, ale to jest proces, który się zaczyna w momencie poczęcia, nie w momencie urodzenia. To jest jeden z błędów nas- dorosłych, czyli podczas gdy dziecko ma już 9 miesięcy myślimy, że jeszcze nic nie potrafi i tak naprawdę jest niczym…powiedzmy workiem skórzanym z mięsem i kośćmi. A tak naprawdę to jest już 9-miesięczna istota, która w gigantycznym tempie się rozwijała przez ostatnie 9 miesięcy. Tak, że proces rozwoju dziecka zaczyna się nie od urodzenia, ale od poczęcia. Najprostszym wskaźnikiem jest to, że już w 6 miesiącu ciąży są rozwinięte wszystkie zmysły dziecka: dziecko słyszy, widzi, czuje smaki pokarmów, które mama je itp. itd. Z uwagi na to urodzenie to jest strasznie późno na naukę, ale nie za późno. Trudno jest zacząć wcześniej, ale jest to możliwe. Wiadomo, że dziecko widzi jak przez mgłę, ale słyszy. Dźwięki się wcale nie rozchodzą tak dobrze w powietrzu. O wiele lepiej rozchodzą się w wodzie, a dziecko przecież pływa w czasie ciąży i na skutek tego słyszy lepiej niż zaraz po urodzeniu. Nie widzę powodu, żeby czekać np. z muzyką klasyczną do momentu urodzenia. Od 6 miesiąca ciąży można już puszczać dziecku Bacha.

Jeśli chodzi o tempo prezentowania materiału, bo takie pytanie też padło to zbyt wolne tempo to pierwszy krok do znudzenia dziecka. Mowa oczywiście już o kilkumiesięcznym dziecku. Im szybciej, tym lepiej. Należy trenować przed lustrem, na sucho jak dziecko już śpi. Jak najszybciej. Sekunda na kartę to jest, że tak powiem, obowiązek rodzica, który dba o rozwój własnego dziecka. Oczywiście może być szybciej, a nawet powinno być.

Jeszcze jedna uwaga co do tempa mi się skojarzyła a’propos tego, że jedna osoba czyta szybciej, inna wolniej. My bardzo często mylimy czytanie z mówieniem. Czytanie na głos nie ma wiele wspólnego z czytaniem. Recytacja to jest sprawa bardziej teatralno-choreograficzna. Do czytania mowa nie jest w ogóle potrzebna. To jest dodatek, który dziecko wykorzystuje w momencie kiedy poznaje język, kiedy zaczyna rozumieć, że może się dowiedzieć co myślał Arystoteles, bo może przeczytać jego książkę. To jest coś fantastycznego. Dzieci w momencie urodzenia o tym nie wiedzą. Nie wiedzą, że jest jakaś przeszłość, że ludzie piszą książki, że pisali książki. Ludzi nie ma a książki są. Do tego mówienie nie jest w ogóle potrzebne. Dlatego przy pokazywaniu kart należy jak najszybciej czytać i nie trzeba się starać aby to było jakieś ładne czytanie tak jak przy recytacji, przy poezji. Wprost przeciwnie, byle szybciej: raz, dwa trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć. Ile kartek pokazałem z matematyki w dwie sekundy? Tak należy czytać.

Jeszcze wrócę do tematu: „Kto to jest Krzysztof Kwiecień?,” bo ty zawsze mówisz, że jestem pasjonatem itp. Domana i że wychowałem syna w taki czy inny sposób. Osobiście twierdzę, że nie ma czegoś takiego jak wychowanie dziecka. Przynajmniej nie jest to proces sterowalny przez dorosłego. To raczej dziecko steruje swoim „wychowaniem,” a właściwie to rozwojem.

Tak w skrócie, łopatologicznie chciałem powiedzieć: Czytajcie Domana. Czytajcie w kółko te same książki. Doman przetestował to co wymyślił na dziesiątkach i setkach tysięcy dzieci i rodziców z całego świata, którzy do niego przyjeżdżali. On sam też jeździł po całym świecie z ekipą. Jest to opisane w tych mniej popularnych książkach tj. „What to do about Your Brain-Injured Child” („Jak postępować z dzieckiem z uszkodzeniem mózgu”) oraz w „Fit Baby, Smart Baby, Your Baby” („Sprawne dziecko, mądre dziecko, twoje dziecko”). Cała historia jest też opisana w książce Raymundo Verasa. On z kolei działał w Brazylii. Mówili o sobie, że są jak bracia. Jego książkę też zapiszcie sobie jako lekturę obowiązkową dla rodzica. W każdym razie ja przeczytałem Domana jednym ciągiem i on był dla mnie od samego początku jasny i w pełni zrozumiały.

Teachyourbaby: Uff…znowu mnie wyrzuciło. Mówiłeś o tempie, o tym, że trzeba czytać Domana…

Krzysztof: O właśnie to. W łopatologicznym skrócie: czytajcie Domana na okrągło. Ja jestem tylko jednym z tysięcy przykładów i jest bardzo mało prawdopodobne, że mój przykład będzie taki sam jak czyjś przykład. Doman przećwiczył swoją metodę na takiej ilości dzieci z całego świata, że to jest nieprawdopodobna ilość obserwacji. Dlatego sięgajcie do źródła, czyli nie do mnie, tylko do Domana. Tak jak Aga kiedyś zauważyłaś te książki się czyta za każdym razem z kolejną dawką własnego doświadczenia. Coraz lepiej rozumiemy rozwój dziecka. Ono jest już na kolejnym jakimś tam etapie i przez to wyciągamy z tej samej książki kolejne rzeczy.

Teachyourbaby: Dokładnie tak jak mówisz. Nie polecam czytać książek Domana tylko jeden raz, bo wtedy się je rozumie tak jakby pobieżnie.

Krzysztof: Zdecydowanie. Należy cały czas czytać. Najlepiej wszystkie, ale można sobie wybrać 2-3 i codziennie albo jak nie ma czasu to raz naw tygodniu nawet przerzucić sobie, zobaczyć zdjęcia, bo w temacie rozwoju fizycznego to warto jest czasami same zdjęcia pooglądać. Jest ich dużo w tej książce „Fit Baby, Your Baby, Smart Baby.

A’propos łopatologicznego przedstawienia, to najczęściej jest tak, że na dzień dobry skupiamy się na technikach. Doman pisze wyraźnie: „Techniki są nieważne. Magia leży w Tobie i Twoim dziecku. Nie w technikach.” Mało tego. Jak sobie obejrzycie bieżące filmiki, czyli już nie Domana, ale jego córki-Janet Doman, to ona na tych filmach na kanale YouTube z Filadelfii mówi wyraźnie, że oni, czyli cały Instytut, cała ekipa trąbi to samo od 70 lat, że nie techniki są ważne, że chodzi o sposób podejścia itp. i mimo, że tyle lat już minęły to oni ciągle muszą to rodzicom tłumaczyć. To jest według mnie najważniejsza rzecz jeśli chodzi o łopatologię. Jeżeli pytanie brzmi: „Jak to…?” to zostawiamy te karty i zastanawiamy się po co ja chcę to zrobić. To jest pytanie od Domana. Jak będziesz wiedział/ wiedziała dlaczego…jak znajdziesz swoje „dlaczego” to te karty to jest tak prosta sprawa, że aż przykro patrzeć, że to jest takie proste, a my to komplikujemy.

Dlaczego jestem zainteresowany albo zainteresowana rozwojem własnego dziecka? Po co mi to? Czy chcę błysnąć przed sąsiadami? Czy chcę pokazać komuś świadectwo ze szkoły? Czy naprawdę mi zależy, żeby to dziecko, ten człowiek (bo to jest od poczęcia człowiek, a nie dziecko, które się stanie człowiekiem) miał szczęśliwe życie? Czy jestem w stanie się zaangażować? Techniki przychodzą same.

Jak wiemy dlaczego to te karty to jest tak prosta sprawa, że aż trudno odpowiedzieć na takie pytanie.

Teachyourbaby: W sumie przygotowanie też nie zajmuje nie wiadomo ile. Niektórzy nowi członkowie grupy się stresują, że mają tylko godzinę czy coś. Odkąd spróbowałam polecam ręczne pisanie. A Ty?

Krzysztof: Ja powiem tylko jedno. Liczy się czas. Te karty naprawdę mogą być byle jakie. Jak brzydko musielibyśmy coś napisać, żeby to było nieczytelne dla dorosłego człowieka? Piszmy szybko. Odpowiednia grubość czcionki i jej wielkość i jak najszybciej. Można naprawdę nabazgrać. Chodzi o to, żeby tych kart było dużo nowych codziennie. Oczywiście tyle ile damy radę, ale przez godzinę to naprawdę można ich sporo naprodukować. Nawet tymi grubymi czcionkami na samym początku to przez godzinę można robić…1 kartę na minutę…60 kart nowych codziennie? Byle jak, byle szybko.

Teachyourbaby: Tego potrzebowałam. Doman pisze, żeby starać się odzwierciedlać pismo drukowane w książkach.

Krzysztof: Tak, ale tu chodzi o to, żeby nie wydziwiać i żeby nie malować tych literek, nie robić zawijasów. Doman pisze wyraźnie w wielu miejscach: „Matki czasami skupiają się na tym, żeby to były takie równiutkie literki.”

Dlaczego pisze, żeby było tak jak w książce? Przyjrzyjcie się jak wygląda „a” w książce i jak wygląda „a” w każdym przedszkolu i w każdej szkole. To są różne litery. Oczywiście dziecko sobie poradzi. Wpadnie na to, że jedno i drugie to to samo”a,” że to jest ten sam dźwięk i ta sama litera i oznacza dokładnie to samo. Ale to nie o to chodzi, żeby były tak równiutkie jak z drukarki.

Jeśli chodzi o lekturę książek Domana to często pomaga przerzucenie książki, takie naprawdę szybkie np. patrzymy na co 10-tą kartkę…co mi wpadnie w oczy to przeczytam. A właśnie…a’propos łopatologii i czytania cytuję: „Nie jest możliwe, aby dać dziecku za dużo książek.” Naprawdę można pokazać słowa, karty i w ogóle w setkach tysięcy. Dziecko będzie po prostu je pochłaniać. Im więcej dostaje, tym więcej będzie pragnąć. Jednak obyśmy mieli tylko takie problemy biorąc pod uwagę, że w naszym systemie edukacji od 30 do 45% osiemnastolatków nie potrafi dobrze czytać. To są oczywiście badania głównie amerykańskie, ale tak jest według mnie na całym świecie, że społeczeństwa dorosłych nie potrafią czytać w porównaniu z tym, co dziecko potrafi i może. My je tego oduczamy. Mówimy: „Nie, nie. Potem się nauczysz.” Dwa słowa to już jest dużo. Następne dwa będą za rok.

A’propos materiałów, uwaga cytuję: „Niektóre matki…” Ojcowie oczywiście też, bo Doman na początku swoich książek zaznacza, że słowo „matka” oznacza rodzica. Tak jest dla niego prościej i takiego określenia używa w swoich książkach. A więc: „Niektóre matki używają szablonów do tworzenia kart. Stworzone w taki sposób karty są piękne, jednak ich przygotowanie pochłania mnóstwo czasu. Czas jest cenniejszy, a matki muszą nim gospodarować jeszcze oszczędniej niż przedstawiciele jakiejkolwiek innej profesji. Musisz więc znaleźć szybki i skuteczny sposób na przygotowanie swoich kart, ponieważ będziesz potrzebowała ich mnóstwo.” Słowo „mnóstwo” jest napisane kursywą, jest zaznaczone. „Najważniejsze jest, żeby były schludne i czytelne. Nie muszą być idealne. ”

Teachyourbaby: Nie zwróciłam na to uwagi szczerze mówiąc.

Może na bieżąco będę Ci czytać pytania. Mam tutaj już jedno. Mogę Ci tak przerywać?

Krzysztof: Spoko. Tak.

Teachyourbaby: A nie jest tak, że jak dziecko dostanie dużo książek to straci zainteresowanie?

Krzysztof: A co ja przed chwilą przeczytałem? (irytacja w głosie)

Teachyourbaby: (śmiech)

Krzysztof: (śmiech) Właśnie nie. To jest mit. Jest w Domanie rozdział „Mity dotyczące czytania.” To jest jeden z nich. To jest nieprawda. Ja nigdy nie widziałem takiego dziecka, ani o takim nie słyszałem. Problemem nie jest za dużo czytania. Problemem jest za mało czytania. W Domanie czytamy: „Małe dzieci chcą się uczyć czytać. (…) Małe dzieci mogą się nauczyć czytać” i tak dalej i tak dalej. To jest mit, że dziecko będzie miało czegoś za dużo. Jest dokładnie na odwrót. To jest zbiornik bez dna. Doman pisze wprost, że to jest jeden z niewielu „pojemników” (chodzi o mózg ludzki), który im więcej dostaje danych, tym jest większy. Nam się wydaje, że jest na odwrót, że go zapełnimy kiedyś. Mózg ludzki ma praktycznie nieskończoną pojemność i to jest fascynująca rzecz. Do tego musimy się przyzwyczaić, że mózg ludzki działa odwrotnie niż każde szklane naczynie. Im więcej wlewamy, tym więcej się mieści. Pokażcie mi dziecko, które zrobi tysięczny krok i się znudzi, bo tych kroków już jest za dużo i pomyśli: „To ja się nie uczę chodzić.”

Teachyourbaby: Ja myślę, że z tymi książkami to jest tak, że jednymi książkami dziecko jest zainteresowane, a innymi nie. Na tej zasadzie.

Krzysztof: Może tak być. Oczywiście. Należy dziecku dać wolność wyboru. Jeżeli się pojawia znudzenie, to przyczyna jest dokładnie przeciwna. Za wolno i za mało.

Teachyourbaby: Poruszmy jeszcze temat czcionki, bo rozmawialiśmy na temat mojego nieidealnego „g” i pewnie „a” też w ręcznym pisaniu pismem drukowanym (śmiech). Staramy się odwzorowywać jakąś konkretną czcionkę, tak przynajmniej mniej więcej czy po prostu, żeby to były w miarę proste litery, pisane osobno, niepołączone i niezbyt ozdobne?

Krzysztof: Najważniejsze jest, żeby pisać te słowa szybko. Dobrze, jeżeli to jest zawsze ta sama czcionka, czyli tak jak piszesz to tak pisz, nie kombinuj za dużo. Uwaga, mam cytat: „Matki i ojcowie często dzielą się przygotowywaniem kart. Starajcie się więc, aby sposób ich przygotowania był jednakowy. Dziecko potrzebuje, aby wizualne informacje, które dostaje były godne zaufania i spójne. To ułatwia mu zadanie.” „Spójne” a nie „ładne.” Jeżeli w taki a nie inny sposób piszesz „g” to niech to będzie zawsze to samo „g” i tyle.

Teachyourbaby: A jeszcze coś a’propos tego samego. Zauważyłam że w kilku książkach, bo w większości mam takie standardowe „a” drukowane, mam takie „a” zbliżone do wersji pisanej. W sumie ja już moją Maję domanuję już długo i zaczęłam jej teraz mieszać.

Krzysztof: Ale w jakich książkach? Specjalnych dla dzieci, czy w normalnych książkach dla dorosłych?

Teachyourbaby: Dla dzieci.

Krzysztof: Wszystko co jest z nazwy „dla dzieci” na śmietnik natychmiast.

Teachyourbaby: Aha, czyli jak jest taka inna czcionka w książkach dla dzieci to źle, tak?

Krzysztof: Podam inny przykład. Można kupić płyty z nagraniami muzyki dla dzieci. Ja jak coś takiego słyszę to mnie szlag trafia, bo na przykład symfonie na Wielką Orkiestrę Symfoniczną Beethovena, gdzie jest tyle harmonii, że jest to nie do pojęcia są zamienione w jednogłosową melodyjkę, bo to jest dla dzieci. I mamy tutaj kolejny mit: dziecko jest małe, więc jest jeszcze niedorozwinięte, dopiero się stanie człowiekiem i jako, że na razie niewiele rozumie to uprośćmy wszystko. Tak są produkowane wszystkie edukacyjne zabawki.

Teachyourbaby: A co do tego „a,” bo to mnie jeszcze nurtuje. Czy to nie jest tak, że jeśli to jest tylko jedna litera, którą widzi w różnych wersjach, czy dziecko nie stwierdzi w końcu, że to jest jedno i to samo, tak samo jak mamy w języku polskim na różne sposoby pisane „u” na przykład („ó” oraz „u”).

Krzysztof: Jesteś uparta.

Teachyourbaby: No tak….wiem. Ale po prostu mam kilka takich książek i co? Przerabiać to wszystko? One mają duże literki.

Krzysztof: Tempo się liczy. To o co pytasz nie jest aż tak ważne. Chodzi o to, żeby ułatwić dziecku zadanie, ale nie żeby odejść od filozofii i zacząć teraz jedno słowo pisać godzinę. Musi być szybko. Szybko, spójnie, w miarę ładnie.

Teachyourbaby: Czyli podsumowując to nie ma tak naprawdę większego znaczenia, że ta jedna literka się czasem różni.

Krzysztof: Ma znaczenie, ale nie aż takie.

Teachyourbaby: Właśnie to chciałam usłyszeć, bo już miałam zamiar się uczyć na przykład tego „g,” którego nie umiem napisać idealnie odzwierciedlając wersję drukowaną. Nie musi być idealnie. Super.

Krzysztof: Jest na pewno dobrze. Tu chodzi o tempo. Wyobraź sobie, że zamiast ślęczeć nad tym jednym „g” (dobra litera nam się trafiła) mogłabyś w tym samym czasie swoje dziecko nauczyć płynnie baskijskiego.

Teachyourbaby: No tak (śmiech) …

Krzysztof: Albo 14 innych języków, bo dziecko się nauczy tylu języków ile mu pokażesz.

Teachyourbaby: Mamy tutaj komentarz, że przecież książki dla dzieci uczą wielu przydatnych rzeczy i są one przedstawione w przystępny dla nich sposób.

Krzysztof: Nieprawda. Są przedstawione tak, żeby dorosłemu było łatwiej i żeby mógł patrząc na dziecko podbudowywać swoją wyższość. To jest nieprawda. To jest mit. To jest lipa.

Teachyourbaby: Coś w tym jest, bo ja zaczęłam już Mai przedstawiać programy inteligencji i jak mi się trafi jakieś takie dość trudne zdanie to oczywiście jej czytam, ale z takim dziwnym poczuciem, że to nie jest dla niej (śmiech).

Krzysztof: I to poczucie należy w sobie zniszczyć (śmiech). Wyobraź sobie, że masz przed sobą pięcioletniego w jednym ciele, z jednym mózgiem Einsteina, Mozarta, Da Vinciego i jeszcze 15 innych. Masz przed sobą taką istotę, a ty mu czytasz jakieś uproszczone rzeczy. No..sorry…(śmiech)

Teachyourbaby: Niby tak…takie książki zostały stworzone przez dorosłych.

Krzysztof: Dlatego właśnie należy czytać Domana. Odłożyć te karty i zrozumieć Domana.

Nauczcie się chodzić na rękach w ciągu jednego roku. Dziecko potrafi takie rzeczy robić i nie chodzi na lekcje. Urodzone świeżo dziecko nie będzie chodziło przez rok na zajęcia z mówienia i nie będzie przez rok chodziło na zajęcia z chodzenia. Jakim cudem się nauczy tak dobrze chodzić i mówić? Zwróćcie uwagę na to, że ludzkość cały czas nie potrafi zbudować chodzącego robota. Wygooglujcie sobie. Potrafimy mnóstwo rzeczy. Japończycy wymyślają coraz to nowe roboty. Potrafimy polecieć na Księżyc i wrócić. Nie potrafimy odtworzyć chodzenia. To jest naprawdę skomplikowana sprawa. Dlaczego w programie polskiej czy światowej edukacji nie ma programu równowagi? Mamy motorykę małą i dużą i koniec. U Domana jest motoryka mała, motoryka duża i równowaga, jako zupełnie osobna dziedzina, osobny zmysł. Pomijamy tak ważną rzecz. Możemy sobie pominąć zmysł rozpoznawania temperatury, bo może nie jest on tak ważny w dążeniu do szczęścia naszych dzieci, ale jeśli chodzi o równowagę powinniśmy od początku robić to co proponuje Doman. To tak w skrócie.

To poczucie, które masz jak czytasz dziecku skomplikowaną rzecz, że ono tego nie rozumie…To poczucie należy w sobie zniszczyć. Najprościej to zrobić obserwując dzieci i podtykając im coraz trudniejsze rzeczy pod nos. Wtedy zdziwicie się nie raz jakie dzieci potrafią wyczyniać cuda jeśli chodzi o aspekt fizyczny, emocjonalny i intelektualny. Przykładowo roczne dziecko potrafi wyciągnąć z tłumu osobę najmniej szczęśliwą. Naprawdę. Nieraz to widziałem na własne oczy. Jest w przedszkolu tłum dzieci, które na rozkaz pani nauczycielki podrygują w takt uproszczonej, żeby nie powiedzieć prostackiej muzyczki i przychodzi jeden i mówi, że tamto dziecko się dobrze nie bawi albo że jest smutne. To jest rzadka umiejętność u dorosłych.

Teachyourbaby: Tutaj mi coś Shichidą zalatuje. Intuicja… (śmiech).

Krzysztof: Tak zwana cywilizacja zachodnia ma parę minusów według mnie w stosunku do Azjatów. Dla nich rzeczy, które się zaczynają od szóstego zmysłu albo od siódmego i idą daleko dalej są wpisane w kulturę. Tak mi się wydaje, bo nigdy tam nie byłem. My uważamy, że to są jakieś czary-mary i nawet dorośli się tego po prostu boją. Dzieci natomiast, nie wiem dlaczego, ale potrafią korzystać z intuicji. Jest tzw. esp, które my określamy jako postrzeganie pozazmysłowe. To tak jakby ktoś powiedział, że zmysłów jest 6, a jak już coś zauważysz albo wymyślisz dalej to już nie działasz w oparciu o zmysły, ale o coś poza nimi.

Sześć zmysłów to jest sprawa umowna. To dorośli zajmujący się rozwojem wymyślili sobie liczbę 6. Dlaczego nie ma zmysłu temperatury? Puśćcie dziecko gorącym latem albo zimną zimą boso w jakikolwiek teren. Jeśli mu pozwolicie chodzić boso to ono będzie stopami zastanawiać się dlaczego w tym miejscu chodnika jest zimniej, a w innym jest cieplej. Będzie się zatrzymywało w dziwnych miejscach, które mają inną temperaturę. Przeciętny dorosły tego w ogóle nie widzi. Dla dzieci jest to normalne. My uważamy, że zmysłów jest 6 i koniec.

Teachyourbaby: Yhm…a wróćmy jeszcze do czytania, bo wtedy nam akurat przerwało jak zadałam pytanie, którego nie lubisz.

Krzysztof: A właśnie…odmiany, ilość pokazywania i tak dalej (śmiech). Według mnie pytanie jest źle zadane to znaczy to nie jest aż tak ważne i często jak się skupiamy na tym, że tu jest tyle odmian w język polskim, a w angielskim jest inaczej to tracimy z pola widzenia sedno. Doman zaobserwował, odkrył i opisał prostym językiem sposób w jaki mózg ludzki się uczy. Sam się uczy. Małe dzieci przecież nie chodzą na żadne zajęcia, a się uczą. Czytajcie też Johna Holta. To główny amerykański unschooler całe życie poświęcił na poprawianie szkół aż w końcu doszedł do wniosku, że nie da się naprawić szkoły. Jest ona czymś co ze swej natury hamuje rozwój. To nie jest aż takie ważne ile jest odmian w danym języku. Dziecko i tak się tego nauczy.

Teachyourbaby: Tu chodzi o pokazywanie już odmienionych słów. U Domana w sumie są podstawowe. Jedynie czasowniki są w innej formie, nie w bezokoliczniku. A ty w jakiej formie pokazywałeś?

Krzysztof: Są w takiej formie w jakiej są słowa w języku angielskim. Ja się nad tym nie zastanawiałem w ogóle. To co mi przychodziło do głowy – pisałem. Pokazywałem słowa, tak jak je dorośli używają w języku polskim. To już w ogóle jest najmniej ważne na pierwszym etapie. Ważne jest, żeby dziecko załapało, że ten „malunek” słowny oznacza jakąś rzecz. Dziecko, które pierwszy raz widzi słowo w swoim życiu np. w drodze ze szpitala, czy może godzinę po urodzeniu widzi nad gabinetem rentgenologicznym napis „stop” nie ma pojęcia, że za tym „obrazkiem” kryje się jakieś pojęcie, jakieś znaczenie, że to coś może oznaczać. To jest jakiś „es flores” na ścianie. Podstawą tego pierwszego etapu prezentacji słów jest zrozumienie, że pojedyncze słowo coś oznacza podobnie jak w matematyce pierwszym etapem jest zrozumienie pojęcia ilości czy liczebności.

Matematyka jest językiem. Dźwięki w muzyce też są językiem. Układ ciał w ruchu tzw. choreografia to też jest język. Plamy na obrazach złożone z różnych kolorów to jest język, którym my, ludzie potrafimy przekazywać pojęcia, emocje, znaczenia. Dziecko się tego języka nauczy o ile będzie miało do niego dostęp.

Kart musi być jak najwięcej. Piszcie tak jak uważacie. Te odmiany powinny być. Pokazujemy najpierw w mianowniku, w liczbie pojedynczej. Potem pojawiają się kolejne, bardziej skomplikowane rzeczy. Jak mamy dwuwyrazy to oczywiście napiszemy „niebieski słoń,” a nie „niebieskie słoń.”

Teachyourbaby: Yhm….ale tu chodzi o pojedyncze słowa. Dobrze wiesz, czemu o to pytam (śmiech).

Krzysztof: To nie ma znaczenia. Naprawdę. Powtórzę jeszcze raz: kart musi być jak najwięcej. Dziecko sobie z odmianami poradzi. Pamiętajcie, że dziecko słyszy język. Na szczęście nie ograniczamy się w mówieniu do dzieci. Ograniczamy się tylko! w pokazywaniu języka pisanego. Gdybyśmy się ograniczali w mówieniu do dzieci, prawdopodobnie połowa ludzkości w ogóle by nie czytała i nie mówiła. Te karty, które dziecko zobaczy powiedzmy raz dziennie ono je usłyszy 100 razy dziennie, oprócz tego, że zobaczy.

Teachyourbaby: W tym momencie dość dużo buziek nam poleciało…różnych.

Mam tutaj pytanie od mamy, która ma teraz problem z Internetem, a więc z prywatnej wiadomości. Według Ciebie książki powinno się jakoś dozować, stosować jakąś rotację, czy zostawić wszystkie jakie są …dziesiątki książek…do wyboru?

Krzysztof: Dziesiątki tysięcy, tak?

Teachyourbaby: W pytaniu mam „dziesiątki” (śmiech).

Krzysztof: Utopcie dzieci w książkach.

Teachyourbaby: U nas tak jest. Już w trzech pomieszczeniach są na podłodze.

Krzysztof: Tak…w samochodzie, w piwnicy, w łazience, w wannie…wszędzie. My dorośli byśmy chcieli niestety, żeby te dzieci zostały takie małe, takie słodziutkie, kochane i w ogóle. Dziecko natychmiast po tym jak zanurzy się w świat pourodzeniowy to natychmiast chce być dorosłe, bo tylko to widzi. Widzi, że dopiero co urodzone dziecko nie chodzi, ale trochę większe już tak. Rozwój według Domana, z czym ja się zgadzam w stu milionach procentów, jest jedyną rzeczą, o który człowiekowi w życiu chodzi. Od poczęcia człowiek chce tylko jednego – rozwoju. Cała reszta to tylko dodatek. Mogłoby wszystkiego nie być, ale rozwój musi być. Oczywiście jest w tym rola dla obojga rodziców. Naczelnym celem życia ludzkiego jest rozwój. Gdy dziecko widzi, że rodzice czytają i widzi te śmieszne rzeczy na półkach pionowo stojące to za wszelką cenę chce się dowiedzieć co to jest, chce się tego nauczyć.

Teachyourbaby: O..mam tutaj pytanie: „Panie Krzysztofie! Pański syn nauczył się czytać samą metodą Domana tzn. roszyfrował kod liter?”

Krzysztof: Ehh…to stwierdzenie „rozszyfrował kod liter”…Zapytam się go jutro (śmiech).

Teachyourbaby: (śmiech)

Krzysztof: Nie…to tak nie działa. Chyba nie…Nie sądzę…To nie jest kod liter. To jest język. To jest skomplikowana, duża, wielopoziomowa rzecz, której dziecko się uczy składając z elementów pojedynczych. Ilość przechodzi w jakość.

Pokazujemy słowa. Nie ma czegoś takiego jak kod liter. Kod liter to jest do pisania potrzebny, bo piszemy po literce. Język to jest duża, skomplikowana rzecz, a jego nauka np. języka matematycznego, literackiego, muzycznego (dźwięków), języka obrazów jest tak skomplikowana, że trudno znaleźć jeden sposób na nauczenie czegoś. Raczej wiemy, że człowiek sam siebie uczy. Nie musimy być nauczycielami. Wystarczy, że będziemy wspierać dziecko, żeby ono się samo uczyło. Doman jako jedyny zauważył, że z pojedynczych elementów, których pokazujemy bardzo dużo, dziecko sobie składa po kawałku to jak należy rozumieć język i co ten język do dziecka mówi. Na przykład w matematyce z wielokrotnego dodawania łatwo zrobić mnożenie. Uwierzcie mi, że jeśli uczymy matematyki Domanem, a nie jakimiś tam szkolnymi kasztankami to dziecko w momencie gdy dodajemy 2+2+2+2 +…i dodajemy tych dwójek już milion, wpadnie na to, że tych dwójek jest milion. I to jest mnożenie! Nie muszę milion razy dodawać 2+2+2+….Wystarcz, że powiem, że jest milion dwójek. W przypadku mnożenia, jeśli pokażemy wystarczająco dużo przykładów, to dziecko wpadnie na to, że jest coś takiego jak potęga.

Teachyourbaby: Czyli potęg nie trzeba osobno robić?

Krzysztof: Chodzi mi o to, że wszelkie kombinacje typu: „A tak trzeba…a tak nie trzeba…” są niewiele warte, bo dziecko i tak się tego nauczy pod warunkiem, że będzie miało dużo pojedynczych przykładów. My dajemy przykłady słów…potem zdań i tak dalej i potem okazuje się, że dziecko potrafi wymyślić swoje własne zdanie.

Teachyourbaby: Przerwę Ci, bo mam tutaj pytania: „Inaczej…nauczył się czytać tylko Domanem, czy były potem inne metody czytania?”

Krzysztof: Nie no…przede wszystkim jakie metody? My po prostu lubimy czytać i czytamy na okrągło i wszędzie. Ja między innymi pokazywałem karty, ale też czytaliśmy wieczorami...

A właśnie…a’propos tego, że coś jest zbyt skomplikowane lub za trudne…Ja czytałem Szekspira. Nie pamiętam ile wtedy Michał miał lat…powiedzmy trzy lub cztery.

Jeszcze powiem tutaj o Stanisławie Lemie. Jest on uznany na całym świecie, a w Polsce prawie nie znany. To, że jego książka stała się lekturą jeszcze go zabije w oczach nastolatków. Już się właściwie tak stało. Michał się zakochał w Lemie jak miał 4 lata. Czytaliśmy po prostu w cudzysłowie „książki dla dorosłych,” ale były to perełki literatury. Ja znam osobiście człowieka tj. już jakieś 30-40 lat się z nim nie widziałem, który będąc zawodowym aktorem-recytatorem do kołyski recytował Szekspira (naprawdę pięknie to robił, profesjonalista). Dziecko było zachwycone. Nie pamiętam ile miało…2-3 miesiące. I tak codziennie.

A my po prostu lubimy czytać, czytamy codziennie i uważamy, że czytanie jest ważne. Książek jest wszędzie pełno.

Jak ja się zorientowałem, że to wszystko jest takie proste z tymi kartami to pokazywaliśmy karty, jak najszybciej, jak najwięcej i w ogóle. I tyle. I czytał. Każdy kiedyś będzie czytał, tylko chodzi o to, że jeśli będziemy wspomagać uczenie czytania się tak jak dziecko się uczy, tak jak mózg to robi, to będzie szybciej, łatwiej i przyjemniej i nie będzie z tym problemów w przyszłości. Po prostu dziecko będzie umiało czytać i to na takim fajnym poziomie i przede wszystkim będzie chciało czytać. Będzie kochało książki. To jest najważniejsze.

Teachyourbaby: Tutaj jeszcze mam pytanie: „Do jakiego etapu w takim razie traktować książki dla dzieci jako nieprzydatne? Nie od razu przecież dzieci będą chciały przeczytać dorosłe książki dla przyjemności.” I tutaj taka minka zastanawiająca się.

Krzysztof: Będą chciały od razu tylko nie będą umiały. Będą strasznie chciały. Właśnie na tym to polega, że dziecko od urodzenia chce być dorosłe. Chce chodzić, najlepiej biegać, chce robić wszystko to co my. A my dorośli jesteśmy dla dziecka na początku bardzo nieosiągalnym celem. Gdy dziecko zaczyna się ruszać wchodzi w etap takich ruchów chaotycznych, które powodują zmianę kierunku i zaczyna się przemieszczać. Nie pamiętam ile ma przeciętnie, ale najpierw leży sobie na plecach albo lepiej jak na brzuchu i chaotycznie rusza wszystkim czym się da i się chaotycznie przemieszcza we wszystkich kierunkach. Potem nagle okazuje się, że ruch może wywołać celowe przemieszczanie w celowo zaprojektowanym kierunku. Dziecko na przykład zaczyna się poruszać w kierunku szafki z materiałami sypkimi w kuchni.

My nie jesteśmy przyzwyczajeni do obserwowania dzieci, ale to jest niesamowita radość. Weźmy przykład z Domana i poobserwujmy dzieci. On rano po przebudzeniu wchodził do sali, gdzie przebywały dzieci, siadał w kącie i się im przypatrywał i był zachwycony tym, co widzi. To według mnie powinien robić każdy rodzic przynajmniej raz dziennie. Niezależnie od tego, czy dziecko ma dzień, miesiąc, czy rok, pięć, czy piętnaście lat są takie momenty, że dziecko nagle odkrywa, że się czegoś nauczyło. To jest tak nieopisania radość, że łzy się leją jak woda z kranu nawet twardym rodzicom. Dziecko chce czytać już od urodzenia. Właśnie o tym pisze Doman: „Dzieci chcą się nauczyć czytać. (…) chcą czytać (…) i czytają.” Tylko my to wszystko robimy za wolno.

Teachyourbaby: To, że dzieci są zainteresowane takimi dorosłymi książkami to w sumie coś w tym jest. Nieraz jak czytam swoją książkę to Maja się interesuje i mi ją zabiera. Raz…nie wiem, czy to przez przypadek tak wyszło czy nie, bo akurat czytałam wyjątkowo książkę w języku polskim, powiedziała mi, że to jest książka dla taty.

Krzysztof: No i super…widzisz…

Teachyourbaby: Moja reakcja wtedy: „Aha…pomyliłam się.” (śmiech) Ja zwykle czytam tylko po angielsku i to mnie trochę zbiło z tropu. Nie wiem, czy rozpoznała język, czy…

Krzysztof: (śmiech) Tak…przez przypadek…ha ha ha…

Teachyourbaby: Naprawdę nie wiem.

Krzysztof: To ja Ci mówię, że nie przez przypadek.

Teachyourbaby: Mam kolejne pytanie: Jak to u Ciebie dokładnie wyglądało..jak rozpoznałeś i kiedy, że Twój syn umie czytać? Czy to też tak było nagle jak u Minge? (wiem, że słuchałeś wywiadu) Czy może wcześniej jakieś olśnienia/ przebłyski…rozpoznawanie literek…no nie wiem?

Krzysztof: Nie..te literki to jest pomyłka. Jeśli dziecko rozpoznaje literki to jest błąd dorosłych, bo literki się przydają przy pisaniu. O tym u Domana jest może dwie, czy trzy strony pod tytułem: „Po co nam alfabet?” Alfabet przeszkadza w czytaniu. Jest bardzo szkodliwy w temacie czytania. Alfabet się przydaje przy pisaniu, ale ponieważ ręka w sensie motoryki małej będzie rozwinięta o wiele później niż mózg jeśli chodzi o czytanie, to pisanie jest naprawdę czymś na potem, potem, potem….Dzieci półroczne potrafią czytać biegle i szybko. Tomek Lunsky to przykład z Domana. Kto czytał ten wie. Rodzice Tomka przekonywali Domana miesiącami, że on umie czytać. On miał poważne uszkodzenie mózgu. To nie było w cudzysłowiu „zdrowe dziecko,” ale miało zaangażowanych rodziców. Był taki moment, że Tomek zobaczył zdanie, dorosły zdążył przeczytać bodajże pierwsze dwa słowa, a Tomek zaczął się od razu śmiać, bo zdążył przeczytać całe zdanie, które brzmiało mniej więcej: „Tata pije dużo piwa, więc ma wielki brzuch.” On to w ćwierć sekundy przeczytał.

Yyy…o czym mówiliśmy?

Teachyourbaby: O przebłyskach/ olśnieniach…może podasz jakieś przykłady? Czyli podsumowując: rozpoznawanie literek – nie…

Krzysztof: Unikajcie literek…to przeszkadza w czytaniu. Literki będą potrzebne przy pisaniu.

Teachyourbaby: Ale zauważanie literek jest ok, co nie? Zauważanie w sensie…oo…literki….literki….

Krzysztof: Ile razy mam powtarzać? (śmiech) Jesteś uparta.

Teachyourbaby: Moja Maja nie rozpoznaje liter, ale np. mamy czasem karaoke i ona komentuje np. „Ooo…zniknęły literki” albo „Tu są literki.”

Krzysztof: Ale to mam nadzieję w takim sensie, że zniknęły słowa.

Teachyourbaby: Pewnie tak.

Krzysztof: Jeżeli dziecko zwraca uwagę na literki to już mamy opóźnione czytanie, czyli rozwój całego dziecka. Hamujemy człowieka.Niepotrzebnie. Wystarczy pójść do przedszkola i posłuchać jak dzieci czytają np. sylabami lub zamiast przeczytać „mama” mówią „m-a-m-a.” Przecież to jest porażka. Ja ryczę jak bóbr jak widzę takie rzeczy. To jest celowe, programowe hamowanie rozwoju człowieka, który nie ma praw i nie może pójść do sądu i powiedzieć: „Oni hamują mój rozwój.” Jak ma pół roku czy rok to nawet nie wie, że jest coś takiego jak sąd. My to niestety robimy naszym dzieciom. „M-a-m-a” i dziecko nie wie, co powiedziało.

Teachyourbaby: Z tym bym się zgodziła, chociaż jestem nauczycielem (śmiech).

Krzysztof: Wiesz o co chodzi…jest nacisk na sylaby, na literowanie itp. To jest programowe, zgodne z ministerialnym programowaniem hamowanie rozwoju żywego człowieka. Ja bym za to karał, ale jestem w takiej mniejszości, że szkoda, gadać.

Teachyourbaby: O właśnie…mamy dobre pytanie, bo ja sama bym o to zapytała: „Ale dzieci same wskazują litery pytając o nie. Czyli nie powinniśmy im odpowiadać?”

Krzysztof: Nie …nie wskazują same…Pokaż mi tygodniowego noworodka, który sam wskazuje na litery.

Teachyourbaby: No tak, ale takie starsze?

Krzysztof: Starsze, bo się nauczyły liter w przedszkolu.

Teachyourbaby: Niekoniecznie. Moja Maja nie chodzi do przedszkola, a literami się interesuje i czasami o nie pyta. Albo zauważa kropkę. Miała taki okres, że się pytała o kropkę na końcu każdego zdania.

Krzysztof: Dobra…są dwie rzeczy. Jeżeli dziecko jest skupione na literkach i to jest 90% jego czytania to powinniśmy coś z tym zrobić. Jeżeli tak jak mówisz…

Teachyourbaby: To jest sporadyczne, ale był taki okres wzmożonego zainteresowania. Patrzyła i zwracała uwagę, że tu „o,” czy też cyfra „0,” bo to jakby dla niej było równoznaczne.

Krzysztof: To było dla niej fascynujące. „Zero” w ogóle jest fascynujące. Jak robicie matematykę szybko to zobaczycie to, co ja widziałem na własne oczy. Doman o tym pisze. „Zero” jest tak fascynujące, że dzieciom najpierw zapiera dech w piersiach, po prostu przestają oddychać, a potem skaczą jak głupie z radości. „Zero” nie było znane w matematyce przez 6000 lat o ile się nie pomyliłem w liczbach. Na pewno przez 3000 lat. Starożytni długo nie znali pojęcia „zero.” Dla nas „zero” jest oczywiste, ale nie jest to takie oczywiste w matematyce. Dzieci w dzień narodzin też na pewno nie znają pojęcia zera. Poznają potem ilość, ale „zera” nie znają. Dlatego, że to takie fascynujące czekamy z pokazaniem „zera” dopiero gdy pokażemy setną kartę ze 100 kropkami. To powoduje nieopisaną radość.

Teachyourbaby: U mnie może aż tak skakania nie było, ale do tej pory mamy tak, że jak się pojawi zero to czuć takie „wow.”

Krzysztof: Czy jest jakakolwiek inna liczba, cyfra, znak, która jest tak fascynująca dla Twojego dziecka?

Teachyourbaby: Siódemka.

Krzysztof: To super. Dla Michała ósemka.

Teachyourbaby: Myliła jej się z jedynką przez pewien czas, bo pisownia czasem jest podobna, ale jej chodziło o „siedem.”

Krzysztof: To jest też znak, że dobrze uczyć się matematyki bo jest ona tak fascynująca, że trudno to opisać. Jest fascynująca dla wszystkich dzieci, dopóki im nie wytłumaczymy, że matematyka jest trudna, że będzie miało w szkole kłopoty z matematyki i tak dalej. Ważne jest, żeby ten stan fascynacji utrzymać. Jeżeli Twoje dziecko ma ulubioną cyfrę siedem to super. Prawdopodobnie zostanie jej tak do końca życia. Będzie potrafiła przeczytać umowę z bankiem łącznie z tym małym druczkiem na dole i będzie potrafiła obliczyć sobie w pamięci, w którym miejscu bank chce ją oszukać.

Teachyourbaby: (śmiech)…Dobra, bo tutaj mam jeszcze ten komentarz, na który w sumie nie odpowiedziałeś. Czy odpowiadać dzieciom, jeśli mamy taką sytuację, że dziecko pyta o jakąś pojedynczą literę? Czasem tak się zdarza. W sumie babcia nam kupiła taką książkę z literami i ja ją w sumie schowałam. Przez pewien czas Maja ją „odkopywała.” To książka po polsku z alfabetem. Za każdym razem jak Maja się do niej dorwała to pytała o litery. Moja mama jej kilka razy odpowiedziała. I tutaj jeszcze taki komentarz: „Dzieci same wskazują litery. Moja córeczka nie chodziła do przedszkola, a się pytała o kropkę lub o litery. Miała około 15 miesięcy lub mniej. „

Krzysztof: Generalnie odpowiadamy na wszystkie pytania dzieci, bo one kochają się uczyć nowych rzecz. Jeżeli pytają to jest to znak, że cały czas kochają się uczyć. Jeżeli mi przestaniemy odpowiadać to jest ryzyko, że my dziecko przestanie kochać się uczyć nowych rzeczy, że przestanie zadawać pytania i się rozwijać. Oczywiście przesadzam, ale to jest ten kierunek: „Nie! to jest za trudne!” i tak dalej i hamujemy.

Zawsze odpowiadamy na pytania. Zawsze zgodnie z prawdą. Nie ułatwiamy. Nie upraszczamy odpowiedzi. Jeżeli dziecko pyta o litery- odpowiadamy na temat liter. Natomiast ważne jest, żebyśmy nie zamienili nauki czytania na naukę alfabetu. Mówimy, że to jest „a” i koniec. Taka krótka odpowiedź i zapominamy.

Teachyourbaby: Oooo…to fajnie. Podoba mi się Twoja odpowiedź.

„A jak i kiedy rozpoznał Pan, że synek czyta?” W sumie ja też miałam o to pytać.

Krzysztof: Nie dokończyłem odpowiadania…

Teachyourbaby: W sumie tak.

Krzysztof: Ja jestem zafascynowany rozwojem człowieka i gapię się na wszystkie dzieci: w autobusie, na przystanku, na ulicy…wszędzie. Jeżeli obserwujemy uważnie dziecko to będziemy zauważać takie przebłyski właśnie, że wzięło książkę z półki, że wgapia się gdzieś tam w jakiś napis itp. Będą się zdarzały takie rzeczy i będziemy mieli wątpliwości, bo przecież nie czyta jeszcze. Kiedyś przyjdzie taki moment, że to że czyta będzie tak oczywiste, że rodzicu stracisz wątpliwości raz na zawsze.

Teachyourbaby: (śmiech)

Krzysztof: Doman na przykład opisuje takie zdarzenie, że już nie pamiętam..mama, ciocia, opiekunka, czy ktoś nagle patrzy a dziecko…nie pamiętam ile miało lat…może dwa, może pięć, może siedem …wzięło z półki książkę. Nie pamiętam w jakim języku była pisana, ale nie w tym podstawowym. Na przykład wzięło książkę po francusku. Ta osoba dorosła pyta się: „Dlaczego ty czytasz po francusku?” Uwaga, odpowiedź: „Bo angielskie książki się skończyły.” Przeczytała wszystkie książki, które były w domu.

Teachyourbaby: I nikt o tym nie wiedział…

Krzysztof: …i zaczęła szukać innych. Znalazła książkę, której wcześniej nie widziała i zaczęła ją czytać. Nie wiem jak bardzo umiała ten kolejny język, ale ponieważ już nie było innych książek to zaczęła czytać w kolejnym języku.

Doman mówi: „Nie sprawdzaj!” Egzaminowanie, czy ona już umie, czy nie, czy coś widzi, czy tylko udaje jest bez sensu. Warto zamiast tego pokazać kolejną książkę, kartę, czy coś innego. Dziecko samo pokaże, że umie czytać.

Teachyourbaby: Czyli po prostu czekamy? A ile Wam to mniej więcej zajęło? Zacząłeś w wieku 2 lat…

Krzysztof: Nie czekamy tylko zasuwamy.

Teachyourbaby: No tak. Czekamy zasuwając. Nie da się tego ukryć, że my oczekujemy głośnego czytania.

Krzysztof: I to jest błąd.

Teachyourbaby: No właśnie. To jest błąd, ale tego chcemy: przyjdzie, otworzy książkę i zacznie nam czytać.

Krzysztof: Tak, chcemy mieć dowód, ale czytanie przychodzi o wiele szybciej niż czytanie na głos. Niezależnie od metody, którą stosujemy, jeżeli my czekamy na dowód głosowy to z definicji jesteśmy w plecy parę lat. Dziecko i tak się kiedyś nauczy czytać. Ja generalnie nigdy nie miałem nacisku na sprawdzanie. Nigdy się nie zastanawiałem, czy już umie, czy nie umie. Po prostu sięgałem po kolejną książkę i czytałem kolejne rzeczy i sobie i dziecku. Były jakieś tam karty i książki. Pokazywałem też w Internecie: „Tu jest to…tu jest tamto” – czytałem.

Do sprawdzania jakoś mnie nigdy nie ciągnęło. Według mnie takie takie czekanie na dowód jest bez sensu. To często wiąże się z wymuszaniem, bo najczęściej jest tak, że jak rodzic chce, żeby dowód się pojawił to wymusza, a to hamuje dziecko. Janet Doman fajnie mówi, że dajemy dziecku przepiękny prezent, dar od wszechświata, jakim jest czytanie, a sprawdzanie jest odebraniem tego prezentu. Wyobraźcie sobie, że ktoś pod choinką dostaje mnóstwo prezentów, a za chwilę przychodzi ktoś inny i mu to wszystko zabiera.

Teachyourbaby: Nawet pamiętam te słowa…to jest jakby zapłata za ten prezent z wyprzedzeniem czy coś takiego.

Krzysztof: Wymuszanie dowodów hamuje rozwój dziecka. Pokazujemy dziecku, że nasza miłość nie jest bezwarunkowa. Pokazujemy, że my oczekujemy potwierdzenia, że dobrze zrobiliśmy i że teraz ono musi się nam odpłacić. To jest zaprzeczenie matczynej miłości.

Teachyourbaby: Yhm..ale Doman daje te opcje wyboru. Według mnie jak je robimy raz na jakiś czas to ok, ale zbyt często to jest sprawdzanie.

Krzysztof: Ja to robiłem paręnaście razy w całym życiu. Mówimy o dwóch różnych rzeczach. Ja chcę powiedzieć o filozofii mojego wychowania jako rodzica. Pamiętajcie, że dzieci widzą i czują o wiele więcej niż my. Jeżeli ja pokazuję dziecku 2+2=4 to ono oprócz tego co pokazuję widzi też moją energię, mój nastrój, moje uczucia, moje lęki, słyszy moje drżenie głosu itp. itd. Bardzo często jest tak, zwłaszcza w szkołach, że pokazujemy matematykę, a z twarzy nam zionie nienawiścią do cyfr.

Teachyourbaby: (śmiech)

Krzysztof: Nie wiem, czy to jest odpowiedź na to pytanie (śmiech).

Teachyourbaby: He, he, he. Chyba jest. Zależy jak ktoś pokazuje. Jeden na luzie i cokolwiek dziecko wybierze jest ok, a w drugim rodzicu może być napięcie i wtedy dziecko czuje to napięcie i w zależności od tego, którą odpowiedź dziecko wybierze mama się cieszy albo tłumi w sobie jakieś tam negatywne emocje.

Krzysztof: Ja tak pokazywałem te karty do wyboru zwłaszcza w matematyce. Właściwie to tylko z matematyki bo przy kartach do czytania chyba ani razu. Pokazywałem..Michał pokazywał…i ok…od razu jechaliśmy dalej…Albo mówiłem, że dobrze albo jak pokazał co innego, bo tak też się zdarzało to mówiłem np. „Nie, to jest 98 a tu jest 99” i jedziemy dalej. Sekundę później już jest coś zupełnie innego.

Teachyourbaby: Czyli tak jak Doman pisze.

Ja mam tutaj pytanie właśnie o matematykę: „Panie Krzysztofie, jak jest z cyframi przed trzecim rokiem życia? Starać się ciągnąć wszystko na kropkach, czy włączyć cyfry po przerobieniu kropek zgodnie z Domanem?”

Krzysztof: Generalnie to dobrze jest wszystko robić zgodnie z Domanem, tak jak patrząc w niebo dobrze jest mieć w pamięci Kopernika, a nie jakiegoś tam dziwnego Ptolemeusza.

Dziecko odpowie. Generalnie kropki służą do pokazania pojęcia liczebności. Pokazujemy dziecku podstawowe elementy języka matematycznego. Bo to jest język przy pomocy którego przekazujemy sobie w jaki sposób rozumiemy świat.

Taka dygresja: Dlaczego Szekspira analizujemy licząc rytm zdań? Czemu nie analizujemy tylko i wyłącznie uczuć wewnątrz bohaterów? Po co liczymy gdzie są akcenty?

Matematyka to język. Podstawowym elementem języka są liczby. To jest jedno „coś”, to jest pięć „cosiów”. Do tego służą kropki, które są najbardziej neutralnym elementem rzeczywistości. Nic w nich nie ma. Dlatego nie jest dobrze zamieniać je na samochodziki, czy laleczki zbyt często. Ja parę razy zamieniłem, ale jak tylko wszystko zaczęło się znowu udawać to od razu wyrzuciłem te obrazki. Kropka jest neutralna w swoim wyrazie. Dlatego dobrze jest pokazać, że pięć czegoś to jest pięć kropek, ale kropki służą tylko i wyłącznie do tego pierwszego etapu matematyki. Trzeba je jak najszybciej skończyć. Nie za szybko, bo mamy tylko 100 kropek ze względów ilościowych. Trudno jest na karcie pokazać 3754 kropki. Nie zmieszczą się albo będą za małe dlatego jest tylko do 100. Doman pisze, że są rodzice, którzy kończą na 120 kropkach, czy 150, ale nie ma takiej potrzeby. Te kropki trzeba kiedyś skończyć.

Teachyourbaby: No tak. Czyli można cyfry wprowadzić przed trzecim rokiem życia?

Krzysztof: Ja uważam, że można nawet w pierwszym dniu życia (smiech). Wiek nie ma znaczenia. To jest proces, który się zaczyna od jednej kropki i potem idzie dalej. Im szybciej, tym lepiej. Nie patrzymy w kalendarz ile dziecko ma lat. W ogóle nie patrzcie w kalendarz. Patrzcie na dziecko. Jak się zaczyna nudzić to znaczy, że trzeba przyśpieszyć.

Teachyourbaby: A ja sobie wymyśliłam taki etap, bo właśnie czytałam gdzieś, że trzeba dłużej działać na tych kropkach…

Krzysztof: Na pewno nie u Domana to czytałaś. Nie u Domana na pewno.

Teachyourbaby: … taki etap, że niby wprowadziłam już cyfry…chyba nie u Domana…

Krzysztof: Na pewno nie u Domana. Mogę się założyć o dowolną kwotę.

Teachyourbaby: Nie wiem, czy nie …

Krzysztof: Nie wymieniaj nazwiska.

Teachyourbaby: Dobra…nie będę wymieniać…zresztą nieważne…Wprowadziłam cyfry, bo już na kropkach zrobiłam wszystko co jest u Domana i teraz sobie tak w działaniach mieszam: jedna karta jest zawsze z kropkami. Czy to jest takie bez sensu czy coś?

Krzysztof: Tak pisze Doman i te zdjęcia, które są w książce są właśnie takie. Mieszamy, żeby to przejście nie było takie ostre, że nagle zniknęły kropki i o co tu chodzi.

Teachyourbaby: No tak, ale u niego mieszanie jest tylko przy porównywaniu, nie przy działaniach.

Krzysztof: Nie, nie …oj…poczekaj…pójdę po książkę…

Teachyourbaby: Ja też książkę powinnam gdzieś mieć, ale jestem pewna na 99%, że jest jak mówię.

O, mam. Mieszanie tj. kropki razem z cyframi u Domana jest tylko przy porównywaniu, czyli np., że 12 jest większe od iluś kropek, 12 jest równe 12 kropkom, 12 jest mniejsze od iluś kropek. To jak wprowadzamy cyfry, a potem już jak przeglądam książkę to są samiutkie cyfry.

Krzysztof: Poczekaj, bo nie wiem, o której stronie mówisz.

Teachyourbaby: Jak masz wersję anglojęzyczną to 151. Tutaj jest to porównywanie, a potem jest na przykład np. 154. Tak tylko zerknij, bo tam przykłady są. My mamy coś takiego jak na str. 154 tylko, że zamiast jednej cyfry są kropki, czyli działamy na cyfrach, ale z jedną kartą z kropkami. A może już w ogóle powinnam z kropek wyjść?

Krzysztof: No niby tak jest …

Teachyourbaby: Tak zauważyłam, że ją to interesuje, bo same kropki już nie. Chyba, że spróbuję zrobić coś innego.

Krzysztof: Patrz na dziecko. Nie ma czegoś takiego, że coś musi być. Sama mówiłaś nieraz, że kropki w określonej ilości ją interesują a jak jest za dużo to mniejsze zainteresowanie.

Teachyourbaby: Dokładnie. I jeszcze może powiem to, co Ci pisałam, że już na tym drugim etapie jakby chciałam zmodyfikować. Doman pisze, żeby po wprowadzeniu cyfr zrobić to samo na cyfrach, co było na kropkach, natomiast u nas do mnożenia było ok – fascynacja. Dzielenie ledwo dociągnęłam do końca. I Krzysiek mi właśnie mówił, żebym nie robiła nic dalej z tym….

Krzysztof: Doman nie mówi, że wszystko krok w krok i za wszelką cenę.

Teachyourbaby: Wiem, tylko po prostu pisze, żeby powtórzyć jeszcze raz. Mi się wydaje, że w tym wieku to będzie dla niej nudne, że znowu robimy to samo. Już sama nie wiem.

Krzysztof: Tutaj tempo powinno być inne. W sensie powtórzyć, nie zapominać o dodawaniu, ale nie robić tylko potęgowania, logarytmów, całek i tak dalej. Zrobić jeszcze raz dodawanie, odejmowanie, mnożenie, ale jednocześnie musi być jak najszybciej. Podstawowa zasada: „Jeśli dziecko się nie bawi dobrze i Ty się nie bawisz dobrze to natychmiast przerwij.” Filozofia jest ważniejsza od całej reszty.

Teachyourbaby: Yhm…Jeszcze mam tutaj pytanie, które też miałam sama zadać: „Czy mógłby Pan zaproponować jakieś ciekawe pomysły na działania matematyczne poza tymi domanowymi? Nie każdy ma wykształcenie matematyczne i to może trochę blokować.” Ja tu powiem, że na pewno logarytmy i jakby ktoś chciał to mogę w prywatnej wiadomości wysłać rozpiskę. Ja też nie jestem matematykiem, nie rozumiem logarytmów,ale mam, że tak się składa rozpiskę. Może Ty nam też podasz jakieś pomysły? Co poza Domanem?

Krzysztof: Nie poza Domanem ale dalej w tym kierunku.

Teachyourbaby: Tak, co dalej? On nie był w stanie opisać wszystkich możliwości. Może na początek co się da zrobić na kropkach? Logarytmy się da.

Krzysztof: Wszystko się da zrobić na kropkach.

Teachyourbaby: Wszystko?

Krzysztof: Ale po co?

Teachyourbaby: Nie wiem.

Krzysztof: Kropki są tylko po to, żeby od czegoś zacząć, ale są one strasznie ograniczające.

Teachyourbaby: No tak. Na przykład pierwiastków niewiele da się pokazać na kropkach.

Krzysztof: No własnie. Pierwiastków w zakresie liczb całkowitych albo naturalnych. Wystarczy, że przejdziemy do liczb rzeczywistych albo zespolonych i można ich pokazać nieskończoną ilość. Tam już nie ma ograniczeń. To nie muszą być tylko liczby całkowite.

Ale to nie o to chodzi. Ja sobie nie wyobrażam, żebyśmy działali na kropkach powyżej tysiąca. A mówiąc o takich rzeczach jak zupełnie kosmiczne liczby np. jakiś tam gazylion i inne takie (śmiech) to już zupełnie nie. Kropki są strasznie ograniczające w sensie ilościowym i dlatego je jak najszybciej kończymy.

Teachyourbaby: I przechodzimy do cyfr, tak?

Krzysztof: Tak…na cyfrach nie ma już żadnego ograniczenia. Zauważ, że system dziesiętny, system pozycyjny, liczby arabskie są najlepszym pomysłem na przedstawienie liczebności w całej matematyce. Zacznijcie pisać na co dzień systemem rzymskim. To jest jakaś katastrofa: te wszystkie „iksy, elki i emki.”

Teachyourbaby: No tak.

Krzysztof: Każdemu kto się zastanawia nad cyframi proponuję, aby na tydzień zapomniał o systemie dziesiętnym, liczbowym i zamienił wszystko na kropki. Na przykład, zamiast powiedzieć komuś, że ma nalać czegoś 1000 ml do dzbanka, to mu rysujemy 1000 kropek. Albo zacznijmy daty pisać w systemie rzymskim. Od razu wrócicie do cyfr arabskich i systemu dziesiętnego. To jest najgenialniejszy sposób przedstawiania liczebności, jaki ludzkość wymyśliła na całym świecie.

Teachyourbaby: Czyli kropki po prostu odkładamy jak już je przedstawimy.

Krzysztof: Kropki są tylko na początek.

Teachyourbaby: (śmiech) No to my już trochę z nimi przesadziliśmy.

Doman pisze, że do 30 miesiąca jest taki najlepszy czas na matematykę intuicyjną. U Shichidy to jest bodajże do 3 lat. Do tego czasu najbardziej dominuje prawa półkula. Czyli to nie jest tak, że do tego czasu trzeba działać na kropkach, czy może, że dobrze by było?

Krzysztof: Nie patrzcie w ogóle w kalendarz. Im wcześniej, tym lepiej. Generalnie wszystkie daty, które się pojawią obojętne, czy u Shichidy czy u Domana to są daty przyjęte w wyniku jakichś tam założeń. Najważniejsze jest to, że tempo rozwoju mózgu ludzkiego spada wraz z wiekiem. I to spada geometrycznie albo szybciej. To nie jest spadek liniowy. Im dziecko młodsze tym lepiej, ale ponieważ dorośli są niestety czasem ograniczeni…a może to i czasem dobrze (śmiech)…to nie jesteśmy w stanie pokazać całej matematyki w tydzień. Dziecko w jakiś tam sposób ma swój pomysł na życie, jakieś tam swoje tempo i tak dalej i tak wychodzi jak wychodzi. Jest nam prościej zacząć całą zabawę od języka, którym się biegle posługujemy na co dzień.

Mało jest ludzi na całym świecie, którzy się biegle posługują matematyką. Prawie w ogóle ich nie ma. Przeciętny rodzic, który by miał przestać mówić do dziecka w swoim ojczystym języku, przestać wydawać jakiekolwiek dźwięki, wyłączyć całą muzykę i tak dalej i zacząć tylko matematykę to by poległ. To jest zły pomysł. Najlepiej jest zacząć od języka ojczystego, bo dziecko widzi, że my się nim posługujemy. Gdy mamy przykład nauka jest prosta. Gdyby dziecko widziało człowieka liczącego z taką biegłością tak jak widzi rodzica mówiącego językiem, którego dziecko chce się nauczyć za wszelką cenę, to by pierwiastkowało, logarytmowało z pamięci w wieku 6 miesięcy bez najmniejszych problemów. Kalkulatory wyszły by z użycia. Nikt by nie liczył przy pomocy kalkulatorów, bo kalkulatory są wolne i w sensie wklepywania palcem tych cyferek i w sensie szybkości obliczeń. Mózg ludzki potrafi liczyć szybciej. Są ludzie, który potrafią na przykład pierwiastkować w nieskończoność w pamięci: wyciągają pierwiastki drugiego, trzeciego, siedemnastego stopnia. Doman też podaje taki jeden przykład w jednej książce człowieka, który obliczył pierwiastek 752 stopnia z 47-cyfrowej liczby szybciej niż komputer. Pracował w NASA, a tam nie mają wolnych komputerów.

Teachyourbaby: Okay, ale wróćmy do propozycji. Co proponujesz poza logarytmami?

Krzysztof: Wiesz co…to jest długi i skomplikowany temat.

Teachyourbaby: To tylko tak kilka luźnych propozycji…Wiem, że mi mówiłeś, żebym się zaczęła uczyć całek. Nie mam pojęcia co to jest (śmiech).

Krzysztof: No właśnie. I jak ja mam Ci teraz wytłumaczyć co to jest.

Teachyourbaby: (śmiech) Nie, nie chodzi mi o tłumaczenie teraz. Zgłębimy. Khan Academy mi w tym pomoże?

Krzysztof: Tak. Zdecydowanie.

Teachyourbaby: No to mamy logarytmy, całki…

Krzysztof: Co z tego, że ja nazwy podam?

Teachyourbaby: Będziemy wiedzieć czego szukać. Dla Ciebie pewnie to jest oczywiste, ale podejrzewam, że może nawet żadna z mam, które to ogląda nie wie tak jak ja co to są całki.

Krzysztof: Większość osób nawet jak wie to nie znajdzie natychmiast praktycznego zastosowania, bo matematyki niestety rzadko używamy w życiu a matematyka nas otacza bardziej niż język mówiony i pisany, czy czytany.

Teachyourbaby: Ja używam. Jesteśmy na tyle dziwni, że jak np. daję Mai borówki to się pytam, czy chce dwie, czy dwie plus ileś…i ona kończy albo dwie razy ileś (śmiech).

Krzysztof: To nie o to chodzi. Wszechświat cały jest zbudowany z matematyki, nie ze słów.

Teachyourbaby: Ktoś tu napisał „różniczki.”

Krzysztof: Całki, różniczki to „jeden pies” tak właściwie.

Teachyourbaby: O całkach słyszałam od siostry, ale ta nazwa „różniczki” to zupełnie coś nowego.

„Zastosowania praktyczne są w fizyce.” Taki komentarz się pojawił.

Krzysztof: Zgadza się, ale fizykę kojarzymy nie z przejeżdżającym samochodem, tylko raczej z laboratorium wypełnionym naukowcami w białych fartuchach.

Teachyourbaby: No tak. Z lekcjami fizyki.

Krzysztof: Fizyka nas otacza, jest wszędzie. Piaget robił fajne doświadczenia, chyba jako pierwszy na taką skalę, ale dla mnie to jest oczywiste bez doświadczeń. Jeżeli za zasłonę wjeżdża samochód ze stałą prędkością, to dziecko potrafi spojrzeć w tym momencie, w którym samochód wyjedzie zza tej zasłony, czy innej przeszkody. Wjeżdża, znika i pojawia się. Dziecko się szybko uczy, co to jest prędkość jednostajna. Wie, w którym momencie samochód wyjedzie. Tak samo możemy nauczyć, bo to też dzieci szybko łapią co to jest ruch jednostajnie przyśpieszony.

Piaget chyba robił doświadczenia na swojej trójce dzieci i one miały bodajże 3,4,5 lat jak on zaczynał. W każdym razie fizyka nas otacza. Jak będziemy pokazywać dzieciom takie przykłady to one się nauczą fizyki natychmiast. Natomiast większość z nas nie widzi w otoczeniu fizyki ani matematyki. Słyszymy słowa, widzimy obrazy np. „O….jaki piękny zachód słońca”, ale nie potrafimy patrząc na rachunek w sklepie zauważyć np. „O..zobacz…tu jest siedemnaście liczb pierwszych.”

Teachyourbaby: Może powinieneś takie nagranie zrobić jak pokazać matematykę. Może na Twoją stronę, czy na kanał YouTube.

Krzysztof: W głowie mam takich filmów mnóstwo,ale to czasu zajmuje, a nikt mi za to nie chce zapłacić. Rynek wydawniczy w Polsce to jest osobny temat. Nie tylko w Polsce, ale zwłaszcza tutaj.

Podam inny przykład. Do niedawna, jak się zaczęły pojawiać telefony komórkowe to hasła wszelkiego typu były generowane losowo tj. tak samo losowo, z rozkładem prawdopodobieństwa nazwijmy go równomiernym, czyli np. jedynka w haśle 5-cyfrowym pojawiała się tak często jak 9-tka. Jest nawet takie prawo, które mówi, że w dowolnie wybranym zbiorze liczb te cyfry nie pojawiają się z taką samą częstotliwością. To jest bardzo fajne prawo. Nawet jest film na ten temat, po polsku też. Obserwując hasła w bankach, we wszelkich telefonicznych zastosowaniach w pewnym momencie zauważyłem, że te cyfry zupełnie nie losowo się pojawiają. Jeżeli mamy hasło 5-cyfrowe, to jakim cudem są w nim trzy piątki jeżeli to jest losowe wybieranie tak jak rzucanie kostką? To już nie jest losowość. Ktoś rozumie o czym mówię? (śmiech)

Teachyourbaby: Yyy….tak. Ja się staram. Ale Ci powiem, że mamy tu jednak mamę matematyczkę. Mamy propozycje: „…logarytmy, całki, różniczki, liczby zespolone, rachunek prawdopodobieństwa, a dla ambitnych polecam mnożenie macierzy.”

Krzysztof: Tak…generalnie cały rachunek macierzowy.

Teachyourbaby: Generalnie nic co znam, czy co poznałam.

Krzysztof: Umówmy się tak, że ja tak po kawałku mogę zacząć te pomysły spisywać. Powiedzmy sobie, że mnożenie macierzy to jest jedna rzecz, a druga rzecz jak to pokazać w szybkiej sesji. Takich nazw można rzucić dużo.

Teachyourbaby: Może jak już będę wiedzieć co to jest to sama wymyślę (śmiech).

Krzysztof: Wtedy tak.

Teachyourbaby: Najlepiej byłoby mieć taką rozpiskę, żeby powiedzieć „to i to równa się to i to,” żeby móc dziecku pokazać nawet jak się nie ma pojęcia o co chodzi.

Krzysztof: Macierze to są proste rzeczy o ile je zrozumiemy na początku.

Teachyourbaby: A może nie trzeba rozumieć tylko mieć listę na zasadzie „to i to i wynik taki?”

Krzysztof: To jest bardzo słuszna uwaga, bo większość dorosłych stara się zrozumieć na czym polega metoda. Dlatego jest tyle pytań technicznych. Kiedy cyferki? Kiedy literki? Dlaczego to? Dlaczego tamto? Jeżeli mamy gotowca od Domana to słuszna uwaga- możemy go pokazywać zupełnie bezmyślnie byleby szybko. Jego filozofia polega na obserwowaniu tego, co dziecko chce nam pokazać, a nie rozumieniu dlaczego 2+7 jest ciekawsze dla dziecka niż 3+3+3. Rzuciłem z pamięci. Może nie jest ciekawsze, ale nie musimy rozumieć tematu, aby pomóc dziecku się nauczyć.

Teachyourbaby: I to jest dobra wiadomość.

Krzysztof: Błędem jest potrzeba zrozumienia tematu, którego uczymy. Dlatego oddajemy dziecko obcym ludziom pod opiekę. Mam na myśli placówki: przedszkola i szkoły. Wydaje nam się, że ci ludzie rozumieją lepiej od nas rzeczy, których uczą. Zgadzam się – rozumieją lepiej, ale o wiele gorzej rozumieją moje dziecko. Cała filozofia Domana polega na tym, że ja jako rodzic jestem najlepiej rozumiejącym moje dziecko człowiekiem na świecie. Żaden nauczyciel, żaden opiekun, żadna pani pomoc nie zrozumie mojego dziecka tak jak ja. Oczywiście, jeśli jestem zaangażowanym rodzicem, a nie że mi dziecko przeszkadza w życiu, bo takie przypadki też się zdarzają.

Nie musimy tego rozumieć. Musimy kochać dziecko i zaangażować się w jego rozwój w sensie ogólnym. Nie musimy znać logarytmów, żeby dziecko nie przestało kochać matematyki. Wierzcie mi, że każde dziecko uwielbia liczenie. To zero, ta ulubiona siódemka to są dowody na to, że dzieci tak samo jak uwielbiają mówić, przekazywać pewne pojęcia językiem słów, opowiadać co się zdarzyło w życiu itp. , uwielbiają i potrafią też to robić przy pomocy matematyki. Potrafią zatańczyć jak pszczoły w ulu, że coś im się przydarzyło. Tylko my na przykład nie pozwalamy dzieciom tańczyć, kiedy czekamy na przystanku na autobus. Mówimy: „Zachowuj się grzecznie, ” gdy dziecko chce sobie potańczyć.

Teachyourbaby: To ja tańczę (śmiech.)

Krzysztof: Ja też.

Teachyourbaby: (śmiech) …i śpiewam.

Krzysztof: Dziecko też nie musi rozumieć dlaczego Ty tańczysz. Po prostu rusza za Tobą jak w dym.

Zrobimy tą matematykę. Powoli, ale jakoś tam zrobimy, bo Doman kończy matematykę stwierdzeniem, że to jest dopiero początek.

Teachyourbaby: Zgadza się, bo to jest bodajże tylko świat arytmetyki.

Krzysztof: Tam trochę algebry też jest, ale generalnie tak. To jest tylko początek, bo gdyby miało być więcej to ta książka miałaby np. 600 stron dużego formatu, drobnym maczkiem. Tu chodzi bardziej o przekazanie filozofii.

Teachyourbaby: Kiedy Twój syn zaczął czytać, bo w sumie nie odpowiedziałeś?

Krzysztof: Bo nie wiem…ja nie patrzę w kalendarz.

Teachyourbaby: Nie wiesz (śmiech). On jest w edukacji domowej tak? Dobrze kojarzę?

Krzysztof: Tak.

Teachyourbaby: Umiał czytać, gdy był na etapie klasy pierwszej?

Krzysztof: Nigdy nie był na etapie klasy pierwszej.

Teachyourbaby: To powiedzmy…w wieku pierwszoklasisty.

Krzysztof: Czyli ile? 6-7?

Teachyourbaby: Siedem.

Krzysztof: To chyba już umiał.

Teachyourbaby: Od dawna? Kojarzysz coś?

Krzysztof: Czekaj…niech policzę. Nie wiem. Nie no…siedem to na pewno. My tutaj na osiedlu mamy taką miejską bibliotekę i tam on zawsze był najmłodszy i zawsze się jakiś dysonans pojawiał. Potrafiliśmy przesiedzieć w bibliotece na przykład 3 godziny nie mówiąc już o księgarniach. O właśnie…było pytanie, czy tylko Domanem. Chodźcie sobie na spacery do księgarń i bibliotek. Ja chyba w jednym z tekstów na mojej stronie zabawnanauka.pl opisałem to zjawisko. Idziemy sobie do Sopotu bodajże, do biblioteki miejskiej, bo znamy wszystkie biblioteki w Trójmieście. Wszystkie! Siedzimy sobie, czytamy, szperamy po półkach. Michał sobie buty zdejmował, biegał na boso itp. Minęła już któraś tam godzina i idziemy coś wypożyczyć i wtedy przychodzi mama z synem – już szkolnym. On nie chciał nic pożyczyć za Chiny ludowe, bo przecież są wakacje. Była strasznie nerwowa atmosfera. Ja chciałem się postawić po stronie dziecka, ale stwierdziłem, że będzie taka awantura, że …Wyszli bez książki. Tak, że a’propos metod stosujcie metodę spędzania czasu w księgarniach i bibliotekach liczonego nie w minutach, ale w godzinach. Róbcie sobie pikniki w zaprzyjaźnionych bibliotekach. Nas bibliotekarki wszystkie znają, ale my nie chodzimy do szkoły więc możemy sobie pójść do biblioteki np. o 12 i przesiedzieć 4 godziny.

Teachyourbaby: To w sumie też taka inspiracja dla nas. Mamy bibliotekę anglojęzyczną. Myślę, że mój mąż raczej jej niestety nie weźmie.

Tutaj mam jeszcze komentarz co do generowania PINów do telefonów, że one z założenia nie są losowe, tylko pseudolosowe, bo nie da się zakodować losowości. One są bardziej deterministyczne.

Krzysztof: Oczywiście, że losowości się nie da zakodować, dlatego wszystkie generatory liczb losowych, obojętne czy one są mechaniczne czy cyfrowe jak w tej chwili, nie są losowe. Żeby zaprogramować generator liczb losowych, ja muszę mu coś zadać. Losowe jest rzucanie kostką, ale w komputerze nie można rzucać kostką.

Natomiast mi nie o to chodzi. Dawno temu, kiedy wymyślono generatory liczb losowych, one były generatorami liczb pseudolosowych (zwał jak zwał), ale programiści starali się jak najbardziej zbliżyć się do losowości. W tej chwili jest tak, że to jest celowy brak losowości, bardzo odbiegający od losowości np. jak rzucam monetą to na 10 rzutów pojawi mi się minimum 9 orłów. O to mi chodzi.

Mam takie zadanie dla rodziców. Ja w ogóle zrobię film o tym, bo to jest ciekawe zjawisko. Przyjrzyjcie się wszystkim hasłom, jakie będziecie dostawać na telefon. Spisujcie sobie je przez miesiąc albo pół roku i potem spróbujcie jakoś to ogarnąć np. jak często w haśle 5-cyfrowym pojawia się cyfra powtórzona dwukrotnie, jak często pojawiają się cyfry, które się w jednym haśle powtarzają trzykrotnie? Potem weźcie kostkę. Ci którzy grają w gry wiedzą, że są kostki 6-ścienne, 10-ścienne. 12-ścienne, 36-ścienne i tak dalej. Weźcie kostkę 10-ścienną i spróbujcie losowo nią rzucać, po czym porównajcie te 5-cyfrowe hasła rzucone kostką z tymi, które spisywaliście na przykład przez pół roku. Wiem, że to trochę niezrozumiałe….(śmiech).

Teachyourbaby: Ja coś pokombinuję.

Krzysztof: Po prostu spisz hasła i się im przyglądaj. Zauważysz dziwne rzeczy. Po prostu zupełnie niezwiązane z losowością.

Teachyourbaby: W sumie to matematyką się zaczęłam interesować razem z Mają, więc teraz mnie takie rzeczy, że tak powiem, kręcą.

Jeszcze tutaj prośba od jednej mamy: „Jesteś matematykiem, więc mam propozycję, żebyś może stworzył lekcje pokazowe, jak trudniejsze działania pokazać dziecku. Tak po kilka przykładów to resztę będzie się łatwiej ogarniać.”

Krzysztof: Polecam Khan Academy po polsku. Tam jest wszystko. Ja na pewno takiej ilości materiału nie zrobię ani w dzień, ani w rok, ani w pięć lat. Jak myślisz co oznacza „trudniejsze” w tym pytaniu?

Teachyourbaby: Chyba nie to co u Domana, ale np. logarytmy, całki, różniczki, liczby zespolone….To co tutaj zostało wspomniane.

Krzysztof: Dobra,ale tak tylko powiem, że Salman Khan- ten który wymyślił Khan Academy jest geniuszem w sensie edukacyjno-rozwojowo-matematycznym. Większość dorosłych nie widzi tych niuansików, które się w jego filmach pojawiają, ale dzieci, które się uczą to widzą i uczą się szybciej i lepiej.

Teachyourbaby: Może ja Mai powinnam te filmiki z Khan Academy puszczać jako angielski, choćby tak osłuchowo?

Krzysztof: Tak…puszczaj jej, ale traktuj tak samo jak wszystko inne. Jak zauważysz, że nie ma zainteresowania to zmieniaj na inne. Tam jest dużo różnych rzeczy. Niech sobie sama wyklika. Pewnie już umie klikać.

Teachyourbaby: Nie.

Krzysztof: Nie umie? Nie używacie komputerów w domu?

Teachyourbaby: (śmiech) Używamy tylko do prezentacji, a poza tym to ona nie widzi mnie przed komputerem. Chowam się, że tak powiem.

Krzysztof: A teraz wyobraź sobie, że Twoje dwuletnie dziecko idzie do klawiatury i sobie wygugluje jakiś problem z matematyki, bo na kartach był za wolno pokazany. Naprawdę. To nie jest żart?

Teachyourbaby: (śmiech) No właśnie…jak już rozmawiamy o komputerach to jakie jest Twoje stanowisko odnośnie komputerów? Jest dużo artykułów w tym temacie. I też Cię zapytam o to, o co pytałam Natalię Minge w wywiadzie z nią. Ona uważa, że prezentacje komputerowe nie wyrządziły jej dzieciom szkody. A jak Ty uważasz? Można się wspomagać komputerem? Wiadomo, że z jakimś ograniczeniem i wiadomo. Czy może tylko karty, karty, karty?

Krzysztof: Wracając do poprzedniego pytania, ja z matematyki zrobię taki przykład. Jeden przykład zrobię na pewno, bo to aż tyle czasu nie zajmuje. Tak, żeby był chociaż jeden. Wrócimy do tego za tydzień.

A co do komputerów to wyobraź sobie, że chcemy zrobić to co robimy teraz, ale bez komputerów.

Teachyourbaby: Nie da się.

Krzysztof: Taki live. Nie no dlaczego? Gołębie pocztowe istnieją. Ja bym spróbował.

To jest kolejny przykład oddzielania dzieci od prawdziwego życia.

Teachyourbaby: Chronienie ich przed komputerami?

Krzysztof: Nie. Chronienie ich przed tym, czego używają dorośli na co dzień w życiu.

Teachyourbaby: Moja Maja ma kontakt z komputerem. Ogląda bajki, różne prezentacje itp., ale wiadomo w swoim czasie. Generalnie poza tym nie widzi mnie używającej komputera. Nie chcę, żeby widziała, że ja tyle czasu przed nim spędzam.

Krzysztof: Ale dlaczego?

Teachyourbaby: Żeby nie chciała też tyle siedzieć.

Krzysztof: Ale dlaczego? Zadawaj sobie pytanie „dlaczego,” aż sama nie będziesz w stanie sama sobie odpowiedzieć.

Teachyourbaby: Czytałam trochę o jakichś padaczkach komputerowych i tak dalej.

Krzysztof: Jasne. A ja czytałem, że pewien maratończyk umarł w czasie biegu. Nie biegajmy! Bieganie jest szkodliwe! Bieganie powoduje choroby serca! Naprawdę! W ogóle to powoduje choroby wszystkiego. Najlepiej całe życie siedźmy na fotelach.

Moje podstawowe pytanie brzmi: Kto robił te badania i kto mu za to płacił? Bardzo rzadko jest tak jak np. u Kopernika, że badanie jest zupełnie neutralne.

Teachyourbaby: Ja w sumie do końca nie wiem, czy to nie są komputery wrzucone do jednego worka z telewizją.

Krzysztof: O, na przykład to.

Teachyourbaby: Komputery generalnie to bardziej świadome użytkowanie.

Krzysztof: Ja generalnie byłbym za tym, co mówiła Natalia, że nie widzi, żeby komuś komputer zaszkodził. Ja też powiem szczerze nie widzę tego. We wszystkich badaniach, które czytam na temat komputerów widzę bardzo wyraźną tendencyjność. Może tyle w tym temacie, bo można godzinami o tym gadać.

Według mnie należy dziecku ułatwiać bycie dorosłym, rozwinięcie się do granic możliwości..Może złe słowo, bo rozwój nie ma granic. Jeżeli my dorośli używamy komputerów to nie widzę przeszkód, żeby dzieci też używały chyba, że używamy komputerów do jakichś totalnych bzdur i czujemy podświadomie, że to tak nie powinno być i przed tym chcemy uchronić dzieci. Jeżeli używamy komputerów do ułatwienia sobie życia, czyli do obliczeń, czy np. do tego live, to ja nie widzę przeszkód, żeby dziecko umiało sobie zorganizować live ze swoimi koleżankami w wieku 2 lat. To chyba nie jest szkodliwe.

Teachyourbaby: (śmiech) No nie, ale ile musiałoby siedzieć przed tym komputerem, żeby to opanować?

Krzysztof: No właśnie nie. Mało.

Teachyourbaby: Mi tu właśnie chodzi o czas spędzany przed ekranem komputera. Ja się tego boję, że jak ona zobaczy ile ja przed tym komputerem siedzę to uzna, że jest to coś super ciekawego, ciekawszego niż książki i też będzie tak cały czas chciała siedzieć.

Krzysztof: Jeżeli stwierdzi, że to jest coś super ciekawego to bardzo mi przykro, ale będzie miała rację.

Teachyourbaby: Zgadza się (śmiech.)

Krzysztof: My próbujemy wcisnąć dzieciom własną filozofię życia. Nie zgadzamy się z tym, że dziecko potrafi samo zdecydować, że coś jest fajne. W Internecie jest mnóstwo fajnych rzeczy. Jeśli dziecko ma 15 lat to już tego nie kontroluje, ale niemowlę nie toleruje nudy. Weźmy jako przykład dziecko, które uczy się chodzić. Szperanie po domu jest tak fascynujące, że według mnie nie ma możliwości, żeby takie dziecko zainteresować komputerem.

Teachyourbaby: Ja u mojej Mai zauważyłam coś takiego, że jak jest coś nudnego albo widzi daną bajkę już któryś raz z kolei to potrafi odejść sama od komputera.

Krzysztof: No właśnie. I o to chodzi.

Teachyourbaby: Po prostu nuda.

Krzysztof: No tak. Wiadomo, że zakazany owoc smakuje bardziej. Dlatego to zakazywanie komputerów jest według mnie totalnie bez sensu. Jeśli uważam, że coś jest nie tak, że pasuje dziecku coś zabronić to….zapraszam przed lustro: „Co ja takiego robię z tym komputerem, że obawiam się, że moje dziecko nauczy się tego samego?”

Teachyourbaby: Siedzę przed nim tj. korzystam z niego (śmiech).

Krzysztof: Może to nasze życie jest takie nudne, że my chcemy uchronić te dzieci przed nim? Może najpierw powinniśmy coś z własnym życiem zrobić, żeby ono było ciekawsze? Takie zwykłe zabranianie do niczego nie prowadzi.

Teachyourbaby: No tak,ale my dajemy przykład i o ten przykład chodzi. Ja po prostu wolę, żeby mnie widziała z książką niż przed komputerem.

Krzysztof: No to czytaj więcej.

Teachyourbaby: Czytam, przy niej cały czas czytam. Przed komputerem mnie nie ma.

Krzysztof: Efekt jest taki, że Ty nie musisz specjalnie odgradzać komputera, bo Twoje dziecko widzi, że Ty czytasz. Przede wszystkim, żeby coś ocenić to trzeba to coś znać. Jeżeli zabraniamy…

Teachyourbaby: Ja nie zabraniam. To nie do końca tak jest. Po prostu korzystam z komputera, kiedy jej nie ma.

Krzysztof: Ale część rodziców zabrania, bo czyta, że należy zabraniać. My używamy komputerów tak jak wszyscy i powiem Ci, że nie zauważyłem żadnych problemów. W edukacji domowej w Polsce trzeba raz w roku zdać egzamin. Bodajże w klasie trzeciej, w tej ostatniej, gdzie nie ma jeszcze podziału na przedmioty jest informatyka. Na egzaminie są trzy pytania z informatyki. Mogę się w szczegółach mylić, ale z grubsza tak to wygląda. Pytają o to jak włączyć komputer, o coś tam na ogólny temat i trzecie pytanie: Które strony w Internecie są niebezpieczne? Dzieci, które ja znam z perspektywy pozaszkolnej, które zdają ten egzamin nie rozumieją pytania co to znaczy strony niebezpieczne, a jeżeli rozumieją to odpowiadają tak jak informatycy, że to są strony, które nie są szyfrowane. Michał, jak również wszyscy jego koledzy jak chodzili na ten egzamin to odpowiadali może jak studenci to nie, ale jak uczniowie prowadzeni ścieżką edukacji ministerialnej – o zgrozo- w wieku…nie wiem…może 15 lat. Bo jest Internet taki i taki. Strony są szyfrowane. Mają hasła. Jeżeli czegoś szukasz to coś tam się pojawi. Są na przykład wirusy.

Nie wiem, czy ja jasno się wyrażam, ale pojęcie niebezpiecznego Internetu jest stworzone przez dorosłych chyba po to, żeby kontrolować dzieci.

Teachyourbaby: Czyli rozumiem, że czasem mojej Mai zamiast coś konkretnego włączyć mogę jej pozwolić po prostu poklikać? Zobaczymy co wyklika (śmiech).

Krzysztof: Bardzo rzadko się zdarza, żeby dziecko, które z ciekawości zagląda wpisało adres jakiejś strony, na której są wirusy itp. Najpierw musiałoby się tego od kogoś nauczyć. O rok starszy kolega Michała w wieku…już nie pamiętam, ale na pewno miał mniej niż 10 lat…może 8-9 chodził po mieście z grubą książką pod pachą, w sensie 1000 stron trochę większych niż A5 i to był jeden z dwóch tomów „Javy” w oryginale tj. po amerykańsku. Po polsku podręczniki są słabe. On to normalnie czytał. Na egzaminie potrafił sobie zaprogramować swój własny system operacyjny. Nie Windows, nie system McBookowski- IOS, czy jak on się tam nazywa, nie Linux tylko swój własny system. On miał na swoim komputerze 4 systemy operacyjne, w tym swój i sobie wybierał, w którym dzisiaj będzie pracował. Na egzaminie dostał pytanie, które strony w Internecie są niebezpieczne. Jak zaczął odpowiadać to go prawie wyrzucili (śmiech) z tego egzaminu, bo pani nie rozumiała o czym on mówi.

Według mnie każde dziecko samo decyduje o swoim życiu. On akurat, ten chłopak, o którym mówię jest taki bardzo matematyczno-stoicki. Doskonale rozumie matematykę i informatykę. Mógłby spokojnie pracować w dużej firmie jako informatyk w wieku 12 lat. Myślę tu o Google, czy Microsoft. Niestety dzieci nie mają takich praw. Bije na głowę wszystkich zawodowych informatyków, których znam. A jakie swoim rodzicom fajne wirusy pisze (śmiech)! To jest dopiero czad!

Teachyourbaby: No nieźle!

Ja mam tu jeszcze pytanie: „A co z dwulatkami, które mają swoje tablety a na nich np. YouTube bez ograniczeń? Czy to ok, że oglądają reklamy i całą resztę bez ograniczeń?”

Krzysztof: Ja się pytam: Gdzie jest rodzic tego dziecka?

Teachyourbaby: No właśnie!

Krzysztof: W pracy?

Teachyourbaby: Możliwe, że tak. Albo mam taki przykład z życia. Taka koleżanka, która mi przychodzi malować paznokcie opowiadała mi, że zdarza się, że do niej do salonu przychodzi rodzic z takim małym dzieckiem, daje mu tablet i dziecko jest w stanie 1,5 godziny wytrzymać podczas, gdy mama sobie robi paznokcie.

Krzysztof: No i tu jest odpowiedź: priorytety rodzica.

Teachyourbaby: Moja Maja siedziała ostatnio na stole i czytała nam książkę w sensie mówiła nam co w niej jest (śmiech).

Krzysztof: Jeżeli dziecko mi przeszkadza w moim życiu np. idę sobie coś tam gdzieś zrobić z paznokciami, czy oddać samochód do mechanika, czy z kolegami na piwo -obojętne co- to będę stosował takie mówiąc krótko ogłupiające metody. Może zamiast tabletu dać…nie wiem…może coś nasennego? Sorry za dosłowność, ale jeżeli ja jestem rodzicem zaangażowanym w rozwój mojego dziecka to ja sobie te paznokcie odłożę na 5 lat. Naprawdę! Uwierzcie mi, że warto! Jak się dzieckiem zajmiemy przez pierwsze 6-10 lat to potem jest tak z górki, że coś niesamowitego. Większość sąsiadów nie będzie mogła Wam uwierzyć. Będą mówili: „Oj Ty to masz dobrze, bo Twoja to się urodziła taka zdolna.”

Tak, urodziła się i miała napisane na czole: „lekarz.” Większość dorosłych robi na odwrót tj. hamuje rozwój jak się tylko da i potem kiedy naprawdę jest katastrofa czyli w szkole w wieku nastoletnim to się wycieramy hasłami typu „bunt piętnastolatka” i mamy doktoraty i całe rozprawy filozoficzne na ten temat. Każdy nastolatek musi się zbuntować.

W swoim życiu dużo dzieci spotkałem. Dużo się bawiłem z nimi, biegałem i w ogóle w porównaniu z przeciętnym rodzicem. Z własnego doświadczenia powiem, że wszystkie bunty w każdym wieku są fikcyjnie stworzone przez dorosłych, żeby sobie gębę wytrzeć. Bunt nastolatka pojawia się, bo ile można wytrzymać tych ograniczeń. Nie mogę się nauczyć czytać, bo nie umiem alfabetu. Gotowość na której jest oparta filozofia całej edukacji na świecie jest fikcją, jest mitem i wynika z lenistwa dorosłych.

Jest o tym u Domana w paru miejscach, ale teraz przychodzi mi na myśl ta największa w formacie książka, chyba przez Gliwice wydana. Tam jest to ładnie opisane i oczywiście w jej oryginale. Tam jest jeden rozdział na temat gotowości: szkolnej, przedszkolnej, do tego i do tamtego. Całe pojęcie gotowości to jedna wielka bzdura, która ogranicza rozwój dziecka, natomiast daje poczucie spełnienia rodzicom.

Teachyourbaby: Jeśli chodzi o bunty to ja na przykład wcześniej słyszałam o buncie dwulatka zanim u nas jakieś takie delikatne problemy się pojawiły. Stwierdzam jednak, że żadnego buntu nie ma przy odpowiednim podejściu. Po prostu to jest nasze złe podejście do dziecka.

Krzysztof: Dokładnie tak. Dziecko musi mieć jakiś powód żeby się zbuntować. Najczęściej jest tak, że kiedy pierwszy raz czegoś zabronimy to dziecko się nie buntuje. Drugi raz też nie. Może piąty, może siódmy…Im bardziej zabraniamy, tym bardziej narasta w dziecku wkurzenie. Pamiętajmy, że dziecko rozwija swoje możliwości obojętnie jak będziemy się rozwojem zajmować i z czasem potrafi się coraz bardziej buntować. Doman pisze, że do 6 miesiąca dziecko jest czystym intelektem. Wszystkiego się nauczy i wszystko przyjmie za dobrą monetę. Jeżeli będziemy uczyć faszyzmu i terroryzmu, bo będziemy chcieli, żeby nasze dziecko było faszystą i terrorystą i będziemy tłumaczyć i dlaczego, i na czym to polega i dlaczego ci ludzi są źli, i czemu trzeba wytaczać wojny to dziecko będzie przeszczęśliwe, że może się tego nauczyć. To będzie coś fajnego.

Teachyourbaby: Pozwól, że Ci przerwę, bo pytałeś gdzie są rodzice, jak rozmawialiśmy o tabletach. Jedna mama napisała, że czasem niestety siedzi obok.

Krzysztof: Polecam, żebyście wy jako rodzice zrobili sobie przerwę w maksymalnie wielu dorosłych aktywnościach i sprawach nie związanych z dzieckiem. Zróbcie sobie przerwę na 10 lat. To jest naprawdę mało w porównaniu z tym, co się dzieje jak tego nie zrobimy, bo jak ja będę dbała o paznokcie …

Teachyourbaby: …ja dbam… (śmiech)

Krzysztof: Ale nie odchodzimy od priorytetów.

Teachyourbaby: Wiem, wiem…

Krzysztof: Jest na pewno czasami tak, że Twoja córka śpi. Wtedy sobie robisz paznokcie. Paznokcie to w ogóle jest chyba szkodliwa chemicznie sprawa….

Teachyourbaby: (śmiech)

Krzysztof: …ale nie mechanicznie. Możesz mieć dziecko śpiące w chuście na Tobie, a Ty półleżąc robisz sobie paznokcie, a dziecko na Tobie śpi. Naprawdę jest dużo możliwości.

Teachyourbaby: No tak. Tak jak u nas z książką na stole. Tylko wiadomo…od razu reakcja koleżanki, że może powinnam ją ściagnąć, bo spadnie (śmiech).

Krzysztof: Spokojna głowa. Ja bardzo często jak musiałem gdzieś jechać coś załatwić np. do jakiegoś urzędu, czy gdziekolwiek normalnie brałem pod pachę Michała. Najpierw z wózkiem, potem bez wózka. Okienko w urzędzie, a przy okienku siedzi np. czterolatek, czy dwulatek. Czasami się oczywiście zdarzało, że ktoś tam mówił: „Tu dzieci nie wolno…i tak dalej.” Raz nam kierowca zatrzymał autobus i powiedział, że dalej nie pojedzie, bo robiliśmy ćwiczenia gimnastyczne na drążkach w autobusie to wsiedliśmy w inny i też dojechaliśmy. Są możliwości tylko jeżeli ja uważam, że dziecko mi nie powinno przeszkadzać, bo sobie robię paznokcie, czy oglądam mecz z kolegami: „Nie przeszkadzaj! Wyjdź i koniec!” to jakby nie ma możliwości. Jeżeli coś będę chciał coś wymyślić, żeby dziecko też z tej naszej wspólnej części życia coś miało to zawsze są możliwości.

Teachyourbaby: Są, tylko trzeba być kreatywnym, żeby coś pokombinować. Tak mi się wydaje.

Krzysztof: Trzeba kombinować, a jak już się nie da to robię swoje rzeczy jak dziecko śpi.

Teachyourbaby: Jeszcze tak wracając do czytania, co myślisz o gotowych zestawach?

Krzysztof: Wiesz co…dużo różnych rzeczy myślę.

Teachyourbaby: Czy można je polecać np. tak jak Natalia Minge mówiła, że dla dzieci do roku, bo one nie mają wtedy jakichś tam preferencji a potem tworzyć własne?

Krzysztof: Dokładnie. Dziecko na początku jest czystym intelektem. Wszystko przyjmie. Natomiast gotowy zestaw nie jest dopasowany do dziecka. To tak jak programy szkolne. Każdy człowiek jest inny niezależnie od tego ile ma lat, miesięcy, czy dni. Każde dziecko jest inne i jakim cudem jakiś…kurka…minister…przygotował ten sam program dla iluś tam milionów różnych ludzi. To jest jakaś paranoja. Ja w życiu z żadnego zestawu gotowego nie korzystałem. Ani z matematyki ani z języków. Ja bym wykorzystywał na ile się da. Widzę znudzenie, to wyrzucam.

Liczy się czas. Lepiej jest kupić gotowy zestaw, bo poświęcam na to 30 sekund. Kupuję, klikam, przychodzi pocztą i jest super. Ale tak jak mówiła Natalia, im dzieci starsze tym jest trudniej korzystać z gotowców. Ja Ci pisałem w smsach, czy w czymś (już nie pamiętam), że mieliśmy taki moment, że nic nie działało. Kompletnie nic i koniec. Ja wtedy wymyśliłem sobie taką metodę związaną z naszym codziennym dwu- czy trzygodzinnym spacerem. Michał już wtedy chodzący był, a raczej biegający, szybko chodzący tj. rower i tak dalej…może miał 3 lata. Jak tylko czymś się zainteresował to ja robiłem zdjęcie tego czegoś, obojętnie co to było: człowiek, jakieś zdarzenie, zjawisko, liść, chmury, samochód…Potem późnym wieczorem robiłem z tych zdjęć sesję na następny dzień.

Teachyourbaby: Ooo…czyli wprowadziłeś ilustracje.

Krzysztof: Mi chodzi o dowolny temat: matematyka, czytanie, bity, chociaż w bitach najmniej, bo one mi najwięcej czasu zajmowały. Wykorzystywałem słowa, które się pojawiały na spacerach. Na przykład miałem jakąś biedronkę. Szybko rzucałem okiem na Wikipedię i np. to była mączniakówka (śmiech).

Teachyourbaby: Aha…ale to robiłeś bez ilustracji, czy właśnie razem z tymi zdjęciami?

Krzysztof: To zależy ile miałem czasu. Jak miałem czas wydrukować zdjęcie to tak, ale jeśli nie to niestety tylko same słowa.

Teachyourbaby: Aha…bo my może też komuś poddamy pomysł. Teraz zwiększyłam znaczne zainteresowanie. Jestem w stanie zaprezentować 20- 30 kart za jednym razem. Tak ręcznie pisanych i prezentowanych na papierowych kartach. Podsłuchuję jak Maja rozmawia np. z tatą. Spisuję słowa na temat tego, o czym rozmawiają i czasem też zdania. I ona tak potem na nie patrzy, jakby niedowierzała i zastanawiała się skąd to się tu na kartach wzięło.

Krzysztof: Ja bym uogólnił, bo to jest bardzo ważny element. Jeżeli idziemy za dzieckiem i obserwujemy je uważnie to jakby ono kieruje tym całym procesem. Wtedy to wszystko staje się tak bajecznie proste, że ja się dziwię skąd te wszystkie pytania. To jest prościzna. To jest tak prosty system. Naprawdę. Jak sobie porównamy całki i różniczki (śmiech) …nie no…przesadziłem, bo to też są proste rzeczy…

Teachyourbaby: Niby jest proste, ale wątpliwości jest dużo, czy aby na pewno dobrze robimy.

Krzysztof: Może inaczej. Jeżeli idziemy za dzieckiem to samo się wszystko robi. Zwłaszcza jeśli jest to małe dziecko np. ma miesiąc, czy rok. To jest najprostsze rozwiązanie i wszelkie problemy znikają. Chcesz to masz. Proszę bardzo. Tylko całą szerokością. Jeżeli widzę, że zainteresowanie jest biedronkami, to pokazuję słowa, czy zdania z nimi związane. Na moim YouTube jest film o książkach. To są takie przykłady, że kogoś coś tam zainteresowało. Jak potrzebowałem owce to znalazłem je w jakiejś książce. Wziąłem na szybko jakieś zdania z Wikipedii, że np. owca trójbarwna, bo taką ma nazwę ma sierść dwukolorową: od dołu do pasa jest biała, a od połowy czarna. Jest taka owca! Normalnie cyrk!

Teachyourbaby: Muszę znaleźć, bo owce to pasja mojej córki. Owca trójbarwna…

Krzysztof: Jak nic nie pomyliłem to tak. Na moim YouTube wpisz w wyszukiwarkę: „Doman książki,” to tam znajdziesz przykładowe. Jest na przykład książka o Koperniku. W jednym filmie są chyba ze cztery książki tak na szybko pokazane. I to jest wszystko na podstawie tego, że ktoś o coś zapytał, że jakiś temat się po prostu pojawił w życiu dziecka. Nie dlatego, że jest w jakiejś książce edukacyjnej specjalnie dla dzieci, tylko dlatego, że dziecko się samo czymś zainteresowało. Wtedy jest wszystko bajecznie proste. Na przykład biedronek w Polsce jest dużo. Kiedyś istniały tylko dwie: dwukropka i siedmiokropka, ale przywieźli nam inne Azjaci.

Teachyourbaby: Ooo…muszę sobie zapisać. Mamy też fascynację biedronkami.

Krzysztof: W tej chwili chyba mączniakówka też jest polska. Ma 14 kropek, bodajże czarne na żółtym albo na odwrót. Ale jest mnóstwo biedronek, które na plecach mają jakieś śmieszne wzory zamiast kropek: jakieś kwadraty, wielokąty…Wystarczy, że Twoje dziecko jadąc na rowerze zatrzymało się i się wgapia w jakiegoś owada. Patrzysz- biedronka i wtedy już tworzysz całą sesję w oparciu o nią. Wtedy to jest proste. Problemem jest obserwacja dziecka. Najczęściej niestety z góry zakładamy, że dziecko wie mało i ja je muszę nauczyć. Jak ono nie chce, to znaczy, że muszę bardziej uczyć, docisnąć śrubę, a jest dokładnie na odwrót. Jak ono nie chce, to nie z nim jest coś nie tak tylko ze mną (śmiech). To tak jak Doman mówi: „Jeżeli się dziecko dobrze nie bawi i ty się dobrze nie bawisz, natychmiast przerwij.” Coś nie gra.

Jak dobrze obserwujemy i idziemy za dzieckiem to to samo wychodzi. Zastanawiajcie się jak najczęściej, co ja mogę zrobić takiego, że dziecko tego ode mnie chce. Podam jeszcze inny przykład. Tym razem w temacie rozwoju motoryki małej, czyli paluszków. My swego czasu robiliśmy obiady na takich dwóch małych niskich stołach typu Ikea. Te stoły mają 50 cm wysokości. Dwa takie stoły na środku kuchni i wszystkie szafki pootwierane. Możesz sobie wyobrazić jak to było z dzieckiem, które ma 1,5 roku. Wszystkie mąki, kasze, makarony, cukier i oczywiście woda, oleje….Wiecie co robi mąka z wodą na podłodze?

Teachyourbaby: No tak (śmiech).

Krzysztof: Ja na przykład wymyśliłem sobie taki system, że sprzątałem codziennie i tak dalej…wiadomo jak dziecko ma rok czy dwa. Ale to nie był problem. Problem był taki, że jak my się godzinę bawiliśmy w obiad to oczywiście wiadomo palce działają, motoryka mała i wszystko super, ale na drugi dzień nie ma z czego zrobić obiadu. Zapas był na 10 dni (śmiech).

Teachyourbaby: (śmiech)

Krzysztof: Jak pomieszasz wszystkie materiały sypkie i dolejesz do tego wody to już obiadu z tego nie zrobisz (śmiech). Wymyśliłem sobie system, z którego jestem bardzo dumny, że na początku szafek, z brzegu miałem wszystkie pudełka, torebki, wszystkie kasze, mąki, cukry i tak dalej wypełnione tak mniej więcej do 1/4. Całą resztę, ale już w kilogramowych pojemnikach miałem schowaną z tyłu na długość ręki dziecka, ale on nie wiedział, że tam jest zapas (śmiech). Wystarczało mu, że on sobie wszystko wysypywał z tego brzegu, a ja robiłem obiad z tego, co było z tyłu.

Teachyourbaby: (śmiech) Sprytnie.

Krzysztof: Sprzątania jest tyle samo. Trochę więcej jest odkładania i przesypywania, bo jak kupuję 1 kg kaszy to muszę 1/4 wsypać do starej torebki, którą trzymam z brzegu, 3/4 chowam do tyłu. Ze sprzątaniem jest tyle samo, z przesypywaniem jest więcej zabawy, ale …mam z czego zrobić jutro obiad.

Teachyourbaby: A jak już jesteśmy przy kuchni…bo był taki temat w naszej grupie na Facebooku i może go widziałeś. Ktoś tam się wczytywał w forum Instytutów, które w sumie polecałam, ale tam czytałam artykuły, kiedy potrzebowałam czegoś do mojego artykułu. Wątek dotyczył diety i np. Instytut ponoć nie zaleca picia mleka. Wiesz coś na ten temat?

Krzysztof: Tak, tak…wiem. Dobrze jest oglądać filmy, które udostępniają. Instytut ma już w tej chwili konto na YouTube, chociaż długo się opierał. Co jakiś czas pokazuje filmy. Zresztą nawet na Facebooku już ma konto.

Teachyourbaby: Zgadza się…i grupę.

Krzysztof: Może coś źle powiedziałem. Nie konto, tylko grupę. Jest kanał na YouTube. Wystarczy „wyguglować” IAHP, czy też w całości the Institutes of Achievement of Human Potential w Filadelfii. Tam co jakiś czas pojawiają się filmy. One są trochę nudne, bo są dla dorosłych, ale są też nagrania na temat diety i tutaj sprawa jest skomplikowana. Wydaje mi się, że w Instytucie większość dzieci to dzieci w cudzysłowiu „chore,” „z jakimiś tam upośledzeniami.” Czasami jest tak, że to są przypadki wymagające silnej ingerencji w dietę.

Niemniej jednak pojawiają się też bardzo uogólnione filmy z IAHP. Na przykład w jednym z filmów Janet Doman mówi, że jeżeli nie masz żadnego pomysłu i jeżeli coś nie gra, a czujesz, że z tą dietą jest coś nie tak np. występuje jakieś uczulenie i nie wiadomo o co chodzi, to na dzień dobry możesz zrobić dwie rzeczy. Nie bierzcie tego bardzo dosłownie, bo tu chodzi o przykład, uogólnienie, ale na początek wyeliminuj mleko (takie zwykłe ze sklepu z kartonu, krowie) oraz białe mąki (ja je nazywam przemysłowymi, bo nie są zrobione z ziarna, które rośnie na polu od tysięcy lat, tylko z przemysłowej pszenicy odartej ze wszystkiego, w której zostaje tylko środek ziarna, który nic nie jest warty). Ja się tu w tym temacie nie bardzo chcę wypowiadać, bo my nigdy problemów z dietą nie mieliśmy.

Teachyourbaby: Ja się mogę tu wypowiedzieć. Tak w ogóle to ja podnoszę ciężary, tak sobie ćwiczę. W momencie jak zaczęłam kombinować z dietą i ją zmieniać to ktoś mi doradził, żeby na początek odrzucić mleko i wszelkie białe mąki. Ja miałam jakieś tam problemy. Teraz wiem, że któryś rodzaj pszenicy mi szkodzi i nie jem. Byłam długo na diecie bezglutenowej. Natomiast mleko chyba ok. Po przerwie wypiłam ogromną ilość tak, żeby sprawdzić i nic się nie podziało.

Krzysztof: I to jest odpowiedź. Każdy człowiek jest inny. Mi się wydaje, że uogólnienia bardzo nam szkodzą. Każde dziecko też jest inne.

Teachyourbaby: Czyli po prostu sprawdzić. Jak nic się nie dzieje to w porządku. Zresztą nie pijemy tego mleka nie wiadomo ile.

Krzysztof: Pamiętajcie, że tutaj znowu powinniśmy sobie zadać podstawowe pytanie: Kto robił badania i kto mu za to zapłacił? Kojarzycie reklamę: „Pij mleko…będziesz coś tam?”

Teachyourbaby: Tak, ale wiesz jak już Instytut tak zaleca…

Krzysztof: Ja nie mówię o Instytucie. Instytutu to akurat ja osobiście bym słuchał, ale tylko ich i bezpośrednio ich.

Teachyourbaby: A może by ich dopytać, czy to jest zalecenie dla wszystkich czy może takie zalecenie, żeby sprawdzić?

Krzysztof: Na pewno z jednej strony da odpowiedź dziecko, a z drugiej strony można pytać.

Teachyourbaby: Ja myślę, że jak dziecko nie chce pić mleka, to nie dawać. Tak po prostu.

Krzysztof: Zdecydowanie! Jest mnóstwo przykładów typu, że dzieci lubią parówki albo coś innego i nagle się okazuje, że parówki są niedobre. Potem się okazuje, że ktoś inny zrobił badania i się okazało, że w zwykłych parówkach, do których trafiają wszelkie śmieci jest na przykład dużo rzeczy typu jakieś ścięgna itp. i one doskonale poprawiają stan naszego zdrowia. Inny przykład to wywar z kurzych łapek. Znasz temat? Wiesz o co chodzi?

Teachyourbaby: Chyba tak…żelatyna też, tak?

Krzysztof: No właśnie!

Teachyourbaby: Coś też z cielęciną mi się kojarzy. Gicz cielęca?

Krzysztof: Jest mnóstwo tematów, które niestety znamy tylko z reklam. Jeśli spytamy dobrze poinformowanego lekarza, gdy nikt inny go nie słyszy i może wyrazić swoje prywatne zdanie to mówi, żebyśmy nie kupowali leków np. za 100 zł tylko idź kup galaretkę na zwykłej żelatynie, a najlepiej kup kurze łapki i zrób sobie z tego coś tam.

Teachyourbaby: Coś mi się gdzieś tam obiło o uszy.

Krzysztof: Albo jeszcze inaczej. Polecam w ogóle, żeby każdy sprawdzał wszystko sam, ale na przykład wszyscy uważają, że jak jemy tłuszcz to obrastamy tłuszczem.

Teachyourbaby: To też znam, bo to też dotyczy mojej diety. Nie boję się tłuszczy. Kiedyś kromkę tak grubo masłem smarowałam i koleżanka nie dowierzała, że ja jestem na diecie (śmiech). Nie wyglądało jej to na dietę.

Krzysztof: Jest na odwrót. Można wcinać łychami tą najbardziej tłustą śmietanę i nic.

Teachyourbaby: No tak…

Krzysztof: Ja tylko tak rzucam różne hasła.

Teachyourbaby: Cukier jest zły, ale taki w czystej postaci wiadomo.

Krzysztof: No właśnie.

Teachyourbaby: O diecie to Ty mógłbyś ze mną wywiad przeprowadzić (śmiech).

Krzysztof: Generalnie trzeba się zaangażować temat i tak jak zawsze mówię obserwować dziecko. Nie wiem, czy zauważyliście i Doman też o tym pisze, ale dziecko tak jak chce rozwijać każdy ze swoich zmysłów, obojętnie czy myślimy, że ich jest 6 czy 60, tak samo uczy korzystać się ze swojego zmysłu smaku. Mnóstwo rodziców się boi, że dziecko coś tam połknie, ale dziecko bierze zabawkę do buzi, bo chce posmakować. Tak samo jest z gwoździami, śrubami i tak dalej. Ja osobiście nie widziałem, żeby dziecko chciało połknąć coś co nie ma smaku np. jakiś metalowy przedmiot, czy drewniany. Memla w buzi i wypluwa.

Teachyourbaby: No tak…Maję raz przyłapałam z jednym magnesem- kropką w buzi, bo mamy kropki domanowe w postaci magnesów. Zniosłam ją na dół, położyłam, ona otworzyła buzię, a ja zauważyłam magnes i wyciągnęłam (śmiech). Nie połknęła go przez ten cały czas. Tak się z magnesami zdarzyło ten jeden jedyny raz. Aha…ten magnes był inny niż cała reszta. Wszystkie czerwone, a ten jeden mniejszy i fioletowy.

Krzysztof: No widzisz…Czy fiolet ma jakiś smak? Dzieci sobie takie pytania zadają nie mówiąc nikomu nic o tym. Jaki smak ma fiolet? Jaki smak ma ciężki przedmiot? Czy ciężki przedmiot smakuje ciężej niż lekki przedmiot?

Mało tego. Smaki mają podtekst społeczny. Jeżeli zaczniemy obserwować zupełnego noworodka, czy takiego wczesnego niemowlaka to zauważymy, że on bierze do buzi cytrynę i się nie krzywi. Mało tego. Bierze do buzi kupę kota i też się nie krzywi. Z czasem widzi, że jeżeli dorosły bierze cytrynę do buzi albo jakiś większy śmieć to pojawia mu się na twarzy pewien grymas. Dziecko się uczy znaczenia społecznego smaków, tak jak się uczy wszystkich zmysłów i wszystkiego co do niego dociera wszelkimi drogami…sześcioma…dziesięcioma…obojętnie. To wszystko odkrył Doman.

My dzieci najczęściej ograniczamy. Jest taki fragment w paru książkach, ale zwłaszcza w chyba „Fit Baby, Smart Baby, Your Baby,” że dziecko za wszelką cenę chce skorzystać ze wszystkich dostępnych zmysłów, czyli dotyka zabawkę, grzechocze przy uchu, liże i tak dalej. Jak już sprawdzi wszystko, co może sprawdzić zabawka przestaje być interesująca. I tak jest z każdym przedmiotem i tak powinno być. Problem polega na tym, że my najczęściej mówimy: „Nie bierz do buzi.” Mało tego. Okazuje się, że jak nie bierze do buzi i jest sterylnie to wtedy pojawiają się choroby. To tak ogólnie.

Jeżeli pozwolimy dziecku na smakowanie zabawek i wszelkich innych przedmiotów to po pierwsze wydaje mi się, że będzie zdrowsze…

Teachyourbaby: Zgadza się.

Krzysztof: No właśnie. Dzieci są albo brudne albo czyste albo szczęśliwe. Po drugie będzie miało jeden dodatkowy zmysł naprawdę dobrze rozwinięty. Smaku prawie nie używamy. To samo jest ze słuchem. Dziecko słyszy, że jedzie samochód. Spokojnie idzie sobie po krawężniku. Wie, że nie może wyjść na ulicę, bo słyszy samochód, a ma na przykład cztery czy pięć lat. A my tłuczemy mu do głowy: „Źle idziesz. Nie widzisz…że coś tam?” a dziecko patrzy w swoje buty, bo nie potrzebuje, bo słyszy. Uczymy dzieci od urodzenia, że słuch jest mało ważnym narzędziem. Jaki jest tego efekt?

Suzuki mówi wyraźnie, a jeszcze więcej na ten temat mówi Shichida. Wszystkie dzieci (100%) i to jest wynik badań, a nie domysłów w momencie urodzenia mają absolutny słuch muzyczny i absolutną pamięć muzyczną. Tylko tego nie używają, a organ nieużywany zanika. Mięsień nieużywany zanika. Mózg nieużywany zanika. Zmysł nieużywany zanika. Mówiąc wprost im więcej używamy, tym lepiej.

Teachyourbaby: Ile damy radę.

Może zakończmy ten temat, bo ja tu mam temat czytania. Widzę, że z Tobą to normalnie będzie kilka live’ów (śmiech). Mam jeszcze dwa pytania do tematu czytania. Przy jednym wywiadzie pojawiły mi się klocki Rocławskiego, jako takie następstwo programu czytania. Jaka jest Twoja opinia? Wiem, że to są bardzo drogie klocki.

Krzysztof: Oczywiście, że tak. Z tego co ja widziałem to właściciele bardzo pilnują praw autorskich i takich rzeczy i bardzo słusznie. Niech one sobie będą drogie.

To jest jeden z elementów polskiej rzeczywistości edukacyjnej. Może tutaj zacytuję Domana: „Stosujcie to co działa. (…) Jeżeli coś nie działa to nie stosujcie” (łącznie z moją metodą). Tak powiedział Doman. W sumie nie użył słowa „metoda.” „Łącznie z tym, co Wam mówię, jeżeli to nie działa to nie stosujcie tego.” W jednej książek jest taki rozdział: „Liczą się wyniki.” Taka jest filozofia Domana, że liczą się wyniki. Jeżeli zależy Ci na rozwoju dziecka, to patrz na wyniki. Jeżeli coś poprawia ten rozwój i dziecko jest szczęśliwsze, bo umie więcej to super, stosuj to dalej, nie przerywaj. Jak coś nie działa, wyrzuć do śmieci i szukaj dalej. Doman według mnie jako jedyny odkrył w jaki sposób uczy się mózg ludzki. Niestety dla większości z nas to nie są dobre wiadomości, bo trzeba się nauczyć pokory oraz tego, że jak stoję po stronie dziecka to niestety część dorosłych się odwróci ode mnie plecami i powie, że jestem głupkiem. Parę rzeczy trzeba zrobić i dlatego prościej jest nam poczekać na przykład do trzeciego roku życia i wtedy my jako władcy świata dyktujemy, co jest dobre, a co złe.

Wszystkie dzieci, które znam lubią się bawić klockami, ale to nie są te klocki tylko to są klocki Lego.

Inaczej: Czy mogę klocki Rocławskiego zastosować od pierwszego dnia życia?

Teachyourbaby: No nie. Chyba, że do lizania (śmiech).

Krzysztof: Znam te klocki, bo to żadna tajemnica, ale są przeznaczone raczej dla starszych dzieci, czyli zupełnie nie ten obszar, co Doman. Po drugie – raczej do pisania, a nie doczytania.

Teachyourbaby: U Domana pisanie jest jako następstwo czytania, co nie?

Krzysztof: Dokładnie. Oczywiście, jeśli klocki działają to super.

Jeszcze a’propos tego co jest jakie drogie, cen i tych wszystkich zastrzeżeń typu prawa autorskie itp. całą wiedzę Domana możemy sobie kupić w postaci książek nawet zakładając, że pierwsze wydanie „Jak nauczyć dziecko czytać” kosztuje zwykle poniżej 100 zł (80 zł to zwykle jest taka kwota wolnorynkowa) to całą wiedzę możemy zdobyć za kwotę 500 zł, jak nie mniej. Wszystko plus intuicja matczyna i ojcowska. To jest niewyobrażalnie mała kwota. Może to wszystko powinno kosztować o trzy zera więcej, to byśmy jakąś wartość do tego przykładali.

Teachyourbaby: Bity inteligencji z Instytutu tyle kosztują (śmiech).

Krzysztof: Wiesz co? Zgadza się, ale Doman nigdzie nie pisze: Kupujcie tylko u mnie, ja jestem najlepszy. Doman mówi: „Patrzcie na wyniki.”

Teachyourbaby: No właśnie. To mi się u Domana podoba, bo Shichida i inne metody azjatyckie są takie zamknięte. Po prostu to jest sekret i tylko dla wybranych. Trzeba za nie płacić nie wiadomo ile, a Doman jest darmowy jeśli chodzi o wiedzę.

Krzysztof: Shichida to jest korporacja krótko mówiąc. Ja mam trzy książki Shichidy. W tej chwili nie do zdobycia. Nawet nie można ich wyguglować.

Teachyourbaby: Szukałam ostatnio na Amazonie i nie znalazłam.

Krzysztof: Moje pytanie: dlaczego? Nawet pierwsze polskie tłumaczenie Domana jest do kupienia. Doman jest do zdobycia i łatwo dostępny tylko czemu my się nie angażujemy?

Teachyourbaby: O właśnie. Odnośnie kwot i tak dalej, jedna mama proponuje szkolenie z Bożeną Bejnar-Sławow. Chyba dobrze powiedziałam, tak?

Krzysztof: Tak.

Teachyourbaby: Ja oczywiście jestem chętna nawet gdybym miała pożyczyć te pieniądze, tylko, że musi się zebrać odpowiednia grupa, żeby się odbyło.

Krzysztof: Nie rozmawiałem z nią osobiście, ale to jest jedna z bardzo niewielu osób w Polsce, Polka, która mówi po polsku, zna polskich rodziców i tak dalej, która była i pracowała u Domana.

Teachyourbaby: No właśnie. Czyli ona jest takim źródłem informacji z pierwszej ręki.

Krzysztof: Wiele lat pracowała w Instytucie. To po pierwsze. A po drugie to jest jedna z czterech osób bezpośrednio zaangażowanych w stworzenie pierwszej polskiej wersji „Jak nauczyć małe dziecko czytać,” chociaż nie znajdziecie jej nazwiska.

Teachyourbaby: No właśnie. Ona nie reklamuje się tak jak co niektórzy i ja też do niej dopiero niedawno dotarłam.

Krzysztof: W tej książce też jej nazwiska nie ma, ale uwierzcie mi na słowo. Nie będę podawał źródła informacji, ale to jest jedna z osób bezpośrednio zaangażowanych w powstanie tej książki. Ta książka jest warta każde pieniądze.

Ja nie kasuję pieniędzy za to, co teraz mówię. Chciałem kiedyś, ale nie da się przeżyć w naszej lokalnej, zaściankowej społeczności pomagając rodzicom angażować się w rozwój własnych dzieci. Jakoś nie przywiązujemy aż tak dużej wagi do tego, żeby za to płacić na tyle, żeby można było z tego przeżyć. Nie dom co miesiąc za milion budować, tylko spokojnie przeżyć.

Bożenę polecam. Szkolenie z nią jest warte każde pieniądze.

Teachyourbaby: Tak w ogóle to z nią będę miała wywiad live za tydzień, w środę. To coś zupełnie niespodziewanego tak, że jutro dopiero wrzucę Wydarzenie. Fajnie, że polecasz.

Krzysztof: Bardzo polecam. Jeszcze może jedno zdanie. Ja całego Domana znam z książek i z własnych doświadczeń nie tylko z moim dzieckiem, ale też z innymi dziećmi i z rodzicami. Generalnie sprawa dotyczy tylko rodziców. Dzieci ciągną do przodu jak tylko mogą najbardziej. Chcą się rozwijać, ale będą się rozwijać na tyle, na ile im to rodzic umożliwi.

Może jestem o tyle dziwny, że Domana zrozumiałem od razu w całości.

Teachyourbaby: Jesteś niesamowity. Ja dzięki Tobie zaczęłam go całkowicie rozumieć. Teraz mi się to układa w fajną całość, ale musiałam też połączyć fakty z forum Instytutu z książkami. Niemniej jednak musiałam do tego dojść. To nie było takie pełne zrozumienie od razu.

Krzysztof: Dla mnie Doman jest oczywisty. Jak czytałem książkę to w ogóle się nie zastanawiałem nad tym, czy tak jest, dlaczego tak jest…Nie wiem do czego to przyrównać, ale tak jak matematyka od urodzenia była dla mnie oczywista od kiedy pamiętam to tak samo jak czytałem Domana to pomyślałem sobie, że ktoś to w końcu zauważył i spisał. Jak czytałem cokolwiek na jakikolwiek inny temat w sensie edukacyjno-rozwojowym to zawsze mi czegoś brakowało. Zawsze były jakieś dziury, bo coś można było stosować tylko od jakiegoś wieku i zawsze było coś czego nie można było zastosować do niemowlaków.

Teachyourbaby: To mówiłeś w poprzednim wywiadzie.

Krzysztof: Ale jeszcze powtórzę. Doman jest kompletny. Nie ma żadnej pustki.

Teachyourbaby: Eee…jest pustka, chyba, że coś znalazłeś w tym temacie. On kończy książkę o rozwoju fizycznym tym, że można by napisać jeszcze jedną książkę w temacie pisania i tej książki nie ma.

Krzysztof: Wiesz co? W każdym temacie można by napisać jeszcze tysiące książek, ale tu chodzi o filozofię. Ona jest kompletna.

Teachyourbaby: Jeśli chodzi o samą filozofię to zgadzam się.

Krzysztof: Według mnie filozofia rozwoju człowieka Domana jest według mnie jedną z najbardziej kompletnych teorii w tym temacie. Tam się nie ma do czego doczepić. Oczywiście z punktu widzenia dziecka, bo z punktu widzenia tych, co chcą zarobić za wszelką cenę to oczywiście, że można się przyczepić. Obserwuję dzieci odkąd sam byłem dzieckiem czyli od wczesnego przedszkola i stwierdzam, że Doman tak jak Korczak widział co się w dziecku dzieje. Według mnie tylko dwóch takich było w historii świata. Dwóch regularnie pomijanych. Wolimy sobie kupić drogi samochód. Ważniejszy jest dla nas Honda niż Doman, bo Honda wymyślił fajny samochód, a Doman rysowanie kropek po nocach. Co to w ogóle jest?

A Korczak to już w ogóle nie wiadomo co wymyślił.

Teachyourbaby: W sumie tak jest (śmiech).

Krzysztof: Ja mam w domu książkę Korczaka, którą znalazłem na takim regale w bibliotece, gdzie często są wystawione książki, które idą na przemiał. Niemniej jednak wystawia się je na tydzień, czy miesiąc, bo może ktoś coś będzie potrzebował, a jak nikt nie weźmie to przemiał. Wśród takich książek znalazłem Korczaka. Mało tego, miał pieczątkę jakiejś biblioteki szkolnej, czy pedagogicznej…już dokładnie nie pamiętam. W każdym razie jakaś publiczna biblioteka się Korczaka pozbyła. To wszystko na ten temat.

Generalnie jako społeczeństwo światowe nie lubimy się zajmować rozwojem dziecka.

Teachyourbaby: Ja mam nieco inne wrażenie, bo widzę, że w mojej grupie przybywa rodziców. Ale w Polsce jest chyba taka tendencja, żeby jednak z tym dzieckiem niewiele robić. Mam jeszcze drugą grupę- międzynarodową i tam w tych Azjatach ja widzę niesamowitą pasję. Jak rzuciłam propozycję wspólnego tworzenia programów inteligencji oraz wymieniania się nimi to jest ogromna przepaść jeśli chodzi o stosunek chętnych do ilości osób w grupie międzynarodowej i w polskiej.

Krzysztof: Dokładnie. Właśnie o tym mówię. Zainteresowanie rozwojem człowieka na świecie jest coraz większe. Coraz więcej ludzi rozumie, że jeśli my wyznajemy teorię gotowości mówiąc ogólnie: najpierw przedszkolnej, potem szkolnej, potem jakiejś tam jeszcze i tak w kółko, to my hamujemy cały rozwój i potem kozetki są zajęte na wiele miesięcy do przodu. Rozwój się zaczyna od poczęcia i jak się nim nie zajmiemy wtedy kiedy on się zaczyna to potem jest już tylko katastrofa za katastrofą. Według mnie świadomość ludzi na świecie rośnie coraz bardziej i dlatego jest jak jest natomiast w Polsce cały czas jesteśmy grupą wyjątków. Dlaczego jest nas na przykład tylko tysiąc a nie milion? Dlaczego trzeba oszukiwać mówiąc wprost, żeby coś na rozwoju dzieci zarobić? Dlatego, że jesteśmy cały czas wyjątkami. Bardzo dobrze. Ja się cieszę, że tych wyjątków jest coraz więcej i że ktoś mnie słucha. Jestem naprawdę pod wrażeniem. Dzięki w ogóle, że mnie słuchacie.

Teachyourbaby: (śmiech) No tak.

Krzysztof: Dzięki w imieniu dzieci, bo mi jest zupełnie wszystko jedno, ale jak widzę jaką różnicę w całym życiu dziecka robi zaangażowany rodzic w porównaniu z byle jakim rodzicem to jest to po prostu gigantyczna przepaść. Obojętne, czy to jest metoda Domana, czy Korczaka, czy Kopernika, czy Einsteina. Rodzic zaangażowany przez pierwsze 10 lat życia dziecka, czyli wtedy kiedy ten rozwój się odbywa to jest po prostu taki dar dla dziecka, że z niczym nie da się tego porównać.

Teachyourbaby: Czy dziecko to później doceni?

Krzysztof: I tu znowu się pytamy o zapłatę.

Teachyourbaby: (śmiech) Nie traktowałabym tego jak zapłatę.

Krzysztof: Po pierwsze tak.

Teachyourbaby: Wiesz w sumie małe dziecko nie czuje tego, że my je czegoś uczymy.

Krzysztof: Wiesz co…na początku nie, bo dziecko się zgadza na wszystko i zawsze rodzic jest ukochany, jedyny i w ogóle. To jest bezsprzeczne. Według mnie dziecko to na pewno doceni, ale szybciej przyjdzie satysfakcja, z tego widzisz jaki to daje efekt. Że Ty to widzisz, jako rodzic. Ty już widziałaś parę razy, prawda?

Teachyourbaby: Oczywiście, że tak. Ostatnio nawet (śmiech).

Krzysztof: Tego się nie da opisać. Uwierz mi, że Twoje dziecko nawet jak wprost nie powie tego, że coś docenia, to będziesz widziała, że tak. Dla mnie zapłatą jest uśmiech dziecka. Tak samo mówił Korczak. Chyba już nic więcej nie można zrobić poza tym, że zobaczysz, że Twoje dziecko będzie szczęśliwie żyło.

Teachyourbaby: Zgadza się. To wystarczy.

Krzysztof: Raczej nie przyjdzie i nie powie: „O mamo, dziękuję. Dobrze mnie wychowałaś.”

Teachyourbaby: No może nie do końca o to mi chodziło, ale coś w stylu „Dzięki, że nie muszę się tego uczyć, bo już to umiem.” Może ona nie będzie postrzegała nauki na zasadzie „muszę się tego uczyć,” ale jej po prostu wszystko szybko będzie wchodziło do głowy. Nie wiem jak takie dzieci potem postrzegają naukę.

Krzysztof: My jesteśmy w edukacji domowej to już w ogóle.

Teachyourbaby: Na pewno jest inaczej. Ciekawe co z takimi dziećmi domanowanymi, które były tak wychowywane zgodnie z filozofią Domana i potem poszły do normalnej szkoły. Ciekawe czy znasz jakieś.

Krzysztof: Już mówię…To nie jest tylko kwestia Doman, nie Doman, tylko kwestia oddania dziecka do placówki, czyli w ręce obcych ludzi, w ręce ekspertów i co do tego nie ma wątpliwości, ale w ręce ludzi, którzy nie znają Twojego dziecka. Po tych dzieciach, które ja znam widać z daleka moment, w którym dziecko idzie pierwszy raz w życiu do placówki. Jest to objętne, czy jest to żłobek, czy przedszkole, czy szkoła.

Niemowlak, czy noworodek o ile nie ma jakichś super dziwnych powikłań to generalnie jest szczęśliwym człowiekiem i czerpie z życia jak tylko może. Jak już musi zasnąć to zasypia w trakcie zabawy z nosem w zabawkach. Mi się nie raz zdarzało, że tak patrzę na dziecko, które znam i coś mi nie gra. To jest jakiś inny człowiek. O co tu chodzi? I nagle do mnie dotarło, że to dziecko 3 dni temu pierwszy raz w życiu poszło do przedszkola i od 3 dni mówiąc wprost jest molestowane ministerialnymi programami.

W przypadku Domana, jeśli z jednej strony angażujemy się w rozwój i jest naprawdę super fajnie dla wszystkich, chociaż nie powiem- ciężka praca, ale jest przeogromna satysfakcja i dziecko też się fajnie w życiu rozwija, a tu z drugiej strony oddajemy dziecko w ręce kogoś, kto zanim je pozna już wie, co będzie z nim robić. Dla mnie taka wiedza to jest porażka- taka totalna. Dzieci niestety są hamowane w rozwoju i zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Zaczynają się buntować, wszystko się nagle zmienia.

Oczywiście nie jest tak zawsze i oby tak było jak najrzadziej.

Teachyourbaby: Myślę, że dużo też zależy od tego na jakich nauczycieli trafią. Myślę, że warto się skupić na tym w tym przypadku.

Krzysztof: Generalnie wszystko zależy od ludzi. Ja osobiście uważam, że żadna tam szkoła amerykańska, czy żadna metoda, żadne wyposażenie …Często przedszkola się reklamują tak, że pokazują wyposażenie sal. Jak ja widzę reklamówkę przedszkola i na tych zdjęciach nie ma dzieci i porozrzucanych zabawek to uciekam jak najdalej. Są tylko pokazane meble. To jest sklep meblowy, czy środowisko rozwoju mojego dziecka?

Twierdzę, że wszystko zależy od ludzi. Jak trafimy na dobrego człowieka, który kocha i rozumie dzieci (to są jedyne dwa elementy) to cała reszta jest nieważna: ani metoda, ani wyposażenie (mogą być gołe ściany, może nic nie być). Jeżeli zdecydujemy się oddać dziecko do placówki takiej, czy innej, to jeżeli trafimy na człowieka (kobietę, mężczyznę- obojętnie), który stawia na pierwszym miejscu dziecku (swoje, nie swoje- obojętnie), bo kocha wszystkie dzieci i je rozumie to jest super. Takie przypadki też znam. Oby był chociaż jeden taki w życiu dziecka, które musimy posłać do szkoły. To już jest coś, bo generalnie i tu posłużę się sloganem w branży pedagogicznej panuje dobór tzw. negatywny, czyli im gorzej, tym lepiej (śmiech). Nie ma konkursów. Szkoda gadać. Oby jak najlepiej. Ja nie polecam żadnego systemu edukacji, bo tak jak mówi John Holt nie ma czegoś takiego jak lepsza szkoła. Nie jesteśmy w stanie wybrać lepszej szkoły, bo nie istnieje nic takiego. Szkoła produkuje nauczycieli na własne potrzeby. Nasze dzieci są elementem, który szkole to umożliwia.

To tak jakbyśmy targali kamienie do budowy piramidy na plecach naszych dzieci, bo zależy nam na piramidzie. Dobrze jest poczytać sobie Holta.

Teachyourbaby: Tylko wiesz…nie każdy może sobie pozwolić na edukację domową, ale myślę, że tak jak mówisz wszystko zależy od ludzi to trochę też tak jak w tym wywiadzie z Dąbrówką, która miała takie delikatne elementy Domana w dzieciństwie to jej mama bardzo starała się wybrać dla niej najlepszą nauczycielkę i ona bardzo fajnie wspomina szkołę. Myślę, że to jest klucz.

Mi osobiście przechodziło przez głowę przedszkole dwujęzyczne, czy coś takiego, ale chyba nie zdecyduję się.

Krzysztof: Nie patrz na to. Patrz na ludzi. Jak musi pójść do szkoły to trudno.

Ja uważam, że to jest decyzja rodzica. To nie jest tak, że muszę wrócić do pracy. To nie jest tak, że mnie stać. We współczesnym świecie są metody, żeby sobie zrobić 5-,6-10-letnią przerwę. Trzeba się wysilić i trochę pokombinować, bo to nie jest łatwe. Ja jak poszedłem do mojego prezesa z pytaniem, czy mogę pójść na urlop tacierzyński to on nie potrafił wydusić z siebie słowa. W ogóle nie rozumiał pytania. Nic nie powiedział tylko robił takie „yyy…” Zacząłem tłumaczyć o co chodzi i dalej nic nie powiedział tylko robił takie „yh..yh…” to wyszedłem, złożyłem wypowiedzenie i koniec. Jakoś sobie poradzę. To jest decyzja.

Najczęściej niestety jest tak, że my sobie nie uświadamiamy swoich własnych motywacji. Siedzi w nas podświadomie pewien schemat, którego nas nauczono, że trzeba chodzić do pracy, że trzeba to i tamto i ….

Teachyourbaby: Bez pracy chociażby książek nie będzie. Na to nam idzie normalnie fortuna.

Krzysztof: To nie o to chodzi. Mówisz o dwóch różnych rzeczach. Schemat w społeczeństwie jest taki, że w moim życiu, w którym najważniejsza jest kariera zawodowa i posiadany majątek (mieszkanie, samochód, kredyt obowiązkowo trzeba mieć). Dziecko mi w tym wszystkim w jakiś sposób przeszkadza. Mówiąc schemat mam na myśli, że większość dorosłych się tak zachowuje. Mało tego, wszyscy moi znajomi chwalą się dziećmi ze świadectwami z paskiem. Jak ja teraz mogę powiedzieć, że zrezygnowałem z takiej, czy innej pracy i że moje dziecko nie ma żadnego świadectwa, ma jakieś dwóje, ledwo przechodzi i tak dalej? Tak nie można.

To są przekonania głęboko zakotwiczone w naszej podświadomości tworzone przez całe pokolenia. Z tym trzeba walczyć. Te karty to jest pikuś. Jak mi kierowca w autobusie mówi, że nie wolno się bujać na tych drążkach, a widzę, bo rozumiem matematykę i mechanikę belek, że te drążki wytrzymają 500 kg to ja z nim nie dyskutuję tylko szybko zmieniam autobus na taki, że dojedziemy do domu ale też możemy się pogimnastykować na drążkach autobusowych. Polecam. Genialna zabawa.

Teachyourbaby: Spróbujemy kiedyś (śmiech).

Krzysztof: Nie mówię do dziecka: „Zachowuj się w autobusie. Nie wolno.” i tak dalej. Mamy w głowach pewne schematy…

Teachyourbaby: …tak, mamy. Ja nie raz byłam krytykowana za to, że pozwalam Mai na wszystko i słyszałam, że ona mi kiedyś na głowę wejdzie i takie tam.

Krzysztof: Ja podyplomowo studiowałem edukację wczesnoszkolną i przedszkolną. Trzy semestry. Przynajmniej połowa dziewczyn, bo dwa semestry w tył i dwa w przód nie było żadnego faceta oprócz mnie, twierdziła z góry na dół nie wdając się w szczegóły typu metoda taka, metoda taka, że „żaden bachor nie będzie mi właził na łeb.” To była cała ich filozofia na temat czy Montessori czy Piaget miał rację. „Żaden bachor nie będzie mi wchodził na łeb.” Niestety tak niektórzy mają w głowie.

A jest zupełnie na odwrót. Jak ja pozwolę sobie, żeby mój niemowlak „wchodził mi na łeb,” to po prostu od wieku 5,6,10, 11 lat mam do końca życia spokój. Autentycznie. Samo się wszystko robi tylko my przykładamy energię nie w tym miejscu co trzeba. Tu właśnie chodzi o to, żeby dziecku pozwolić sobie wejść na łeb i podtykać coraz trudniejsze rozwiązania. Jak się dzieci przewracają, jak się kulają w piachu, czy coś tam to ja nie mówię: „Wstań, bo się pobrudzisz.” tylko się kładę z nimi.

Teachyourbaby: A ja pozwalam po sobie malować markerami (śmiech).

Krzysztof: My raz poszliśmy na plac zabaw. Michał miał chyba ze trzy lata. Usłyszałem: „O…ale fajne!” Chodziło o moje włosy, bo zostałem potraktowany niezmywalnym pisakiem jak u fryzjera (śmiech). Miałem wtedy długie.

Teachyourbaby: My na szczęście mamy zmywalne, chociaż czasem nie chcą się zmyć.

Krzysztof: Włosy odrastają, a zahamowany rozwój dziecka nie odrasta.

Teachyourbaby: No tak. Ja pozwoliłam raz, drugi, trzeci i potem coraz rzadziej.

Krzysztof: A mnie Michał pomalował włosy czerwonym, niezmywalnym markerem właściwie tylko raz. Taki różowo-czerwony wyszedł. Było widać z daleka. Raz tylko tak zrobił, ale super.

Pozwólmy dzieciom „wejść sobie na głowę.” Tylko im wcześniej, tym lepiej. Najlepiej w pierwszy dzień. Niech to dziecko kieruje. Jeżeli dziecko może spaść z łóżka to nie stawiamy tych cholernych barierek tylko wyrzucamy łóżka i materace kładziemy na podłodze. Jak spadnie z materaca 20 cm to nawet jak spadnie to nic mu się nie stanie. Kładziemy koc i nic się nie dzieje.

Teachyourbaby: Dobrze tu powiedziałeś, żeby dać sobie „wejść na głowę” od pierwszego dnia życia, bo Domana zaczęłam troszkę później i pierwsze dni życia Mai to mi krążyły po głowie takie myśli, że nie mogę jej nosić, bo się przyzwyczai i tak dalej.

Krzysztof: Oczywiście, że się przyzwyczai i to o to chodzi.

Teachyourbaby: Teraz to wiem.

Krzysztof: Takie mamy schematy w głowach.

Teachyourbaby: Takie są schematy, bo ktoś nam je przekazuje i w sumie dobrze, że ja doszłam do tego do czego doszłam. Wielu rodziców do tego nie dojdzie i myśli, że ma tak być a nie inaczej.

Krzysztof: Większość niestety do tego nie dochodzi, ale tak już jest i co zrobić. Ja zawsze się cieszę i w imieniu dzieci dziękuję tym, którzy się zastanawiają nad sprawą, bo jak się zaczynają zastanawiać to jest już bardzo dobrze i wtedy jest szansa, że dziecko będzie w życiu szczęśliwe, a nie będzie powtarzać tych naszych błędnych schematów.

Wracając do schematów podam inny przykład. To nie Kopernik odkrył to co odkrył. Już Arystoteles o tym wiedział, ale nikt nie miał na tyle odwagi, żeby się tą sprawą zająć od początku do końca. Potem Ptolemeusza kupił Kościół i wygrzebywaliśmy się z tego setki lat. Na szczęście dla nas Kopernik nie dał się spalić na stosie za swoje przekonania tak jak prawie Galileusz. Przetrzymywał wiedzę do ostatniego dnia swojego życia. Niestety mity i błędne przekonania długo żyją w społeczeństwach światowych. Setki lat.

Raz jeszcze dziękuję w imieniu wszystkich dzieci.

Teachyourbaby: A ja mam jeszcze do Ciebie pytanie i właśnie zerknęłam i rozmawiamy już 2 godziny (śmiech). Kontynuujemy, czy zrobimy jeszcze kolejnego live’a?

Krzysztof: Jakie dwie? Trzy!

Teachyourbaby: Aha…no tak, bo była przerwa techniczna. Rzeczywiście trzy. Może zapytamy tych, którzy oglądają, bo może ktoś już potrzebuje iść spać?

Krzysztof: Zapytaj. Kto chce spać?

Teachyourbaby: Chcecie spać? Kiedyś zrobimy kontynuację. Napiszcie może.

Krzysztof: Tak, zrobimy.

Oni pewnie zostawili komputery włączone i poszli spać. Nikt nie odpowie.

Teachyourbaby: Zobaczymy (śmiech). Albo komentarze będą, ale ze sporym opóźnieniem.

Ooo…ktoś pisze „Ja piszę książkę dla małej.” i przy okazji nas słucha. W sumie może lepiej bez obrazu może, bo ktoś tam może sobie coś tam robić np. sprzątać pokój, czy coś innego robić.

Krzysztof: Dokładnie.

Teachyourbaby: Aga, co ta minka ma oznaczać? (śmiech) Idziemy spać?

Będziemy już powoli kończyć chyba. Jeszcze tylko kilka pytań miałam.

Odnośnie czytania to chyba już wiemy wszystko.

Krzysztof: To Ty je wszystkie zapisz.

Teachyourbaby: Mam zapisane. Po prostu kartki schowam. Są popisane całe, bo sobie jeszcze takie kółeczka rysowałam. Jakoś mi to pomaga w słuchaniu.

Krzysztof: A’propos takiego rysowania to na Khanie jest taki kanał „Zagadki matematyczne” gdzie właśnie takie rysowanie jest. Okazuje się, że ono jest bardzo matematyczne i bardzo geometryczne i pomaga w zrozumieniu matematyki. Ale to inna bajka. Dobra…godzina 0:00.

Teachyourbaby: Mama, która pisze książkę dla małej nas słucha. A Ania z grupy nas pozdrawia i pisze, że super. Agnieszka z grupy też dotrwała do końca.

Krzysztof: To zrobi z tego coś następnym razem.

Teachyourbaby: Zostało mi jeszcze w pytaniach coś tam o matematyce, coś tam o bitach, o prawopółkulowości, o ruchu, ale w sumie dużo już zostało powiedziane.

W sumie to najbardziej chciałam zgłębić to czytanie, bo to najbardziej jakby wszystkich interesuje. Ty to w ogóle super wyjaśniasz, tak bardzo czytelnie. I fajnie z tymi literami, że to nie musi być tak idealnie, bo ja się staram, wiadomo, ale nie do końca potrafię odzwierciedlić to pismo drukowane.

Krzysztof: Czas się liczy.

Teachyourbaby: Jeszcze wiesz…jak ktoś mi zwraca uwagę, że tak chyba nie wygląda taka, czy inna literka drukowana to sobie myślę: „Kurcze! Tyle słów już takich pokazałam.”

Aha…jeszcze jedno, bo to też jest do tematu czytania. Ile mniej więcej pokazałeś pojedynczych słów? Czy to było do tysiąca, czy powyżej?

Krzysztof: Nie mam pojęcia.

Teachyourbaby: A tak mniej więcej? Może jesteś w stanie określić np. tak jak Minge, że więcej na pewno niż 500, czy mnóstwo mnóstwo razy więcej.

Krzysztof: 500 to na pewno. Nie wiem. Tysiąc…dwa…potem już dwuwyrazowe.

Teachyourbaby: A w dwuwyrazowe i zdania „wmieszywałeś” jeszcze pojedyncze słowa, czy nie?

Krzysztof: Ja mieszałem wszystko. Szybko, szybko, trzeba to robić szybko. Nie zastanawiajcie się co z czym zmieszać. Ma być szybko, a jak dziecko coś lubi bardziej niż coś innego to idziemy w tym kierunku, co lubi bardziej.

Teachyourbaby: W takim razie zgłębimy owce.

Krzysztof: Ilość słów nie jest ważna. Magia nie leży w technikach. Magia leży w Tobie- rodzicu i w dziecku. Za dużo jest takich pytań. To że tyle gadamy o technikach,świadczy o tym, że nie rozumiemy tematu, łącznie ze mną, bo ja na te pytania odpowiadam (śmiech).

Teachyourbaby: Myślę, że tym co słuchali, słuchają i dotrwali do końca albo tym co będą oglądać wszystko już się rozjaśni, czy rozjaśniło. Muszę Ci powiedzieć, że ten live ma naprawdę dobre zasięgi w porównaniu z poprzednimi. Mi się to wszystko ułożyło w jedną fajną całość. Ja też na bloga muszę zrobić taki wpis techniczny, łopatologiczny, bo niektórzy o to proszą, nie potrafią tego ogarnąć. Będę się do tego wywiadu odwoływać i mam nadzieję, że uda mi się go w miarę szybko przepisać. Niektórzy wolą czytać.

Dziękuję, że dotrwaliście z nami. My idziemy spać.

Krzysztof: Ja jeszcze nie idę.

Teachyourbaby: Ja idę od razu. Odpuszczam sobie (śmiech). Jutro wstanę wcześniej, przygotuję wszystko dla Mai. Zaczynamy logarytmy. Jutro jej zacznę pokazywać. Nie idziemy tym schematem, że musi być to samo co na kropkach i że pokazujemy tyle samo razy co na działaniach. Może rzeczywiście zrezygnujemy już z kropek.

Krzysztof: Jeżeli zauważysz, że jest ok to spoko. Kropki ona już rozumie od bardzo dawna. Ile razy miałaś takie wrażenie, że coś trzeba powtórzyć, bo nie rozumie, a potem się okazywało, że już dawno wszystko ogarnęła?

Teachyourbaby: Mnóstwo razy (śmiech).

Krzysztof: I to jest odpowiedź. Naprawdę trzeba uwierzyć, że dzieci się uczą w niepojętym tempie.

Teachyourbaby: Długo mi zajęło dojście do jednego powtórzenia na kartę.

Krzysztof: Długo, bo nie mogłaś uwierzyć.

Teachyourbaby: Zgadza się. Pisałam o tym na blogu, a potem miesiąc później doszłam do wniosku, że jednak trzeba zmniejszyć ilość. A do jednego powtórzenia Ty mnie przekonałeś. Czułam tak, ale …

Krzysztof: No właśnie. Jak czujesz to to jest najlepsze źródło wiedzy. Według Domana nie ma nic lepszego niż intuicja matczyna.

Teachyourbaby: Tak jeszcze tu wspomnę przy okazji, że w przypadku programów inteligencji czuję, że muszę powtórzyć dwa razy, bo przy nich nie mam niczego wizualnego.

Krzysztof: Może tak być.

Teachyourbaby: Jak mam napisane zdanie to ok, ale teraz sobie chodzę z takimi kieszonkowymi programami dotyczącymi samochodów.

Krzysztof: Super. Ile w samochodzie można rzeczy zrobić! To jest dopiero źródło.

Teachyourbaby: I samochody są wszędzie.

Krzysztof: Mi chodzi o to, że to jest źródło wolnego czasu. Najczęściej jest tak, że wsadzamy dziecko w samochód i jedziemy i się nic nie dzieje. Stąd te tablety są potem potrzebne.

W samochodzie też możemy coś dziecku zapodać.

Teachyourbaby: Moja Maja nieraz chce sobie wejść do samochodu i tam po prostu sobie siedzieć. Po prostu się bawi.

Krzysztof: Widziałem ostatnio mamę, która za wszelką cenę próbowała wepchnąć dziecko do fotelika na tylnym siedzeniu. Może z tyłu jest bezpieczniej, ale to tylko statystycznie według badań dla których rozbijają samochody laboratoryjnie. Natomiast jak posadzisz dziecko obok siebie z prawej strony na siedzeniu pasażera to po pierwsze się widzicie, a po drugie masz dziecko w zasięgu ręki. Jadąc możesz prawą ręką różne rzeczy robić np. karty pokazywać.

Ja gdzieś na jakimś forum widziałem rozmowę, w której ktoś się upierał, że dziecko musi z tyłu jeździć, bo coś tam. Są takie badania, ale ten kto je przeprowadzał pewnie nie miał własnych dzieci. Każdy kierujący wie, że jak masz dziecko pod prawą ręką to jest to zupełnie inny świat.

Teachyourbaby: My chwilowo mamy zamontowany z tyłu.

Krzysztof: To tak w ogóle z innej beczki, ale każde dziecko jest inne.

Teachyourbaby: My tak mamy ze względów logistycznych. Po prostu druga osoba siedzi obok.

Krzysztof: No tak, jeśli jeździcie w trzy osoby to tak lepiej. Jak byłem sam jeszcze z takim fotelikowym Michałem to wolałem, żeby siedział obok mnie.

Teachyourbaby: Dziecko nie zawsze chce wejść, wiadomo. Ja teraz mam dużo czasu więc zamykam samochód i czekam aż się pobawi wszystkim, co jest wokoło i siądzie.

No ale dobra…dziękuję bardzo i dobranoc.

Krzysztof: Dzięki i do następnego.

Teachyourbaby: Do następnego. Pozdrawiam wytrwałych.

Komentarz partnerki Krzysztofa

Przyznam się, że chyba nie wyskoczyło mi powiadomienie i ten komentarz odkryłam dopiero w momencie przepisywania wywiadu dużo dużo później. W sumie to ponad rok później. Prawdopodobnie nie został dodany w sesji na żywo, ale jakiś czas po. Uważam, że kryje sobie ważne treści i dlatego pozwoliłam go sobie zacytować:

„Tu mama Michała Kwiecień – spieszę donieść że Michała ( w skr. Misia) wychowała i nadal wychowuje również jego mama, czyli ja. Z tą filozofią Domana to różnie u nas bywało. Z Domanem spotkałam się po raz pierwszy wiele, wiele lat temu – gdy urodził się mój starszy – dziś już dorosły syn. Doman bardzo pomógł nam z problemem dysleksji (o Domanie dowiedziałam się wówczas na studiach pedagogicznych ) po urodzeniu Misia wróciłam do niego …i rzeczywiscie tą metodę razem z Krzysztofem trochę stosowaliśmy – ale nieregularnie …i z przerwami. …a filozofia w jakiej wychowujemy naszego syna to wolność i szacunek (i bliżej nam do Holta, Alexandra Sutherlanda Neilla) . Pozdrawiam wszystkich!

Magdalena Fangerog Osipiak „

Kilka słów ode mnie na koniec

Czym jest domanowanie

Dla jasności napiszę, że u mnie wszystko długo trwa i idzie sobie swoim tempem, więc ten wywiad dopiero udało mi się w całości przepisać ponad rok po tym jak ta rozmowa się odbyła. Poniższy komentarz piszę już z innej perspektywy: spełnionej mamy czytającej trzylatki, nie mającej żadnych wątpliwości co do technicznych spraw w metodzie Domana, w pełni rozumiejącej jego filozofię. Niektóre moje pytania z tego wywiadu na dzień dzisiejszy wydają mi się niesamowicie głupie (nie ma co owijać w bawełnę) np. ten cały wywód na temat wyglądu literki „a” czy „g.”

Dla mnie osobiście domanowanie to po prostu zaangażowanie się rodzica w rozwój dziecka, a przede wszystkim czas rodzica dla dziecka, traktowanie go jak priorytet, nie zbywanie go gdy pyta itp. Niezależnie od wybranej przez nas metody, czy to metoda Domana, czy Montessori, czy Shichidy, czy jakaś inna to zaangażowanie jest i to na plus. Uważam, że jeśli chodzi o programy intelektualne to czy pokazujemy dziecku domanowe bity, czy też działamy ze starszakiem z kartami trójdzielnymi Montessori bardzo do nich podobnymi to rozwijamy potencjał dziecka.

O książkach dla dzieci

Nie zgadzam się z Krzysztofem w kwestii książek dla dzieci, żeby nie kupować tych przeznaczonych typowo dla dzieci. U nas są różne. Mały czytelnik wszystko przyjmie.

Natomiast co do dawkowania dziecku książek, Maja ma pod ręką całe mnóstwo, ale jak kupię x książek na raz to nie pokazuję jej wszystkich na raz. Tak po jednej dziennie, czy po jednej nowej raz na kilka dni. Raz znalazła to musiałam czytać jedną za drugą. Fajnie tak czytać i czytania nigdy nie odmawiam, ale czasem pasuje zrobić coś innego. Te znane przerabia często sama. Druga sprawa to przy takim chłonięciu książek, gdybym nie dawkowała to bym nie wyrobiła finansowo. Jesteśmy oczywiście też wspierani przez bibliotekę, ale tylko w języku polskim i angielskim. Czasem coś w innym języku się trafi, ale rzadko i tu właśnie nie takie typowo dla dzieci.

Co do moich oporów przed zapoznawaniem dziecka z czymś w mojej ocenie dla niego za trudnym, zupełnie się ich od czasu tego wywiadu wyzbyłam. Zdarza mi się czytać Mai na dobranoc książkę po włosku niespecjalnie uproszczoną (a przecież jej poziom języka włoskiego odbiega znacznie od angielskiego), rzuciłam się z nią na głęboką wodę w spotkania hiszpańskie i niemieckie. O ile hiszpański od początku rozumiałam dzięki włoskiemu to z niemieckim idę od zera. Od dawna odeszłam od dziecięcych piosenek dla dzieci w języku angielskim i polskim oraz coraz częściej odchodzę w języku włoskim.

Literki

A w kwestii literek polecam jeden z nowszych artykułów dotyczący przełomu w programie czytania z moją trzylatką. W nim znajdziecie moje przemyślenia, rozkminy, jak również garść rad od wnuka Glenna Domana. Artykuł znajdziecie w linkach poniżej.

Liczba „zero”

Jeśli chodzi o pojęcie „zero” mam w planach zaobserwować reakcję nowego maluszka. Nie pamiętam jak to było przy Mai. Wtedy też na pewno nie byłam dobrym obserwatorem. Wiem natomiast, że ujawniała zainteresowanie tą ilością, a raczej jej brakiem. Świadczy o tym, chociażby jej spontaniczne 0+0=0 gdy nie zdołała się złapać żadnego z uchwytów przyrządu gimnastycznego, który mamy w garażu. To akurat udało się uwiecznić na którymś z nagrań podsumowujących jej rozwój mowy na 3 lata 3 miesiące.

Zawsze z dzieckiem

Co do załatwiania wszystkich, czy też większości spraw z dzieckiem polecam jak najbardziej. Chociaż spotkałam się z negatywną reakcją, gdy pojechałam z Mają na moje pobranie krwi i z pytaniem, czy naprawdę nie miałam jej z kim zostawić w domu, to wydarzenie pomogło jej spokojnie przyjąć kroplówkę w szpitalu. Po prostu jej wytłumaczyłam, co będą jej robić. Coś podobnego jak miała mama i że przez chwilkę zaboli, a potem będzie po wszystkim. Dodam tutaj, że ja się panicznie boję każdego bólu, pobierania krwi też, więc Maja miała okazję zaobserwować moją reakcję i że pomimo tego, że boli przeżyłam i potem już było w porządku.

Dieta dziecka

W temacie diety, już kilka miesięcy po tej rozmowie wykluczyłam zupełnie mleko krowie pomimo tego, że to nasze nie było ze sklepu ani z kartonu, ale od wiejskiej krowy. Co na to wpłynęło i jak w dużej mierze wygląda nasza dieta przeczytacie w osobnym artykule, który został podlinkowany poniżej. Od tego czasu zaszło kilka zmian typu wprowadzenie zdrowych słodyczy, ale o nich napiszę osobno. Do tematu diety odnieśli się również przedstawiciele Doman International – instytucji, którą cenię bardziej niż Instytuty w formie obecnej za ogrom informacji i za to, że odpowiedzieli na wszystkie moje pytania. Informacje znajdziecie w podlinkowanych artykułach.

Pisanie w metodzie Domana

Zdradzę tutaj jeszcze, że kilka miesięcy po tym wywiadzie stałam się posiadaczką publikacji Janet Doman „How to Teach Your Baby to Write” („Jak nauczyć małe dziecko pisać.”) a dość niedawno Spencer Doman z Doman International nakreślił w swoim webinarze program pisania w metodzie Domana. Wygląda na to, że pomimo tego, że sam Glenn Doman nie napisał książki o nauce pisania, ten temat został zgłębiony zarówno przez Instytuty jak i można by powiedzieć bliźniaczą instytucję działającą na szerszą skalę czyli Doman International.

Wychowanie dziecka – dużo wolności i miłości oraz rozmowa na poziomie, niewiele granic

Taki trochę zbieg okoliczności, ale ostatnio w naszej grupie Metoda Domana i nie tylko- grupa wymiany doświadczeń dla rodziców pojawił się post z pytaniem o to ile wolności dajemy swoim dzieciom. To tak a’propos tego, co Krzysztof powiedział, żebyśmy pozwolili dzieciom sobie wejść na głowę. Pamiętam, że bardzo sobie jego słowa wzięłam do serca. Muszę powiedzieć, że inny sposób mówienia do dziecka dzięki książce „How to Speak so that Little Kids will Listen” Joanny Faber i Julie King („Jak mówić, żeby małe dzieci nas słuchały”), której recenzję znajdziecie w innym artykule oraz zmiana sposobu myślenia poskutkowały tym, że 2,5 -letnia Maja to dla mnie taki mały aniołek, z którym zawsze i wszędzie mogę się dogadać. Wtedy też włączyła mi się chęć na drugiego malucha.

Zaczynałam z głową pełną schematów typu: „Nie noś, bo się przyzwyczai.” „Odkładaj na noc do łóżeczka.” i mnóstwo innych. Przez jakiś czas się do nich stosowałam. Z nowym maluchem przetestuję, czy będziemy mieć tzw. bunt dwulatka. Z Mają przeżyłam. Różnie bywało. Nie mówię, że było łatwo.

Obecnie 3,5-latka śpi z nami od niepamiętnych czasów, niedawno zakończyła etap karmienia piersią, ma mnóstwo wolności z granicami typu: „Nie przebiegaj przez ulicę bez patrzenia, czy coś jedzie, czy nie.” „Bajka tylko 30 minut.” „Zdrowych słodyczy też nie możemy jeść codziennie, tylko raz na jakiś czas.”, bo jakieś granice muszą być dla bezpieczeństwa i zdrowia dziecka. Nie ma znaczenia to, że czasem w kościele pojawia się w ubłoconych butach. Jeśli chce się gdzieś wspinać- na cokolwiek- może. Zaczęło się od wejścia na bloga Krzysztofa, który chwilowo z jakiegoś powodu jest niedostępny i wymiany komentarzy w temacie bodajże 20-miesięcznego maluszka, który upodobał sobie siedzenie na stole. Kiedyś o tym napiszę szerzej.

To oczywiście moje podejście i być może dlatego ja mam się z nią najłatwiej dogadać i ogólnie jest między nami wielkie love. Inni mają problem. Babcia zarzuca mi np., że nastawiam Maję przeciwko niej, a ja nie krytykuję babci tylko to co robi, czego zabrania itp. Generalnie uważam, że nie ma w wielu sprawach racji i o tym szczerze Maję informuję. Babcie są według mnie od bawienia się z wnukami, a nie od ich wychowywania.

Mam nawet przykład ograniczania rozwoju dziecka. Swego czasu co tylko kupiłam plastelinę mąż ją wyrzucał, bo Maja kilka razy wysmarowała ściany. Co jakiś czas kupowałam nową i bawiłyśmy się jak go nie było. Zresztą ja sama raz ubrudziłam ściany mocując karty na plastelinie 😛

Potem była przerwa jakiś czas i teraz Maja ma i plastelinę i modelinę i co? Nic. Żadnego zainteresowania nie ma w kierunku tworzenia czegokolwiek z tego. Cieszy się. Przekłada z pudełek do pudełek. Plastelina do tej pory w formie niezmiennej w jakiej została kupiona. Chyba muszę zacząć coś z nią lepić, bo to aż dziwne.

Na koniec napiszę, że powstał już wpis łopatologiczny dla rodziców, którzy zaczynają pracę z metodą Domana. Skupia się na kwestiach czysto technicznych. Link znajdziecie poniżej.

Ten artykuł okazał się przydatny? Jeśli tak, udostępnij i podziel się z innymi.
Zapraszam do lektury dalszej części bloga.
Polecam zaglądnąć też tutaj:

Poprzedni wywiad z Krzysztofem Kwietniem (wersja audio i wideo)

Kanał YouTube Krzysztofa

Lista polecanych książek dla rodzica

Wywiad z Natalią Minge dotyczący czytania globalnego (wersja audio i wideo)

Drugi wywiad z Natalią Minge – długofalowe efekty wczesnego wspierania rozwoju dziecka (wersja audio i wideo)

Przełom w czytaniu z trzylatką, w tym rozkminy na temat liter (wersja audio)

Rozwój mowy domanowanej trzylatki – wideorelacja (wersja audio i wideo)

Nasz etap przejściowy w matematyce o którym wspominałam w wywiadzie

Link do Khan Academy po polsku

Nasza dieta (wersja audio)

Wywiad z dorosłym domanowanym w dzieciństwie, w którym jest wzmianka o klockach Rocławskiego

Co nieco o metodzie Shichidy w artykule matematycznym

Wywiad z mamą, która uczęszczała z córką na zajęcia azjatycką metodą Heguru (wersja audio)

Wywiad z Bożeną Bejnar-Sławow (wersja audio i wideo)

Wywiad z Dąbrówką- mamą, która sama była domanowana w dzieciństwie

Informacje z Doman International (wersja audio)

Pierwszy webinar z Jordan z Doman International (wersja audio i wideo)

Druga sesja pytań i odpowiedzi dla rodziców z Jordan z Doman International (wersja audio i wideo)

Recenzja książki- poradnika dla każdego rodzica „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały”

Kieszonkowa wersja programów inteligencji o samochodach do pobrania tutaj

Wpis łopatologiczny dla początkujących rodziców

Jeśli chcecie być na bieżąco zapraszam do śledzenia fanpage na Facebook’u: Wszechstronne wspieranie rozwoju dziecka, na Instagram @teachyourbaby.pl, na którym wrzucam różności „od kuchni” oraz do subskrypcji (okienko na stronie głównej bloga i kanał RSS). Jest też możliwość zapisu na newsletter. W momencie jak będę mieć 100 zapisów na newsletter będę na bieżąco się dzielić informacjami dotyczącymi wczesnej edukacji zanim pojawią się na blogu w tematyce prawopółkulowości, czyli metody Domana, metody Shichidy i metody Heguru oraz dwujęzyczności i nauki języków.

Zapraszam też do grupy dla rodziców wplatających metodę Domana w wychowaniu swoich dzieci, sama ją założyłam na Facebook’u: Metoda Domana i nie tylko- grupa wymiany doświadczeń dla rodziców. Dołączając do grupy możecie liczyć na sporą dawkę motywacji, na naprawdę ciekawą wymianę doświadczeń oraz na pomoc w nurtujących Was kwestiach.

4 Replies to “Kolejny wywiad z Krzysztofem Kwietniem-wychowanie zgodne z filozofią Glenna Domana (wersja audio i wideo)”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *