Przez żołądek do mózgu,czyli zdrowe odżywianie dziecka w naszym wydaniu (artykuł z wersją audio)

Temat bliski wszystkim

Dzisiaj zdecydowałam się na napisanie artykułu dość nietypowego, bo jeszcze nic w tej tematyce na blogu się nie pojawiło. Jednakże wiedząc, jak ważna dla rozwoju dziecka jest dieta czasem zdarzało mi się wrzucać nasze jedzeniowe chwile na Instagram, gdzie publikuję różności podobnie jak inni. To tam pierwszy raz dostałam sugestię, żeby napisać o tym, co jemy. I takie sugestie od czasu do czasu się cały czas pojawiają, bo w końcu propaguję wszechstronne wspieranie rozwoju dziecka, jak zresztą sugeruje nazwa mojego fanpage na Facebooku. Nie wiem, czy bym podjęła się tego tematu, gdyby nie te sugestie. Myślę, że długo bym na to nie wpadła, że to może was zainteresować, chociaż przyznam posty żywieniowe mają niesamowicie duży zasięg.

Sama się teraz sobie dziwię, czemu do tej pory o tym nie napisałam, bo faktem jest jedzenie to temat wszystkim bliski, a poza tym zdaję sobie sprawę, że moja, a odkąd pojawiła się Maja, nasza dieta odstaje od tego, czym żyją wszyscy inni w moim otoczeniu. Świadczy o tym chociażby fakt, że zdarza się, że w pracy zarówno inni nauczyciele jak i czasem sami uczniowie zaglądają mi do tego, co jem. Nie sposób pisać o tym, co je moja córeczka w zupełnym oderwaniu ode mnie, więc zacznę od tego, jak doszłam do naszego obecnego schematu żywieniowego. 

Ja i moje jedzenie, czyli jak doszłam do tego co jest teraz

Chcecie szczyptę tego jaka jestem? Przede wszystkim jestem zwariowana na punkcie tzw. „zdrowej miski.” Przed ciążą miałam obsesję, żeby trochę schudnąć i to najlepiej tylko z bioder i ud, żeby góry ciała i twarzy nie ruszyło, a potem żeby to utrzymać, co było przez długi czas niemożliwe, ale w końcu mi się udało. Po ciąży, żeby schudnąć, naprawić rozstęp mięśnia brzucha i potem, żeby nigdy nie przytyć.

Nigdy nie byłam słodyczomaniakiem i nigdy nie miałam nadwagi, ale mam choróbsko o fajnie brzmiącej dla mnie nazwie Hashimoto i nieszczęsną figurę gruszki. O tym ostatnim w sumie mogę powiedzieć, że to miałam. Zawsze starałam się jeść zdrowo, ale za mało. Potrafiłam pół dnia przeżyć na 4 jabłkach. W Internecie są informacje, że Hashimotki tyją nawet powietrzem, więc wolałam zapobiegać. Wagę kontrolowałam regularnie co tydzień i każde odstępstwo w górę było traktowane ograniczeniem jedzenia. Nigdy nie wracałam do punktu wyjścia, więc w sumie z roku na rok tego jedzenia było coraz mniej. Nie odczuwałam głodu, więc nie widziałam potrzeby jeść więcej. Głodna byłam jedynie rano i wtedy wchodziła ogromna ilość kaszy gryczanej, jaglanej, czy innej z mlekiem.

To nie przeszkadzało mi jednak na miesiąc zjeść pizzy z koleżankami,czy spróbować jakiegoś kolorowego drinka. W tym czasie miałam aktywność fizyczną codziennie i w dodatku codziennie coś innego: bieganie, rolki, taniec brzucha, taniec towarzyski, yoga Ashtanga (początki), Callanetics, skakanka i pewnie by się jeszcze coś znalazło. W końcu na niewielkiej ilości kalorii miałam całkiem niezłą ilość ćwiczeń fizycznych. Niemniej jednak pasowało jednak ciąć dalej. W ciągu kilku lat pomimo starań i tak przytyłam 5 kg. Niby nic, ale dla mnie to było traumatyczne doświadczenie, że pomimo starań i pomimo takiej aktywności fizycznej coś idzie nie w tą stronę co powinno.

Wtedy trafiłam na forum kulturystyczne, o którym mogę powiedzieć, że zmieniło moje życie i dieta tam propagowana stoi u podstaw tego, co jest u nas teraz. Dodatkowo rozpoczęłam trening prawdziwie siłowy pomimo obaw, że moje uda staną się jak uda Pudziana. Nie jakieś tam hantelki i maszyny, ale wolne ciężary, ćwiczenia jak dla facetów, czyli wyciskanie na klatę, przysiady ze sztangą, martwy ciąg i takie tam. Po różnych perypetiach oraz okresach ogromnego wycisku, po których efekt utrzymywał się zaledwie przez tydzień, doszłam do tego, że wystarczą 3 treningi w tygodniu i nic się nie dzieje jak sobie zrobię np. 2 miesiące przerwy.

Wiem że odpowiednia dieta to ponad połowa sukcesu, a o tej diecie za chwilę. Tutaj napiszę tylko, że wcześniej pomimo, że moja była względnie zdrowa to miałam złe proporcje składników i zdecydowanie zbyt małą kaloryczność, co spowalniało jeszcze pracę tarczycy. Od rozpoczęcia treningu siłowego i zmiany proporcji składników w posiłkach przez kilka lat liczyłam każdy gram jedzenia i pilnowałam, żeby posiłki wyglądały według określonego schematu oraz żeby jeść wystarczająco dużo. Efekty były fajne, ale przesadziłam nieco z kombinowaniem i z treningami, co było bardzo stresujące dla mojego organizmu.

Na szczęście trafiłam na świetną instruktorkę, która też jest psychologiem. Prowadziła mnie online i sprawiła, że spojrzałam na tzw. trzymanie „czystej miski” nieco inaczej i miałam treningi nieco mniej stresujące dla organizmu. Po szkoleniu z Bożeną Bejnar-Sławow, bo też o odżywianiu było, zresztą było dosłownie o wszystkim ważnym dla rozwoju dziecka, doszły małe modyfikacje, ale o nich za chwilę. 

Jeszcze przed ciążą udało mi się treningiem i odpowiednią dietą zmienić moją figurę w kierunku klepsydry. Waga poszła w górę, ale wymiary centymetrowe w dół i ogólnie byłam całkiem zadowolona. Po ciąży przez chwilę walka z brzuchem, ale pomógł dobry fizjoterapeuta i teraz, możliwe, że dzięki temu, że wciąż karmię Maję cały czas ważę ok. 2,5 kg mniej niż przed ciążą pomimo tego, że zupełnie zrezygnowałam z reżimu liczenia kalorii i ważenia wszystkiego.

Treningi na siłowni nadal są częścią mojego życia, bo to też dzięki nim wyglądam lepiej niż przed ciążą. Ostatnio zdziwił mnie niespodziewany spadek wagi o 0,5 kg pomimo tego, że ważyłam się z obawą, że pewnie przytyłam po tym, jak miałam ochotę i zjadłam ok. 0,5 kg migdałów i mnóstwo suszonych owoców. Nadal gdzieś mi w głowie siedzi, że to co jest teraz to przy Hashimoto niemożliwe i pilnuję się, żeby wychwycić, kiedy dobre czasy się skończą. 

Dieta wyssana z mlekiem matki, czyli podstawy diety karmiącej mamy oraz dziecka w naszym wydaniu

Zanim przejdę do opisywania naszych zwyczajów żywieniowych napiszę, że wcale nie uważam, że to jak jemy z moim maluszkiem jest najlepsze pod słońcem i że pozjadałam wszystkie rozumy w tym temacie. To jest po prostu coś co u nas działa. Ja dzięki tej diecie pozbyłam się alergii i nie mam wydętego brzucha codziennie wieczorem, co zdarzało się wcześniej. Maja też żadnych problemów nie ma, ale ona w sumie ma dodatkowe wsparcie w postaci mleka mamy.

Jest tyle teorii żywieniowych na świecie i tyle różnych diet, że wiele osób mogłoby się ze mną spierać i wytykać mi błędy. Dzielę się naszą „miską” tylko dlatego, że wiem, że jesteście tego ciekawi. Nikogo do naszego sposobu żywienia przekonywać nie zamierzam. Zresztą nie radzę na takie żywienie przechodzić z dnia na dzień jak ktoś ma zupełnie inną dietę. Moja koleżanka jedząca dość często słodkie ciasta i różności niezwiązane ze zdrowym odżywianiem z dnia na dzień postanowiła jeść w 100% jak ja i …. obecnie cierpi na zespół drażliwego jelita i niektórych rzeczy po prostu nie może jeść, a na lekach jest do dzisiaj. Zanim to odkryła, przez ponad miesiąc męczyła się z ogromnym bólem brzucha chodząc od lekarza do lekarza. Podejrzewam, że taka ilość np. kasz, jaką nagle wprowadziła do żołądka nie przyzwyczajonego do takich produktów była dla niej niemalże zabójcza.

Niemniej jednak o ile przed zmianą diety, może nie taką drastyczną, ale jednak zmianą, codziennie miałam brzuch idealnie płaski rano, a jak balonik wieczorem, teraz nic z tych rzeczy nie ma miejsca. Dla nas jest idealna, ale jestem oczywiście otwarta na sugestie, jak można nasz model odżywiania ulepszyć. Dość poważna modyfikacja miała miejsce kilka miesięcy temu. Natomiast podstawy zawsze pozostaną takie same, bo to jest to na czym czuję się i wyglądam dobrze i to jest coś, co służy mojej córeczce.

Podstawowe założenia, których się trzymam:

– w każdym posiłku powinny wystąpić źródła białka, węglowodanów i odrobina tłuszczu = początkowy zonk jak to ogarnąć; teraz gdy nie muszę trzymać reżimu dietetycznego często sobie pozwalam na odstępstwa w tym zakresie na rzecz węglowodanów (oczywiście zdrowych), co w sumie jest dobre dla mojej tarczycy. Jakby kogoś zainteresował ten sugerowany skład każdego posiłku to napiszę, że na forum, o którym wspominałam dziewczyny o figurze przeciwnej do mojej dostawały odwrotność, czyli więcej tłuszczu niż węglowodanów. Podejrzewam, że jeśli chodzi o ilość trzeba jakoś eksperymentalnie do tego dojść. 

całkowicie unikamy cukru (tego brązowego, kokosowego, fruktozy i innych też), produktów solonych (natomiast normalnie używam sól w kuchni- u nas akurat himalajska) oraz białego pieczywa i ogólnie mąki pszennej = terroryzujemy całe otoczenie wokół + wyrzucamy jedzenie,jak ktoś kupi

unikamy chemii i gotowych produktów na ile się da = terroryzujemy całe otoczenie wokół + wyrzucamy jedzenie, jak ktoś kupi

staramy się aby nasze produkty były jak najmniej przetworzone = terroryzujemy całe otoczenie wokół + wyrzucamy jedzenie, jak ktoś kupi

staramy się jeść jak najwięcej warzyw, zwłaszcza tych zielonych oraz owoców.

Gdybym znowu musiała coś zacząć ważyć i liczyć to owoce też bym ograniczała do określonego limitu fruktozy, ale tylko sobie, bo intuicyjnie zakładam, że dziecko raczej nie zje więcej zdrowych rzeczy niż mu potrzeba, a poza tym na pewno potrzebuje więcej węglowodanów niż ja. Jakby ktoś był ciekawy to na diecie odchudzającej bananów można zjeść więcej niż jabłek, a najwięcej bo nawet 1 kg można zjeść jagód np. truskawek, czy borówek leśnych. 

Proste? Pewnie dla większości nie. Ja pamiętam jeszcze jak kilka lat temu przeżywałam prawdziwą konsternację, bo wydawało mi się nie do ogarnięcia to, w czym są węglowodany, a gdzie najwięcej białka. Ze względu na Hashimoto dostałam też zalecenie zupełnego odstawienia produktów zawierających gluten oraz nabiału na jakiś czas. Teraz po reakcji mojego organizmu wiem, że mogę jeść np. chleb żytni, ale wszelkie pszenne rzeczy lepiej wykluczyć. Dzięki pół roku bez glutenu i wykluczeniu pszenicy zniknęła moja alergia na pyłki roślin, która mnie co roku męczyła katarem i zapaleniem spojówek. Pomimo tego, że warzywa tzw. krzyżowe, czyli w sumie te najzdrowsze są odradzane przy mojej, a możliwe, że naszej chorobie, bo ponoć jest dziedziczna w linii żeńskiej, jemy brokuły, czy brukselkę jak tylko nam przyjdzie ochota. Nie zauważyłam żadnych negatywnych skutków na sobie. Hashimoto ponoć przenosi się z matki na córkę, więc prawdopodobnie Maja też będzie miała albo już ma, ale zobaczymy jeszcze.

Czym karmić dziecko?

Pamiętając o zasadach, które wymieniłam wyżej staram się tak każdy posiłek skomponować, abyśmy miały w nim źródło białka, węglowodanów oraz tłuszcze. Oczywiście wszystko oparte na zdrowych produktach. 

Nasze źródła węglowodanów: ryż (brązowy oraz dziki), chleb żytni, kasze (gryczana, jaglana, quinoa, czyli komosa ryżowa), płatki i otręby owsiane, strączki (soczewica, ciecierzyca, fasola,groch, bób, makaron ze strączków), mleko (owsiane, migdałowe, ryżowe, kokosowe, a w przypadku Mai dodatkowo mleko mamy), kakao naturalne, świeże warzywa niezielone (marchewka, burak), świeże i zwłaszcza zimą suszone niesiarkowane owoce. W przypadku dwóch ostatnich, jeśli jest tylko możliwość to bio, chociaż mąż protestuje jak zobaczy. Pijemy też często wodę kokosową, ale ostatnio znajoma Kolumbijka powiedziała mi, że niestety nie przypomina ona w smaku tego, co ona zna z dzieciństwa. Podejrzewam, że chodzi o to, że jest sterylizowana, chociaż niby 100%. W takiej sytuacji chyba z niej zrezygnujemy, bo z tego co czytałam niestety jest bezwartościowa. Jakby ktoś gdzieś znalazł taką naprawdę naturalną będę wdzięczna za informacje.

Nasze źródła białka: jaja od kur z wolnego wybiegu lub bio, mięso (oprócz kurczaka, bo najbardziej ponoć faszerowany chemią), ryby (przede wszystkim dziki łosoś z Alaski, bardzo rzadko wędzony dziki łosoś z Alaski), strączki jak wyżej. Co do mięsa to przed amatorską kulturystyką szłam w kierunku wegeterianizmu, ale potem z uwagi na potrzebę białka jadłam ogromne ilości, ale teraz właśnie stawiam na dzikiego łososia i mięso jako takie jem o wiele rzadziej. Pewnie pojawiałoby się częściej, gdybym znalazła jakieś dobre źródło. Dzisiaj czeka na mnie gulasz z dzika, bo takie niespotykane mięso udało mi się ostatnio kupić. Takie rzeczy kosztują- wiadomo, ale wolę jeść mniej, ale zdrowo. Generalnie skłaniam się coraz bardziej w kierunku diety wegetariańskiej, czy wegańskiej, ale z ryb i jajek chyba nie zrezygnuję nigdy. 

Nasze źródła tłuszczy: orzechy (brazylijskie, pekan, migdały, włoskie, nerkowca), nasiona chia, oliwa z oliwek, olej z pestek dyni, olej kokosowy, sezam, ryby jak wyżej, jajka jak wyżej, masło.

Dodatkowo jemy ile się da warzyw zielonych, o których w czasach, gdy rozpoczynałam trening siłowy dowiedziałam się, że ich nie liczymy w ogóle tak jakby nie miały kalorii i można ich jeść ile wlezie nawet na mocno ograniczonej diecie. Podobnie traktujemy też kalafiora, chociaż zielony nie jest. Jak widać na wideo Maja zajada się brukselką podczas gdy ja już nieco kaleczę włoski. Czasem jak nie ma ochoty sama jeść to udaję, że to skaczące piłeczki i jej po jednej wskakują do buzi.

 

Nabiał w diecie dziecka

Do niedawna jeszcze w naszej diecie był nabiał w postaci mleka od wiejskiej krowy oraz serów (zwłaszcza ser biały). Przyznam się bez bicia, że Maja od 8 miesiąca życia zanim zaczęła na dobre jeść cokolwiek piła już codziennie kakao, pomimo to, że gdzieś wyczytałam, że dopiero po ukończeniu przez dziecko roku można podać. Ja generalnie często nie stosuję się do zaleceń tylko działam intuicyjnie, po swojemu. Naprawdę musi mnie coś bardzo przekonać, żebym zmieniła swoje podejście zupełnie.

Co do mleka i ogólnie nabiału nie zauważyłam jakichś negatywnych skutków, a o ile z jedzeniem zawsze były problemy tj. nie bardzo chciała cokolwiek jeść poza mlekiem mamy to kakao uwielbiała, więc podawałam. Jednak to właśnie nabiał był tym, co miałam odstawić na początku mojej przygody z kulturystyką, żeby przetestować, czy mi nie szkodzi. Doszłam jednak do wniosku, że mi to nie szkodzi.

Niemniej jednak po jednym z wywiadów z Bożeną Bejnar-Sławow zaczęłam go ograniczać, przy czym Maja nadal dostawała mleko do płatków owsianych, czy z kakao. Jeden z wywiadów znajdziecie na blogu (link jak zwykle pod artykułem) drugi jeszcze na fanpage. Po listopadowym szkoleniu z Bożeną i lekturze książki „Mleko cichy morderca” odstawiłam nabiał zupełnie i sporadycznie zdarzyło się kilka razy, że skusiłam się na ser biały, czy żółty. Od tej pory szukam innych źródeł wapnia i okazuje się, że jest ich dość sporo. Staram się chociażby codziennie Mai dawać figi, nasiona chia, czy sezam (ostatnio wyczytałam, że najlepiej nieoczyszczony).

Niestety tutaj też muszę toczyć walkę z niektórymi osobnikami w moim otoczeniu, dla których dziecko nie może nie pić mleka. Mnie przekonuje jednak chociażby to, że w mojej rodzinie wszyscy piją mleko i wszystkie kobiety cierpią na osteoporozę. Podobno mnie to też nie ominie. Zobaczymy. Póki co jestem pozytywnie nastawiona: ponoć po zakończeniu długiego karmienia piersią kości się wzmacniają i są w lepszej kondycji niż przed karmieniem, a z drugiej strony świadomie dostarczam wapń z różnych źródeł poza nabiałem. Z nabiału niekoniecznie dobrze się wchłania.

Zupełnie bez nabiału, poza sporadycznym spróbowaniem białego, czy żółtego sera jesteśmy już drugi miesiąc i nie wiem, czy to przez to, czy nałożyły się na to inne czynniki ale zauważyłam, że w tym okresie Mai znacznie i to naprawdę znacznie zwiększył się apetyt. Praktycznie cały czas coś je. Wcześniej została w rodzinie okrzyknięta niejadkiem. A ja bez powodu nieco schudłam, co przy Hashimoto raczej jest ciężko osiągnąć nawet przy reżimie dietetycznym, a mi do tego obecnie daleko, bo jest zdrowo, ale na ilość nie zwracam uwagi póki nie muszę.

Przykładowe posiłki dla dziecka i dla mamy

Przyznam się, że rzadko gotuję w pełnym tego słowa znaczeniu. Ma być zdrowo i szybko. Na śniadanie najczęściej jemy płatki owsiane górskie po prostu zalane wrzątkiem i niedługo potem odcedzone (czasem wymiennie np. z kaszą jaglaną, czy komosą ryżową) z nasionami chia, sezamem i mlekiem owsianym lub migdałowym (do tego drugiego miksuję daktyla) oraz jajecznicę na oleju kokosowym lub jajko na miękko (płatki owsiane/ kasza: węglowodany, jajecznica: białko i tłuszcz). Czasem jemy czyste płatki bez dodatków. Pamiętam jak wzięłam Maję do pracy na dyżur w Sylwestra, bo musiałam jechać chociaż dzieci nie było i tam jej dałam śniadanie. Wzbudziłam dość poważne zdziwienie wszystkich obecnych tym, że po prostu zalałam płatki wodą, a potem podałam Mai i ona to jadła. Dla niektórych nie do pomyślenia i pewnie bardziej do przyjęcia są czekoladowe Nestle z mlekiem UHT. 

Po śniadaniu jest różnie. Często na drugi posiłek jest słoiczek przygotowany przez moją mamę: zupa z makaronem lub ziemniakami i mięso lub ziemniaki i ryba, ale od pewnego czasu staram się przejąć to na rzecz zupełnie mojego jedzenia. Przykładowy obiad w moim wykonaniu to filet z dzikiego łososia smażony na oleju kokosowym, ziemniaki, bataty lub dziki ryż i brukselka (łosoś: białko oraz tłuszcz, olej:tłuszcz, ziemniaki, bataty, ryż:węglowodany). Na wideo poniżej możecie zobaczyć Maję pochłaniającą soczewicę brązową z olejem z pestek dyni (soczewica: białko + węglowodany, olej: tłuszcz). Przy okazji niewielki wycinek naszych angielskich rozmów. 

Między posiłkami podjadamy suszone owoce (niesiarkowane) i orzechy i o ile Maja nie musi się raczej ograniczać, ja mam nadzieję, że też długo nie będę musiała. Jest fajnie tak jak jest teraz. Naprawdę fajnie, chociaż po tylu latach ważenia wszystkiego, czasem mam wrażenie że już kalkulator mam w głowie i wszystko na oko „ważę” oczami. Ulubioną przekąską Mai, którą wprost pochłania, a której niestety ze względu na cenę nie mogę kupować w hurtowych ilościach są liofilizowane truskawki.

 

 

Chcąc wam pokazać też inny punkt widzenia napiszę, że wspomniana już wcześniej Bożena Bejnar-Sławow na listopadowym szkoleniu, w którym wzięłam udział mówiła żeby nie łączyć węglowodanów z białkiem zwierzęcym, bo wtedy w układzie pokarmowym tworzą się patogeny. Mówiła też o dużym zróżnicowaniu diety, praktycznie, najlepiej, żeby codziennie było coś innego. Na razie przyznaję, że u nas zdrowo, ale dość monotonnie i z różnorodnością dopiero zaczynam kombinować.

Alternatywa dla słodyczy

Jak mam czas, co rzadko się zdarza, bo jednak wolę się z Mają bawić jak nie śpi lub jak się sama bawi, czytać książkę, a jak śpi albo jest z tatą ogarniać bloga i pracę, to zapewniam Mai desery. Na wideo lody bananowe, czyli tak naprawdę zamrożone w całości banany, a potem trochę rozmrożone i zblendowane. Mniam 🙂 Tutaj akurat 28- miesięczna Maja i nasz czas z językiem włoskim.

 

Ja sama lody uwielbiam i takie też. Przyznam się, że teraz jem kilka razy w roku, zwykle koniecznie Haagen Datz, a są na tyle drogie, że nie ma mowy, żeby pojawiały się u nas częściej. Zazwyczaj takie rarytasy jak lody, czy kawa mrożona z bitą śmietaną pojawiają się u mnie z okazji np. różnych rocznic, czy Walentynek. Tą okazją nie są święta. Nie piekę placków, co pewnie dla niektórych będzie nie do przyjęcia. Jako namiastkę zrobiłam z Mają takie oto czekoladowe kulki, oczywiście bez czekolady. Ucieszyło mnie to, że nie rzuciła się na nie. Jadła jedną jednorazowo, chociaż widać było, że jej smakują.

Co zamiast słodyczy
Zdrowe słodycze

Póki co powoli zgłębiam temat zdrowych słodyczy tak na przyszłość, bo na razie udaje się bez tego, więc unikamy nawet zdrowych zamienników cukru czyli miodu, czy syropu klonowego, czy innych. Uważam, że nie ma sensu dziecka zbyt wcześnie przyzwyczajać do takich słodkości. Nasze desery „dosładzam” cynamonem, bananami, daktylami i rodzynkami. Zamiast słodyczy jemy dużo suszonych owoców, oczywiście tych niesiarkowanych.

Wiem, że np. miód w dużej ilości też działa jak cukier tj. powoduje stany zapalne w organizmie, źle wpływa na odporność, czy na umysł, a tym samym obniża zdolność wchłaniania informacji, czyli de facto uczenia się. Według mnie odrobina nie zaszkodzi tu i tam, ale naprawdę odrobina i nie traktowałabym tego, jako zamiennika cukru do stosowania w takiej ilości, jak ludzie zwykle stosują cukier. Spożywanie cukru na pewno wpływa negatywnie na intelekt u większości dzieci. Mogę to nawet zaobserwować w swojej pracy. 

Ze zdrowych zamienników cukru tym, co muszą czegoś używać polecałabym ksylitol. Sama kiedyś nim słodziłam kawę. Teraz nie potrzebuję. Zaciekawił mnie erytrytol, bo ma zero kalorii i zerowy indeks glikemiczny, ale podobno jeszcze nie do końca przebadany, więc nie wiadomo, czy zdrowy. Stewia też jest w porządku, ale niestety zmienia smak potraw, więc nie każdemu będzie odpowiadać. Syrop klonowy, czy z agawy jak jest w 100% czysty to traktowałabym jak miód, czyli jak już ktoś musi to w porządku, ale nie za dużo z uwagi na to, co napisałam wyżej. 

Zielone światło dla jaj

Co może się wydawać niektórym kontrowersyjne nie mam żadnego ograniczenia dla jaj. Oczywiście muszą być ze sprawdzonego źródła. Ja zwykle jem 4 dziennie, czasem więcej, a Maja codziennie jedno, ale zdarzyło się, że dwa. Na to akurat Bożena Bejnar-Sławow na szkoleniu pokręciła głową, że przesadzam. Usłyszałam od niej też innym razem, że zwykle mamy za dużo białka w diecie. Z tym bym się nie do końca zgodziła. Z czasów gdy każdy gram jedzenia liczyłam, żeby osiągnąć określoną ilość białka,węglowodanów i tłuszczu pamiętam, że tą zaleconą ilość białka trudno mi było osiągnąć nie przekraczając ilości pozostałych. Podejrzewam, że teraz jest go o wiele mniej.

Z drugiej strony te zalecenia, które miałam to były dla ludzi ćwiczących siłowo, więc pewnie totalnie zawyżona ilość. Niemniej jednak z jaj nie zamierzam rezygnować. Jem tak już dobre 5 lat i wszystkie badania wychodzą mi idealnie, w ciąży pomimo totalnego wstrętu do jedzenia i praktycznie niejedzenia przez 6 miesięcy też wszystko było w porządku, bo może organizm wcześniej dobrze był przygotowany. Natomiast po rozmowach z wielokrotnie już wspomnianą tutaj inspirującą mamą, jestem bardzo ciekawa przetestowania białek typowo roślinnych. Bożena Bejnar-Sławow też mówiła, że potrzebujemy białka, ale roślinnego. Jestem otwarta na modyfikacje tego, do czego doszłam do tej pory. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Niezdrowe otoczenie

Pisałam wcześniej o diecie dla dziecka i dla mamy pomijając tatę, bo u nas tata je zupełnie inaczej. Z tego co wiem niestety większość ojców propaguje niezdrowe nawyki żywieniowe. Podziwiam tych, którzy jedzą zdrowo podobnie jak ich żony czy partnerki. U nas piwo, płatki śniadaniowe Nestle z mlekiem rano, słodycze, białe pieczywo z supermarketu, Nutella i długo bym jeszcze mogła wymieniać.

Z moimi rodzicami nie miałam problemu, jeśli chodzi o jedzenie dla Mai pomijając wykluczenie nabiału, ale z teściami już tak. Nie pamiętam już ile np. kaszek dla niemowląt wyrzuciłam znajdując w składzie cukier lub inny zamiennik. Teściowie już wiedzą, że cukru mają unikać, ale przeforsowanie tego czasem graniczyło z cudem. Zdarzyły się wpadki np. z produktami na których wielkimi literami pisało, że są bez cukru, a w składzie znajdywałam na przykład syrop glukozowo-fruktozowy. Dziadkowie jednak mają parcie na częstowanie malucha ciastkami i ostatnio teściowa znalazła takie do zaakceptowania przeze mnie i niby po składzie stwierdziłam, że jak Maja czasem zje nic się nie stanie. Ja i tak kupować nie będę, bo wyobraźcie sobie, że takie zdrowe ciastko kosztuje 2 zł. Jak chce niech kupuje. To coś w stylu zdrowych słodyczy, które można samemu zrobić w domu, ale na których robienie na razie nie mam czasu. W sumie jakby była potrzeba to by pewnie czas się znalazł. Nie pamiętam całego składu, ale opierał się o płatki owsiane i o suszone owoce. Na Mikołaja Maja dostała od dziadków suszone owoce.

Alternatywa dla cukru
Zamiast słodyczy

Walka z cukrem tyle trwała, że nie nie mam siły i argumentów na batalię dotyczącą napojów Kubuś, tych bez cukru, czy wyciskanych musów owocowych. Stwierdziłam, że jak raz w tygodniu Maja się napije nic się nie stanie, a jak coś takiego albo wyciskane owoce do nas trafią mają już przygotowane miejsce w koszu,chociaż ostatnio zaczęłam brać też do pracy i mam jako niespodziewaną nagrodę dla uczniów. Niby skład tych musów też jest w porządku, ale uważam, że szkoda jeść tak przetworzone owoce, jak można zjeść świeżych. Przyświeca mi cały czas idea, którą bardzo fajnie ujęła w słowa Bożena Bejnar-Sławow: „Zanim podasz coś dziecku zadaj sobie pytanie co jest w tym dobre dla jego rozwoju.” Jeśli nie znamy odpowiedzi na to pytanie, po prostu danego produktu dziecku nie podajemy.

Uświadamianie i kształtowanie zdrowych nawyków żywieniowych od najmłodszych lat

Zdaję sobie sprawę, że wiecznie nie dam rady Mai chronić przed spróbowaniem słodyczy, więc ją uświadamiam mówiąc jej co jest zdrowe, a co nie i tłumacząc, że wszystko z cukrem w składzie jest niezdrowe. Sama nieraz komentuje, jak zresztą słyszycie na filmiku, na którym je liofilizowane truskawki i wiem, że rozumie znaczenie abstrakcyjnego słowa „healthy”- zdrowy. Puszczałam jej też filmiki edukacyjne z YouTube pokazujące jak się zęby psują jak się ich nie myje i jak działają na nie słodycze. To działa i wiem, że rozumie o co chodzi, bo próbowała kilka razy informacje z takich filmików przekazać tacie. Zgłaszała mi nawet kilka razy, że dziadek dał jej coś niezdrowego. Po mojej interwencji chyba się nie odważy kolejny raz.

Jeśli chodzi o cukier celowo wyolbrzymiam jego szkodliwość, wiążąc jego obecność z chorobami itp. Przeziębienie Mai od razu powiązałam z tym, że dziadek dał jej czekoladkę. Wiedząc o szkodliwości cukru, jak również o jego wpływie na odporność, nie mijam się tak do końca z prawdą. Teraz mam pewność, że czekoladki nie podadzą. Nawet jak te nowe drogie ciasteczka się pojawiły mąż mi przywiózł opakowanie do akceptacji, żeby nie było potem problemów. 

Jeśli do kogoś idziemy z wizytą, zawsze proszę wcześniej o brak słodyczy, ciast itp. i do tej pory nikt problemu nie robił, a ostatnio socjalizuję Maję dość ostro. Ostatnio u nas było ośmioro dzieci w różnym wieku, w poniedziałek my idziemy na podobne spotkanie. Jest naprawdę ciekawie. Nawet urodziny jednej dziewczynki przetrwałyśmy, bo Maja tak się wkręciła w zabawę, że nawet torta nie zauważyła.

W sklepie zwracam Mai uwagę na skład produktów. Nieraz różności mi próbuje wsadzić do koszyka. Wiadomo, że składu napisanego drobnym druczkiem raczej nie odczyta, ale wystarczy, że ja czytam i jej tłumaczę, czemu nie możemy danego produktu wziąć, bo niestety zwykle jest tak, że nie możemy. Dużych protestów zwykle nie ma, a jak widzę, że jest jej smutno to szybko jej odwracam uwagę kupując jej co lubi i szybko zapomina o tym, co było. 

Jeśli kiedyś zechce czegoś spróbować nie będę na siłę zabraniać, bo wiem, że zakazany owoc kusi jeszcze bardziej. Natomiast wyrażę swoją opinię, przypomnę o chorowaniu i dam jej wolną rękę. Jakąkolwiek decyzję podejmie, to będzie jej własna i będzie za nią odpowiedzialna. Nie liczę nawet na to, że nigdy nie spróbuje, jak będzie okazja. Liczę natomiast na to, że nie zacznie pochłaniać słodyczy w ogromnych ilościach i że takie coś będzie wyskokiem sporadycznym,a przede że nigdy nie uzależni się od słodkości. W głowie też tkwi mi coś takiego z forum, od którego zaczęła się moja obecna dieta, że liczy się, żeby 80% diety była idealna. Pojedynczy wyskok nie zaszkodzi. Ja byłam jedną z tych nielicznych, która przez bardzo długi czas trzymała 100%. 

Poza tym gdzieś czytałam, że to co je mama podczas karmienia też kształtuje upodobania żywieniowe dziecka, a ja nadal Maję karmię. Poza tym Maja ma dobry przykład z mojej strony i myślę, że prędzej, czy później dostrzeże, że nikt z rodziny nie je jak ja. Poza rodziną już znalazłam bardzo zbliżoną kulinarnie mamę, w dodatku na diecie bezglutenowej, co bynajmniej nam nie przeszkadza, a nawet jest na plus. Mam wrażenie, że jak się wykluczy zupełnie gluten, nawet w śladowych ilościach, to jest łatwiej jeść zdrowo. Ona też mi poddała pomysł, żeby przy okazji różnych wyjść mieć w zanadrzu coś, co dziecko uwielbia i dlatego ja zawsze zabieram liofilizowane truskawki. Jeszcze nie wiem, czy wygrają w starciu z czymś innym na stole, ale uważam, że jest cień nadziei. 

Poczekamy…zobaczymy co przyniesie przyszłość. Ja na razie jestem bardzo pozytywnie nastawiona, bo udało nam się przeżyć prawie 3 lata razem bez słodyczy poza kilkoma wpadkami ze strony dziadków. Na szczęście większość wpadek została przeze mnie wychwycona lądując w koszu. Jedyna sytuacja za moim przyzwoleniem to był kawałek tortu na drugie urodziny, co naprawdę utkwiło jej w pamięci, jak możecie usłyszeć na jednym z wideo w artykule podsumowującym rozwój mowy mojej córeczki w 3 językach. Teraz już wiem, że w moim mieście jest możliwość zamówienia tortu bez cukru i nawet bez glutenu, więc na trzecie urodziny z niej skorzystam. 

Metoda Domana w praktyce
Podcast bloga teachyourbaby

 

Polecam zaglądnąć też tutaj:

Wywiad z Bożeną Bejnar-Sławow

Trochę teorii,czyli lista polecanych książek (znajdziecie tutaj też książkę o mleku i nabiale, o której wspominam w artykule)

Podsumowanie rozwoju mowy 2,5-latki w 3 językach

 

Ten artykuł okazał się przydatny? Jeśli tak, udostępnij i podziel się z innymi. A jak wygląda żywienie waszych maluszków?

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz komentarz i podzielisz się swoim doświadczeniem. 

Jeśli chcecie być na bieżąco zapraszam do śledzenia fanpage na Facebook’u, na Instagram, na którym wrzucam różności „od kuchni” oraz do subskrypcji (okienko na stronie głównej bloga i kanał RSS). Jest też możliwość zapisu na newsletter (jeśli nie wyskoczyło wam okienko podczas czytania bloga piszcie). W momencie 100 zapisów na newsletter będę na bieżąco się dzielić informacjami dotyczącymi wczesnej edukacji zanim pojawią się na blogu w tematyce prawopółkulowości, czyli metody Domana, metody Shichidy i metody Heguru oraz dwujęzyczności i nauki języków.

Jako, że nie znalazłam grupy dla rodziców wplatających metodę Domana w wychowaniu swoich dzieci, sama ją założyłam na Facebook’u. Dołączając do grupy możecie liczyć na naprawdę ciekawą wymianę doświadczeń. Grupa liczy już ponad 1000 członków.

Agnieszka Basta

Miłośniczka książek i języków obcych. Z zawodu nauczyciel języka angielskiego. Pasjonatka metod wspierania rozwoju dziecka już od urodzenia. Pomysł na bloga zrodził się z praktycznego doświadczenia z córką. Teoria doszła później. Jeśli chcesz maksymalnie rozwinąć potencjał swojego dziecka jesteś we właściwym miejscu. Mamy ten sam cel. Motywem przewodnim bloga jest metoda Domana oraz dwujęzyczność zamierzona wzbogacone o elementy metody Shichidy oraz metody Heguru. Jeśli chcesz być w stałym kontakcie ze mną zapraszam do zapisu na newsletter i dołączenia do grupy oraz polubienia fanpage na Facebooku.

2 odpowiedzi do “Przez żołądek do mózgu,czyli zdrowe odżywianie dziecka w naszym wydaniu (artykuł z wersją audio)”

  1. Na haszimoto polecam Ci zapoznać się z kasiazka medical medium – ja dzieki niej sie wyleczyłam. Na insta można poczytać wiele historii jak ta książka i rady w niej zawarte zmieniają zycie. Co do kurczaka,nie jest zły ale warto kupić ekologicznego (w sumie każdy rodzaj mięsa) bo aktualnie każde jest skażone. A smażenie na oleju koko jest średnio zdrowie, lepiej wybrać masło klarowane 😉 Podziwiam że potrafisz walczyć z babciami w temacie cukru. To super że Maja ma taką świadomą mamę! Jak rozwiązujecie kwestie żywienia w przedszkolu?

    1. Dziękuję 🙂 Tej książki jeszcze nie znam. Zupełnie się wyleczyłaś? Nie masz przeciwciał, czy to jest w uśpieniu? Ja czytałam „Jak żyć z Hashimoto” i nie bardzo mnie przekonało. Nie uznaję np. tego, że wyprawa w Himalaje nie dla mnie i nie powinnam się obciążać 😛 To tak jak kiedyś w szpitalu mi powiedzieli, że z moją wadą wzroku nie mogę nawet na skakance skakać, a ja ciężary podnoszę 😛 Zgadzam się z info co do kurczaka z tym, że w przypadku mięsa ciężko o eko, dlatego jest go w naszej diecie coraz mniej. Co do oleju kokosowego różne są opinie i już sama nie wiem w co wierzyć 😛 Masło klarowane też u nas jest, ale jakoś bardziej mi smakuje jajecznica na kokosowym.
      Maja nie chodzi do przedszkola 🙂 więc na razie problemu nie ma 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *