Poradnik przetrwania z dziećmi w wieku 2-7 lat, czyli recenzja „Jak mówić, żeby maluchy nas słuchały”

ŻYCZENIA RODZICÓW – MOŻLIWE DO SPEŁNIENIA? 

How to Talk So Little Kids Will Listen” („Jak mówić, żeby maluchy nas słuchały”) autorstwa Joanny Faber i Julie King to pierwsza zrecenzowana pozycja nie dla dzieci, ale o dzieciach na moim blogu. Jestem świeżo po lekturze i po prostu muszę się z wami tą książką podzielić.

Książka jest niesamowita. Otwiera oczy na wiele kwestii związanych z komunikacją na linii rodzic-dziecko, a rady w niej zawarte rzeczywiście działają. Na mojej Mai przetestowałam skutecznie coś, co jest rekomendowane dla dzieci w nieco starszym wieku, ale o tym za chwilę. Książkę oczywiście przeczytałam w oryginale, w języku angielskim, ale jest też dostępna w języku polskim:

Sztuka komunikacji z dzieckiem
Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały

Już tutaj pokażę jak ta lektura zmieniła moje myślenie. W pierwszej chwili zaczęłam kontynuować ten akapit w stylu „jeśli ktoś z was boryka się z którymś z poniższych problemów to ta książka jest dla was” i zaczęłam wymieniać: 

1. Dziecko nie chce was słuchać i nie wykonuje naszych poleceń.

2. Zachowanie dziecka prowadzi do konfliktu na linii rodzic-dziecko.

3. i tak dalej …

Nie, nie, nie ! Wróć ! Doszłam do punktu 12 i wyszło na to, że miałam całkiem pokaźną listę oskarżeń w kierunku dzieci, a to nie o to chodzi. Zobaczcie, że wszystko dla się odwrócić, żeby nie brzmiało tak negatywnie. Zacznę jeszcze raz. Jeśli macie jedno z poniższych życzeń, ta książka jest dla was. Pomyślcie, czy chcielibyście:

  • żeby maluch wykonywał wasze polecenia
  • umiejętnie rozwiązywać konflikty i ograniczyć ich ilość, w tym konflikty na linii rodzic-dziecko oraz pomiędzy rodzeństwem
  • znaleźć sposób, aby dotrzeć do dziecka cierpiącego na autyzm lub zaburzenia sensoryczne
  • żeby maluch chętniej jadł i nie grymasił przy jedzeniu
  • żeby zniknęły problemy z porannym ubieraniem
  • ułatwić sobie zakupy z dzieckiem
  • wyprowadzić malucha z nawyku mówienia nieprawdy
  • umiejętnie reagować na skarżenie
  • mieć w dziecku pomocnika jeśli chodzi o porządki
  • znaleźć sposób na przekonanie malucha do stosowania się do zaleceń lekarza
  • znaleźć sposób na pomoc nieśmiałemu dziecku
  • przestać walczyć z uciekającym dzieckiem na przykład na parkingach
  • dzieci się nie biły i same rozwiązywały konflikty między sobą
  • żeby maluch rozumiał, że jest pora snu, a nie zabawy
  • żeby maluch rozumiał, że w danym momencie gdzieś się spieszymy i żeby nie utrudniał przygotowań do wyjścia?   

Jeśli chociaż jedno z powyższych życzeń jest wasze, zachęcam do wczytania się w ten niesamowity poradnik. Dodam tutaj jeszcze, że kupiłam tą książkę przypadkiem, bo … pomyliłam autorki. Mama Joanny Faber napisała dużo wcześniej swój poradnik w podobnym temacie. Nie żałuję pomyłki. Nie czytałam jeszcze książki Adele Faber, ale komuś kto ją czytał poleciłam moją i ma mi dać znać, czy warto po lekturze „How to Talk So Little Kids Will Listen” („Jak mówić, żeby maluchy nas słuchały”), czy jednak dużo kwestii się powiela. W tej książce na pewno mam odniesienia bliższe naszej rzeczywistości, bo tamta została napisana w 1980 roku. 

POWAŻNE TEMATY I ZABAWNE PRZYKŁADY

Chociaż tytuł zapowiada niezwykle poważną lekturę na tematy wychowawcze, przez pierwsze kilka rozdziałów z książki od czasu do czasu wybuchałam śmiechem. Raz nieopatrznie wzięłam ją żeby sobie poczytać podczas karmienia i usypiania Mai i co chwilę przeszkadzałam mojej dziewczynce w zaśnięciu zanosząc się od śmiechu. Jak w końcu zasnęła, wyszłam z sypialni cała zalana łzami, takimi łzami-śmieszkami. Albo autorki książki mają niesamowite poczucie humoru albo akurat miały takie, a nie inne przykłady do dyspozycji albo … coś z moim poczuciem humoru jest nie tak 😛 Nie będę tutaj przytaczać co mnie rozśmieszyło, bo możliwe, że w polskiej wersji językowej już to nie będzie brzmieć zabawnie i mnie weźmiecie za jakiegoś odszczepieńca. Zresztą co tu dużo mówić. Nieraz próbowałam mojemu mężowi bezskutecznie przekazać coś zabawnego po angielsku. On zna angielski na całkiem niezłym poziomie, a i tak nie załapał dowcipu.

Miałam na przykład na studiach magisterskich przykłady dwuznacznych znaczeń słów i ich wykorzystania np. na drogowskazach i na różnych tablicach informacyjnych. Przykłady wzięte z życia z informacji zebranych w Stanach Zjednoczonych. Powiem wam, że ledwo przeżyłam te zajęcia powstrzymując całe 90 minut drgawki śmiechowe. Na łzy już nie było rady. Wróciłam do domu i i na pierwszym lepszym spotkaniu chciałam wszystko przekazać mojemu mężowi, który oczywiście wtedy moim mężem nie był. Pomimo moich starań na jakieś 15-20 przykładów na kilka ledwo się uśmiechnął. W przypadku reszty nie mógł pojąć czemu mnie tak bawią. Ja oczywiście po raz kolejny dostałam „śmiechawki.” Te przykłady tak mi się spodobały, że je przepisałam na komputerze dla moich uczniów.

KILKA TRIKÓW JAK ZNALEŹĆ CZAS NA CZYTANIE PRZY DZIECKU

Wracając do „How to Talk So Little Kids Will Listen” („Jak mówić, żeby maluchy nas słuchały”) z uwagi na to, że jest tak, a nie inaczej napisana polecam wszystkim zestresowanym, żyjącym w pędzie i nie mającym dla siebie czasu mamom. Śmiech leczy duszę ze skutkiem natychmiastowym. A nawet jeśli dla was nie będzie tak zabawna jak dla mnie, to na pewno stwierdzicie, że bardzo lekko się ją czyta i będziecie dążyć do tego, żeby ją pochłonąć najszybciej jak się da. Tym bardziej, że sposoby na dzieci w niej zawarte naprawdę działają. Wiem, że przy maluchu, czy maluchach ciężko o czas na czytanie, ale ja kombinuję jak mogę:

1. Nadal karmię Maję piersią, więc wykorzystuję ten czas gdy siłą rzeczy jestem unieruchomiona, na lekturę. Polecam karmienie jak najdłużej, bo czas na książkę jest przy okazji, a innych korzyści i dla mamy i dla dziecka cała lista.

2. Moja córeczka już nie potrzebuje asekuracji na placach zabaw, więc zwłaszcza jak jedziemy na ten największy w naszym mieście, czytam spoglądając, co 1-2 akapity i sprawdzając gdzie jest. Część atrakcji możecie zobaczyć na filmiku, który zamieściłam w artykule o rozwijaniu sprawności fizycznej chodzącego dziecka. Na małych placach zabaw zwykle się nie da, bo jak nie ma dzieci prosi mnie, żebym zjeżdżała z nią, co oczywiście robię, jak możecie zobaczyć na filmiku, który zamieściłam pisząc o ruchu i inteligencji.

Na dużym placu zabaw miałam ostatnio inne wyzwanie. Moja córeczka jest ostatnio tak ruchliwa, że na jednej atrakcji nie wytrzyma nawet 5 minut. Kilka dni temu po lekturze 1-2 akapitów musiałam się przenosić w inne miejsce i w ciągu kilku minut w inne i tak przez 1,5 godziny. W końcu zaczęłam czytać idąc za Mają. Spojrzenia innych rodziców bezcenne. Chyba to opatentuję – czytanie w biegu, najlepiej na placach zabaw wyposażonych w mnóstwo atrakcji.

3. Wymyślam Mai zajmujące zabawy i gdy ona w skupieniu się bawi, czytam. Dwie z nich możecie zobaczyć poniżej. Wystarczą zwykłe spinacze lub zestaw do robienia baniek mydlanych i mam chwilę dla siebie. Testuję też listę zabaw, które dostałam od was pod postem z filmikiem, na którym Maja bawi się spinaczami na Facebooku. Za wszystkie pomysły dziękuję, chociaż oczywiście nie wszystko u nas się sprawdza.

 

 

PRZYKŁADY RAD ZAWARTYCH W KSIĄŻCE, KTÓRE U NAS SIĘ SPRAWDZAJĄ 

To jest tylko recenzja, więc nie będę tutaj przepisywać książki. Zresztą tak jak napisałam wcześniej jestem świeżo po lekturze, więc jeszcze wszystkiego nie przetestowałam. Chciałabym wam jednak podać kilka rozwiązań, które u nas się sprawdziły oraz ogólny zarys tego, co się zmieniło po tym, jak ją przeczytałam.

Nie będę przedstawiać mojej Mai jako idealnego dziecka. Pewnie podobnie jak większość dwulatków czasem daje mi porządnie w kość, buntuje się, nie kontroluje emocji i można by jeszcze wymieniać. Największy, bo codzienny problem mamy z jedzeniem i nad tym pracuję, ale inne kwestie już chyba niedługo pójdą w niepamięć. Oto przykłady rozwiązanych sytuacji:

Problem 1: Maja nie chce kompletnie nic zjeść na śniadanie, a ja chciałabym się z nią przejechać na plac zabaw. Wiem jednak, że nie ma nic gorszego niż głodny maluch.

Rozwiązanie 1: Pomimo tego, że miała wtedy dopiero 27 miesięcy (już przeskoczyło na 28), a to rozwiązanie jest polecane dla dzieci trzyletnich i starszych postanowiłam spróbować. Zresztą w książce mamy opisaną co najmniej jedną sytuację z młodszym dzieckiem – 2,5-letnim, w której udało się problem w ten sposób rozwiązać. Mało tego, z jednym wystarczyło tylko zrobić wprowadzenie, po czym maluch zamiast myśleć nad rozwiązaniami po prostu sobie poszedł. Później się okazało, że samo uświadomienie dziecku sytuacji rozwiązało problem. Wspomniany 2,5-latek w momencie sesji rozwiązywania problemu z mamą jeszcze dobrze nie mówił, o czytaniu informacji spisanych na kartce nie wspominając.

Żałuję, że nie schowałam od razu gdzieś naszej kartki. Mąż myślał, że to śmieć i wyrzucił, a miałam zrobić zdjęcie. Wyglądało to tak:

– wzięłam kartkę papieru i powiedziałam Mai, że mamy problem,

– napisałam odręcznym pismem, ale zgodnym z zasadami czytania globalnego „Problem: Maja doesn’t want to eat anything. Mummy wants to take Maja to the playground but she is worried that Maja will be hungry and naughty.” („Problem: Maja nie chce nic zjeść. Mama chce zabrać Maję na plac zabaw, ale martwi się, że Maja będzie głodna i niegrzeczna.”)

– tego w książce nie było przy tym rozwiązaniu, ale dodałam jeszcze „Aim: happy Maja at the playground.” („Cel: szczęśliwa Maja na placu zabaw.”) i opatrzyłam szkicem szczęśliwej Mai

– pod spodem napisałam: „Ideas:” („Pomysły:”) i zapisałam mój pod numerem 1.”Maja will drink some milk with cocoa.” („Maja wypije kakao.”)

– teraz była kolej na Maję, która odpowiedziała zupełnie nie na temat: 2.”Let’s go and kick the ball.” („Chodźmy kopać piłkę.”). Oczywiście zapisałam bez mrugnięcia okiem zgodnie z zaleceniami autorek „How to Talk So Little Kids Will Listen” („Jak mówić, żeby maluchy nas słuchały”), żeby zapisać każdy pomysł dziecka, nieważne czy ma sens, czy nie. 

-potem była znowu moja kolej, ale zanim coś wymyśliłam usłyszałam od Mai 3. „I want a straw.” („Chcę słomkę.”) Nie wiem czy powiedziała to widząc bezsens swojej wcześniejszej propozycji, czy po prostu tak wyszło. Od razu podjęłam temat, czy wypije kakao przez słomkę. Zgodziła się. Pogratulowałam jej pomysłu, wyściskałam i w sumie nie analizowałyśmy wcześniejszych pomysłów, bo nie było po co. W opisie książkowym dziecko i rodzic podają na zmianę rozwiązania, a później razem wybierają jedno, które podoba się obu. 

Problem 2: Niechęć do ubierania się, bunt (na szczęście sporadyczny, ale czasem bywało ciężko).

Rozwiązanie 2: Wygłupy: przykładowo zaczęłam udawać robota i robocim głosem mówiłam, że chcę jej ubrać bluzkę, skarpetki itp. Oczywiście towarzyszyły temu robocie ruchy. 

Problem 3: Problem z wychodzeniem ze sklepu, z placu zabaw i z innych ciekawych miejsc (zdarzało się, że się rzucała na chodnik, raz się położyła na przejściu dla pieszych, zawsze płacz):

Rozwiązanie 3 a: Przed wyjściem na plac zabaw spisałam zasady. Wyglądało to tak, że wzięłam kartkę i czarnym markerem, bo oczywiście przy okazji ćwiczymy czytanie globalne napisałam sześć zasad obowiązujących na placu zabaw:

1. Listen to mummy. (Słuchaj mamy.)

2. Hungry – tell mummy. (Głodna- powiedz mamie)

3. Thirsty – tell mummy. (Spragniona- powiedz mamie)

4. Boobie time- tell mummy (Chcesz cycy- powiedz mamie)

5. Tired – tell mummy (Zmęczona- powiedz mamie)

6. No crying. (Zakaz płakania.) i tutaj narysowałam płaczącą twarz i przekreśliłam. Nie umiem rysować więc żadne arcydzieło nie wyszło.

Przed wejściem na plac zabaw jeszcze raz Mai pokazałam kartkę omawiając szerzej poszczególne punkty, bo oczywiście napisałam je w wielkim skrócie. Uczucia już dawno przerobiłam z Mają po lekturze „Jak kreatywnie wychować dziecko” Natalii i Krzysztofa Minge, którzy piszą, że łatwiej jest kontrolować emocje jak potrafi się je nazwać. Wykorzystałam do tego już jakiś czas temu kolorowe piłki. Po prostu markerem namalowałam na nich uczucia. Artysta ze mnie żaden, ale Maja już od dawna umie je nazwać. Nasze przykładowe uczucia na zdjęciu niżej: 

Rozpoznawanie emocji
Jak nauczyć dziecko nazywania emocji

Jako, że Maja ograniczeń na placu zabaw nie ma, punkt pierwszy odnosił się tylko do czasu wyjścia. Pokazałam zegarek, wyjaśniłam, która godzina i że jak ta i ta wskazówka będzie tu i tu, czyli inna godzina to idziemy do domu.

Wyobraźcie sobie, że całą drogę do samochodu … udawała, że płacze. Oczywiście nie było to w żadnym wypadku głośne. Może nawet sama sobie się dziwiła, czemu nie płacze, a przecież powinna, bo zawsze to robiła. Potem z każdą kolejną wizytą na placu zabaw- bodajże 3 wystarczyły-udawała coraz mniej. Plusem jest też to, że mi się przyznała słownie, że ma ochotę napić się mleczka. Dobrze wiem kiedy, bo robi wtedy charakterystyczny gest palcem, ale często nie zgłasza potrzeby, a jak nie jest zaspokojona przez dłuższy czas to się robi nerwowa.

Rozwiązanie 3b: Wzięłam to raczej za urozmaicenie, bo do tej pory musiałam ją z placu zabaw wynosić. Poinformowałam ją, że już koniec. Oczywiście nie była zadowolona i wyskoczyłam jak z książki pytając, czy dzisiaj idziemy do samochodu jak kot, czy jak pies. Wybrała kota. Zapytałam, czy szybko, czy powoli. Zmieniała w trakcie. W każdym razie chyba ją zaskoczyło takie podejście, bo już się nie koncentrowała na buncie tylko na udawaniu kota. Ja zresztą też udawałam. Innym razem niosąc ją, bo mi zgłosiła, że jest zmęczona zapytałam, czy mam do samochodu skakać jak królik, czy biegnąć jak gepard. Wybrała królika, ale potem na szczęście dla mnie zmieniła na kota, który idzie. Naprawdę byłam gotowa skakać z 14 kg na rękach całą drogę na parking. Gdy już plac zabaw był opanowany, w sklepie Maja jeszcze opanowana nie była i zastosowałam z podobnym skutkiem podobne rozwiązania.

MAŁYMI KROCZKAMI DO PRZODU

Co do naszego największego problemu, zgodnie z radami autorek „How to Talk So Little Kids Will Listen” („Jak mówić, żeby maluchy nas słuchały”) próbowałam włączyć moją córeczkę w przygotowanie śniadania – bezskutecznie. W ten dzień od rana do 14 nie zjadła przygotowanych razem omletów. Moim celem było to, żeby siadła i zjadła samodzielnie. Dopiero wtedy mąż się nad nią zlitował i ją nakarmił przed bajką. Nie ukrywam, że komputer wykorzystujemy też do takich celów. Akurat moja dziewczynka nie ma tendencji do uzależniania się od ekranu. Potrafi wstać i odejść w połowie bajki. Druga korzyść poza ułatwianiem posiłków to taka, że nieraz nas całym zdaniem zaskoczyła np. ze świnki Peppy i wbrew temu, co piszą niektórzy, że do 2 roku życia dziecko nic, a nic się nie uczy z oglądania bajek ja twierdzę, że niekoniecznie, bo te zdania pojawiały się zanim skończyła dwa lata, o czym możecie przeczytać w jednym z podsumowań rozwoju mowy mojego dwujęzyczka

Wracając do samodzielnego jedzenia próbowałam ją do tego namawiać przez wiele dni wcześniej. W sumie dość skutecznie przekonywałam, żeby weszła na swoje krzesełko i zjadła np. 10 łyżeczek. Skrupulatnie kontrolowała ile je. Jak doliczyłam do 10 – koniec. Zresztą godziła się na to, bo jej mówiłam, że możemy wyjść do ogrodu dopiero jak zje. Joanna Faber i Julie King twierdzą, że takie szantażowanie dziecka do niczego nie prowadzi i rzeczywiście nie prowadziło. Stwierdzę nawet, że chyba zniechęcało do jedzenia. Niby ją przymusem nie brałam, ale czuła się zmuszona, żeby zjeść określoną ilość. Z drugiej strony na pewno czuła, że musi siąść na krzesełku, bo nie ma innego wyjścia. 

Doszłam do wniosku, że za długo była karmiona i teraz nie jest gotowa do samodzielności, chociaż potrafi jeść samodzielnie (nie mam pojęcia jak i kiedy się nauczyła). Niestety nie miałam na to wpływu, bo większość posiłków dostawała jak pracowałam. Dodatkowo jak karmieniem się zajmowała moja mama to zjedzenie określonej porcji to mus. Teraz ograniczyłam jej wizyty, ale wcześniej jak miałam wolne, to wychodziło, że przy mnie Maja o wiele mniej je, bo ja nigdy jej nie zmuszałam, a poza tym ma u mnie coś lepszego 😛 Teraz w wakacje próbuję odkręcić jej niechęć do jedzenia i wydaje mi się, że idzie w dobrą stronę.

O samodzielnym jedzeniu na razie można mówić sporadycznie np. arbuza dzisiaj zjadła i zostaliśmy przy karmieniu jej przy bajkach, ale Maja wie, że przy mnie wystarczy, że powie „enough” lub jak mamy akurat czas z językiem włoskim „basta” („dosyć, wystarczy”) to ja to w pełni respektuję i kończymy, choćby to się stało po 3 łyżeczkach. Już dawno mi nie wypluła niczego, a to wcześniej było normą. Po prostu magiczne słowo i odkładam. Często jak ma dość np. płatków owsianych, to jej proponuję kontynuację posiłku czymś innym i się zgadza np. zjeść jajko, więc „enough” niekoniecznie oznacza, że brzuch jest pełny, tylko, że akurat z tym, co aktualnie je skończyła.

Dużym postępem z ostatnich dni jest sporadyczne zgłaszanie, że jest głodna, czy że chce pić. Wcześniej po prostu była zła, ale nie zgłaszała nic. Chociaż jak słyszeliście wielokrotnie na nagraniach mówi już od dawna, takich kwestii musiałam się domyślać jak w przypadku niemowlaka. Minusem jest reakcja na moją mamę, która czasem przychodzi pod pretekstem, że ma dla niej dobrą rybkę, czy ziemniaczka i chce ją nakarmić. Maja często ucieka na jej widok. Zresztą raz ją przyłapałam jak goniła za Mają z kubkiem, żeby się napiła, a ona się denerwowała, że nie chce. Wydaje mi się, że kto Mai za bardzo wciskał jedzenie, po wakacjach będzie miał spory problem i chyba będzie zmuszony się przestawić. Jest już starsza, więcej rozumie. Widzi też jakie mam podejście i chyba uznaje je za najlepsze.

Pomijając jedzenie, po lekturze „How to Talk So Little Kids Will Listen” („Jak mówić, żeby maluchy nas słuchały”) zaczęłam inaczej do mojej córeczki mówić. Zawsze respektowałam jej zdanie. Zamiast działać na siłę – przekonywałam, nawet jak to trwało o wiele dłużej, a jedną taką sytuację nawet opisałam w przepisie na sukces z metodą Domana. Niemniej jednak popełniałam kilka błędów. 

KLUCZOWE ZASADY W SKUTECZNEJ KOMUNIKACJI Z DZIECKIEM

Według Joanny Faber i Julie King należy między innymi:

zawsze odwoływać się do uczuć dziecka, nazywać je po imieniu, tym samym dając dziecku do zrozumienia, że rozumiemy, co czuje oraz nazywając emocje, których samo niejednokrotnie nie jest w stanie nazwać. Nie bójmy się też mówić o tym, co my czujemy. Stosujemy tą zasadę niezależnie, czy chodzi o pozytywne, czy negatywne uczucia. Zamiast robić dziecku wymówkę typu: „Jak możesz mieć dość naleśników? Przecież to twoje ulubione jedzenie.” czy grozić: „Chcesz go uderzyć? Nawet się nie waż!” warto jest zacząć od uczuć: „Widzę, że znudziły ci się naleśniki i wolałbyś coś innego Teraz już nie mam czasu niczego innego przygotować, ale może mi powiesz, co chciałbyś następnym razem?” i „Widzę, że jesteś teraz naprawdę zły na Kubę.” lub „Widzę, że Kuba zrobił coś co naprawdę cię zdenerwowało.” Z sytuacji opisywanych w książce wynika, że czasem działa już samo odniesienie się do emocji odczuwanych w danej chwili przez dziecko.

Teraz robię to za każdym razem zgodnie ze wskazówkami, o których przeczytałam. Wiem, żeby histeryzującego malucha nie pytać: „Jesteś zdenerwowany?”/ „Czemu się denerwujesz?” tylko niejako odpowiadać za niego, stwierdzając fakty: „Teraz jesteś zdenerwowany.” Ważną dla mnie uwagą było też to, że nie chronimy dziecka przed rozczarowaniem i nie próbujemy na siłę uszczęśliwiać. Czasem zamiast kombinować, co by tu zrobić, żeby maluch nam nie wybuchł płaczem wystarczy powiedzieć „Wiem, że jesteś bardzo rozczarowany.” Ważną dla mnie uwagą jest unikanie zdań, w których niby akceptujemy uczucia dziecka, ale … No właśnie to „ale” jest tutaj zbędne. Lepiej zastąpić to słowo stwierdzeniem: „problem w tym, że …” Zamiast: „Rozumiem, że jesteś zdenerwowany, ale nie możesz bić siostry.” lepiej powiedzieć: „Wiem, że to irytujące, gdy małe dziecko przeszkadza ci w budowie statku. Problem w tym, że maluchy nie rozumieją, co to jest Lego.” Alternatywą jest „nawet jeśli” np. „Wiem, że chciałbyś ciastko teraz nawet jeśli już jest za późno na zakupy.” Autorki podają wiele sposobów akceptacji i uznawania uczuć dziecka, nie tylko wymienione przeze mnie słowne. Można to zrobić również w formie pisemnej, jak i w formie plastycznej i co ciekawe w formie „na niby.”

zamienić groźby i warunki w stylu naszego: „Jak zjesz to pójdziemy na plac zabaw.” na inne sposoby. Książka jest kopalnią pomysłów również w tym względzie. Mamy do dyspozycji cały rozdział poświęcony narzędziom, które są o wiele skuteczniejsze niż grożenie i które sprawią, że nasze dziecko będzie z nami współpracowało. Kilka z nich wykorzystałam pisząc wyżej o naszych problemach przy wyjściu z placu zabaw. Dodam jeszcze, że trzeba uważać aby dając dziecku wybór nie zmienił się on właśnie w groźbę. Pamiętajmy, że obie opcje muszą być przyjemne dla dziecka.

zawsze doceniać postępy, bez skupiania się na tym, co jeszcze zostało do zrobienia. To fajna rada dla mnie również jako nauczyciela.

unikać piętnowania dziecka, gdy jesteśmy zdenerwowani. Autorki radzą unikać w takich sytuacjach bezpośredniego odnoszenia się do dziecka. Zamiast: „Zobacz, jaki zrobiłeś bałagan.” lepiej powiedzieć: „Nie lubię widzieć jedzenia na podłodze.” Jeśli chodzi o mnie to raczej rzadko się denerwuję, a już na Maję to nigdy. Generalnie mam takie podejście do życia dość wyluzowane, mało kiedy mi coś przeszkadza, jestem optymistką, żyję w swoim świecie itp. więc akurat z tym punktem nie miałam nigdy problemu.

unikać kar, gdyż zwykle nie przynoszą zamierzonych efektów, a jeśli przyniosą u dzieci, które nie mają silnego charakteru, mogą przyczynić się do rozwinięcia różnych zaburzeń. Autorki „How to Talk So Little Kids Will Listen” („Jak mówić, żeby maluchy nas słuchały”) ponownie prezentują całą gamę metod alternatywnych poczynając od tego, jak nauczyć dziecko przepraszania i wynagradzania szkód, a kończąc na sesji rozwiązywania problemu z dzieckiem, w której na początku akceptujemy jego uczucia. Oczywiście w przypadku konfliktu czekamy na odpowiedni moment. Ja akurat opisywałam wyżej zupełnie inną sytuację. Jeśli musimy stanowczo zareagować np. gdy nasz maluch bije inne dzieci, robimy to, ale staramy się, żeby nie odebrał tego jako karę, ale jako nasze działanie w celu ochrony innych. Szczerze mówiąc nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek za coś Maję ukarała. Bardziej to było na zasadzie warunku, że jak np. nie ubierze butów, to nie wychodzimy, ale zwykle po buncie sama przychodziła, żeby jej ubrać. Jako karę można tu uznać tą negatywną stronę warunku, bo rzeczywiście dopóki się nie zgodziła na buty, płakała i upierała się, że ich nie ubierze.

– unikać nagród, które mają w sobie ukryty wcześniej wspomniany warunek i groźbę. Dopiero ta lektura mnie uświadomiła co do tego. Będę musiała zmienić od września podejście do moich uczniów. Maję dopiero planowałam nagradzać przy odpieluchowywaniu naklejkami. Oczywiście już zmieniłam strategię, bo teraz wiem, że jeśli jej coś nie wyjdzie, a na początku nie wychodzi, to nagroda w postaci naklejki zmieni się w karę, bo jej nie dostanie. Nie oznacza to jednak, że nie możemy dzieci w żaden sposób rozpieszczać. Po prostu nie należy dawać im czegoś jedynie pod określonym warunkiem.

chwalić, ale bez oceniania i tutaj się odniosę delikatnie do Glenna Domana, który zaleca chwalenie dziecka po każdej sesji, jednakże jakoś szczegółowo nad tym tematem się nie rozwodzi. Myślę, że nasze „Brawo!” jest w miarę neutralne, ale czasem zdarzało mi się mówić do Mai, że jest taka mądra, czy że jest dobrą dziewczynką. Według badań dla dzieci to demotywujące. Lepiej chwalić opisując co widzimy i podkreślać wysiłek dziecka. Wymyśliłam takie domanowskie przykłady: „Znalazłaś liczbę zero. Wow!,” „Zobaczyłaś wszystkie karty.,” „Ale koncentracja!” lub po prostu „Zrobiłaś to!” W oderwaniu od metody Domana można pomyśleć o zamianie pochwały na pytania będące wstępem do rozmowy np. „Jak to zrobiłeś?” czy „Jestem ciekawa co narysujesz tutaj.” Szczegóły oczywiście w książce i nawet nie zamierzam ich przepisywać, bo dość jest tej kwestii poświęcony dość pokaźny rozdział. Chciałabym jednak skupić się na jednym podrozdziale, który jest ważny z punktu widzenia tego, co ja i wy robicie z dziećmi.

Otóż autorki przytaczają historię Anny, która zaczyna czytać. Jej mamę aż kusi, żeby powiedzieć: „Umiesz czytać.” czy w bardziej dosłownym tłumaczeniu „Świetna z ciebie czytelniczka.” obie wypowiedzi to pochwała oceniająca, której należy unikać. Zamiast tego opisała co dziewczynka właśnie zrobiła: „Złożyłaś wszystkie litery razem i przeczytałaś całe zdanie.” Oczywiście na koniec, czy na początek można dodać coś w stylu „wow,” czy „brawo.” To jest przykład pochwały opisowej. Anna uśmiechnęła się i zaproponowała czytanie kolejnego. Możliwe, że dziecko za szybko pochwalone i uznane za świetnego czytelnika nie będzie chętne czytać więcej, żeby nie stracić tej reputacji. Do tej rady zastosowałam się wczoraj rano. Maja ni z tego ni z owego pokazała naklejkę na łóżku z napisem „bed” („łóżko”) i przeczytała. Powstrzymałam się, żeby powiedzieć coś w stylu, że umie już czytać itp. Skomentowałam „Bravo! You’ve just read the word „bed.” („Brawo! Właśnie przeczytałaś słowo „łóżko.”) 

– nie porównywać do innych dzieci. Co prawda Maja nie ma rodzeństwa, ale porównywałam np. do chłopca jeżdżącego na rowerze na wideo. Miałam na celu zachęcenie jej do jazdy. 

– starać się pomóc dziecku na początku rozwoju mowy poprzez wyłapywanie zrozumiałych słów np. gdy słyszymy coś w stylu „bla, bla, bla, kot, bla, bla” zamiast informować malucha, że nie rozumiemy i prosić, żeby mówił wyraźniej powinniśmy dać mu znać, że jednak coś jest zrozumiałe: „Mówiłeś coś o kocie.”

unikać rozkazów, kazań, prawienia morałów

– mówić, co dziecko powinno zrobić zamiast skupiać się na tym, czego nie powinno i tutaj przyznaję się, że dość często muszę się ugryźć w język, żeby nie użyć tego angielskiego „Don’t.” Zamiast: „Nie biegaj po parkingu.” lepiej powiedzieć: „Tu trzymamy się za ręce.”

kiedy możliwe dawać dziecku wybór 

pozostać bezstronnym w konflikcie, czyli nigdy nie brać strony żadnego z dzieci. Lepiej jest opisać problem z punktu widzenia wszystkich zamieszanych, powstrzymać się przed bagatelizowaniem problemu i zastosować metody proponowane przez autorki.

wyprowadzać dziecko z kłamstwa w kierunku prawdomówności powoli i z wyczuciem wiedząc, że umiejętność kłamania to jeden z kamieni milowych w rozwoju dzieci. Możemy to zrobić na przykład poprzez unikanie oskarżających pytań w stylu: „Zjadłeś cukierki Ani?,” które dają dziecku możliwość zaprzeczenia na zdania stwierdzające oczywisty fakt: „Widzę, że zjadłeś cukierki Ani.” Oczywiście to jedna z wielu wskazówek jaką nam dają Faber i King. Moja mama już ten krok w rozwoju ma za sobą. Nie stosuję nagród jako warunku na zasadzie, że jak coś zrobi, to dostanie, ale jak udało jej się skorzystać z nocnika dałam jej kilka suszonych owoców morwy. Jestem pewna, że wczoraj mnie okłamała, ale w sumie nie mam dowodów. Wlała do nocnika trochę wody z basenu i przyszła mi zgłosić, że z niego skorzystała i … że chce morwę. Takie mamy słodycze 🙂 

nie odmawiać dziecku informacji

Autorki zapewniają, że wymienione przez nich sposoby są skuteczne pod warunkiem, że dziecko jest najedzone i wyspane. Nie możemy też nakładać na dziecko zbyt wiele wymagań naraz, bo poczuje się obciążone i wybuchnie. Dodatkowo zawsze musimy zastanowić się czy nasze oczekiwania są zgodne z aktualnym poziomem rozwojowym, na którym znajduje się dziecko. Jeśli dziecko nie jest na coś fizycznie i psychicznie gotowe np. na chodzenie bez pampersa, to tego nie przeskoczymy żadną metodą.

DZIECI TO JEDNA WIELKA NIEWIADOMA: NIE ZAWSZE POKAZUJĄ CZEGO SIĘ JUŻ NAUCZYŁY

W tym rozdziale przeczytałam coś, co od razu mi się skojarzyło z wczesną edukacją. Zacytuję:

„Just because your kid did something yesterday doesn’t mean he can do it today. Just because he can do something in the morning when he’s fresh, doesn’t mean he can do it in the afternoon when he’s tired. Kids aren’t consistent in their use of new skills.”

(„To, że twoje dziecko zrobiło coś wczoraj, nie oznacza, że zrobi to dzisiaj. To, że umiało coś zrobić rano świeżo po przebudzeniu, nie oznacza, że będzie umiało zrobić to samo po południu, kiedy jest zmęczone. Dzieci nie używają nowych umiejętności w sposób stały i ciągły.”)

Uważam, że ten fragment można spokojnie przenieść na wczesną naukę matematyki, czytania globalnego, czy przekazywanie dziecku wiedzy encyklopedycznej. Na przykładzie mojej Mai widzę, że są okresy, kiedy wskazuje mi 100% dobrych odpowiedzi, jak jej daję opcje wyboru zgodne ze wskazówkami Domana, a są okresy, kiedy wybiera same złe karty. Nie jest to dla mnie żadnym wyznacznikiem, więc praktycznie wyboru kart jej nie daję. Można powiedzieć, że robię to czasem, jak mi się przypomni i jak jestem na urlopie lub w weekend. Gdy chodzę do pracy nie ma mowy. 

Na to, że dzieci nie używają nowych umiejętności w sposób ciągły muszą być przygotowani wszyscy rodzice. Wydaje mi się, że w Internecie wczesna edukacja metodą Domana jest przedstawiana jako dwie skrajności. Z jednej strony mamy krytykę, że to nie działa albo wręcz szkodzi, z drugiej nagrania maluchów, które za każdym razem wybierają dobrą odpowiedź, gdy mają zaprezentowane dwie opcje wyboru lub nawet więcej kart. Dodam tutaj, że Glenn Doman generalnie odradza testowanie i sprawdzanie dziecka. W rozdziałach książek poświęconych czytaniu, czy matematyce poleca dawać dziecku nie więcej niż 2 karty do wyboru lub 9 jeśli bawimy się w grę Bingo z kartami, żeby go nie zniechęcić i żeby nie poczuło się testowane. Możliwe jednak, że maluch, który niemalże od urodzenia jest w ten sposób non stop sprawdzany nie wie, że może być inaczej i taką sytuację akceptuje. 

Jestem przekonana, że metoda Domana działa, ale nie każde dziecko będzie w tym samym czasie i w ten sam sposób ujawniało co umie. Przyznam się, że udało mi się nakręcić 2 fajne filmiki z Mają jak wybiera właściwe słowa na naklejkach i potem już wielokrotny wybór z naszej listy zakupów. Jak mi mąż doda napisy i połączy nagrania- opublikuję. Może do tego czasu jeszcze coś w języku polskim się uda nagrać. Doszłam do wniosku, że to żadna sztuka zrobić takie nagranie jak ma się czas. A jak ktoś jest tym szczęśliwcem jednym pewnie na tysiąc, kto ma wsparcie partnera jeśli chodzi o wczesną edukację to już że tak powiem łatwizna. O moim mężu nieraz wspominałam. Jak mu coś przypomnę, dam do ręki itp. to zrobi, jak nie to nie.

Od razu wam powiem tutaj, że te filmiki w żadnym stopniu nie odzwierciedlają umiejętności mojej córeczki. Tak naprawdę nie jestem jeszcze w stanie powiedzieć, czy ona już czyta czy nie. To jedna wielka niewiadoma. Chcę być szczera i dlatego to piszę, bo mogłabym równie dobrze opublikować i ogłosić wszem i wobec, że czyta i że to, że wybiera właściwe słowa jest u nas na porządku dziennym. Zawsze to lepsza reklama dla bloga hehe 😛 Wiem jednak, że niektórzy rodzice będą zachęceni, aby osiągnąć to samo w podobnym wieku albo nawet wcześniej i jeśli im się nie uda zniechęcą się. Powiem tak: wspierajcie wasze maluchy, uczcie wszystkiego i to dosłownie wszystkiego, na co wam tylko czas pozwoli i czekajcie aż wam pokażą, co potrafią. W sumie ograniczeniem są nasze chęci. Niezbędna jest też bezgraniczna wiara w możliwości naszego malucha. Dla motywacji zapisujcie – jak ja- „olśnienia,” czy „przebłyski” dziecka, bo takie na pewno co jakiś czas się będą przewijać. Co do tego daję wam gwarancję. 

Idealne podejście miała Natalia Minge ucząc realizując czytanie globalne metodą Domana ze swoimi synami, z którą przeprowadziłam niedawno wywiad (pojawi się tutaj wkrótce, na dzień dzisiejszy można oglądnąć wywiad live w dwóch częściach na moim fanpage). To jak działała Minge to w wielkim skrócie prezentacja, prezentacja, prezentacja i zero sprawdzania. O tym, że jej syn umie czytać dowiedziała się przypadkiem, jak przechodząc obok komputera przeczytał spontanicznie co było na ekranie.

Też się na coś takiego nastawiam zdając sobie sprawę, że u nas z uwagi na dwa języki, a na dniach trzeci, bo kończę przygotowywać materiały, może to nastąpić nieco później niż u jednojęzycznych dzieci wychowywanych z metodą Domana, ale … kto wie, czy mnie moja córeczka nie zaskoczy. Opóźnienia mowy żadnego nie było, chociaż też byłam na to przygotowana. W każdym razie robię swoje, czyli prezentuję, prezentuję, prezentuję i czekam bez jakiegoś ciśnienia. My zaczęliśmy program czytania gdy Maja miała 9-10 miesięcy i ktoś mógłby powiedzieć, że jakbyśmy zaczęli wcześniej to by już czytała. Niekoniecznie – córeczka inspirującej mamy, z którą wymieniam się doświadczeniami ma aktualnie 21 miesięcy, przerobiły do tej pory około 1700 słów w języku polskim, czyli o wiele więcej niż my w dwóch językach i jej mama nadal nie jest w stanie stwierdzić, czy mała czyta. Czekamy …

Na dzień dzisiejszy wydaje mi się, że szybciej zaskoczy język angielski, bo po pierwsze jest bardziej wspierany, a po drugie pewnie jest łatwiejszy. Gdy nieraz w trakcie czytania książeczki tak z ciekawości zapytam Maję o wskazanie wybranego słowa w zdaniu w większości przypadków wskazuje właściwe. W sumie też takie jedno nagranie niedługo wam pokażę. Podobnie w piosenkach, do których ma podpisy karaoke. Niby to też jest wybór z wielu odpowiedzi, ale mam wrażenie, że dla niej zabawą jest szukanie właściwego słowa w obrębie całego zdania niż wybór jednego z dwóch lub więcej zupełnie oderwanych od siebie słów. Jak jest z tym wyborem u was? Macie takie podejście jak ja, że niemalże nie sprawdzacie dziecka i stawiacie na prezentację jak największej ilości materiału, czy może nie umiecie się powstrzymać i opcje wyboru są u was na porządku dziennym?

PRAKTYCZNY PORADNIK DLA RODZICA

Książka „How to Talk So Little Kids Will Listen” („Jak mówić, żeby maluchy nas słuchały”) jest skonstruowana w sposób bardzo praktyczny dla rodzica. Tematyczne rozdziały dzielą się na podrozdziały opisujące poszczególne narzędzia, przykłady nieodpowiednich postaw oraz wzięte z życia sytuacje, w których rodzice wykorzystują te narzędzia. Zdążyłam już zaznaczyć swój kontakt z książką, co odzwierciedlają poniższe zdjęcia. Tak popisana jest u mnie niemalże każda książka dotycząca wczesnej edukacji i wychowania.

Poradnik wychowawczy
Jak mówić, żeby maluchy nas słuchały

 

Opinie o jakim mówić, żeby maluchy nas słuchały
Jak mówić, żeby maluchy nas słuchały

Na zakończenie każdego rozdziału mamy podsumowanie najważniejszych postaw w postaci komiksu oraz zaraz po nim w postaci listy najważniejszych punktów:

bunt-dwulatka
Jak mówić, że maluchy nas słuchały

 

MOJE REFLEKSJE NA KONIEC

Uważam, że książka „How to Talk So Little Kids Will Listen” („Jak mówić, żeby maluchy nas słuchały”) jest niezbędną lekturą dla każdego rodzica dziecka w wieku 2-7 lat. Dzięki niej nie będzie wam straszny słynny bunt dwulatka i w ogóle zastanawiam się, czy to pojęcie nie zostało wymyślone przez rodziców lub dla rodziców, którzy przez brak właściwego podejścia do dzieci nie mogą sobie z nimi poradzić.

Po zastosowaniu rad w niej zawartych o wiele lepiej dogaduję się z moją córeczką. Zresztą ona czuje, że respektuję jej uczucia. Nieraz do mnie ucieka, gdy widzi, że ktoś reaguje inaczej. Powoli przekazuję dobre zasady mojemu mężowi uświadamiając go najczęściej jak nie powinien mówić. Ostatnio co prawda miała dwa niepohamowane wybuchy złości, ale mam podejrzenie, że od kilku dni przechodzi skok rozwojowy, więc to chwilowe. Zresztą maluch też ma prawo do zdenerwowania. Dzięki lekturze „How to Talk So Little Kids Will Listen” („Jak mówić, żeby maluchy nas słuchały”)  wiedziałam, żeby nie pytać, czy jest zdenerwowana, tylko stwierdziłam fakt. Podejrzewam, że jak to ze wszystkim nie każde narzędzie się u nas sprawdzi, ale książka jest prawdziwą skarbnicą takich narzędzi dla rodzica. Myślę, że każdy znajdzie coś, co działa na jego dziecko.

Tak jeszcze z ostatniej chwili dopiszę, że dzięki tej lekturze stałam się niesamowicie kreatywna i coraz fajniej mi wychodzi wkroczenie do magicznego świata mojego maluszka. Dzisiaj mieliśmy kolejną wizytę na placu zabaw. Moja dziewczynka była ruchliwa jak zwykle i w sumie nie wiem, czy jej się to miejsce nie znudziło, chociaż atrakcji jest co niemiara, bo pomimo obecności dzieci często mnie wołała. Po pewnym czasie sama mi zgłosiła, że jest zmęczona. Nie protestowała, gdy ją wzięłam do ręce i zaczęłam iść w kierunku parkingu. W samochodzie jednak nie miała ochoty wsiadać do fotelika. Wpadło mi do głowy coś szalonego, co zadziałało. Jako, że nie reagowała na moje prośby powiedziałam jej coś w stylu, że teraz mówi jej pupa. I pupa powiedziała: „I want to sit in the seat.” („Chcę usiąść w foteliku.”). Oczywiście odpowiednim śmiesznym tonem. Wyobraźcie sobie, że ignorująca zupełnie mnie zmęczona Maja przestała chodzić po samochodzie, spojrzała do tyłu i grzecznie weszła do fotelika. Potem jeszcze coś do pupy powiedziała, ale zapomniałam co. 

 

Ta recenzja okazała się przydatna? Jeśli tak, udostępnij i podziel się z innymi. Co myślicie zaprezentowanej przeze mnie książce?

Będzie mi  bardzo miło, jeśli zostawisz komentarz i podzielisz się swoim doświadczeniem.

Jeśli chcecie być na bieżąco zapraszam do śledzenia fanpage na Facebook’u i do subskrypcji (okienko na stronie głównej bloga i kanał RSS). Od niedawna jest też możliwość zapisu na newsletter (jeśli nie wyskoczyło wam okienko podczas czytania bloga piszcie). W momencie jak będę mieć 100 zapisów na newsletter będę na bieżąco się dzielić informacjami dotyczącymi wczesnej edukacji zanim pojawią się na blogu w tematyce prawopółkulowości, czyli metody Domana, metody Shichidy i metody Heguru oraz dwujęzyczności i nauki języków. 

Jako, że nie znalazłam grupy dla rodziców wplatających metodę Domana w wychowaniu swoich dzieci, sama ją założyłam na Facebook’u. Dołączając do grupy możecie liczyć na naprawdę ciekawą wymianę doświadczeń. 

Agnieszka Basta

Miłośniczka książek i języków obcych. Z zawodu nauczyciel języka angielskiego. Pasjonatka metod wspierania rozwoju dziecka już od urodzenia. Pomysł na bloga zrodził się z praktycznego doświadczenia z córką. Teoria doszła później. Jeśli chcesz maksymalnie rozwinąć potencjał swojego dziecka jesteś we właściwym miejscu. Mamy ten sam cel. Motywem przewodnim bloga jest metoda Domana oraz dwujęzyczność zamierzona wzbogacone o elementy metody Shichidy oraz metody Heguru. Jeśli chcesz być w stałym kontakcie ze mną zapraszam do zapisu na newsletter i dołączenia do grupy oraz polubienia fanpage na Facebooku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *