Wczesny kontakt dziecka z książką jest ważny (Maja skończyła 2 lata)

KSIĄŻKI W ŻYCIU DZIECKA – CO POWODUJE ZMIANY 

Od mojego ostatniego szczegółowego wpisu dotyczącego tego, jak u nas wygląda kontakt z książkami minęło sporo czasu. Tak czy tak, tym którzy jeszcze nie do niego nie dotarli polecam, gdyż zawiera cenne wskazówki, dzięki wdrażaniu których wasze maluchy pokochają książki. Sprawdzone nie tylko u mnie.

Gdy pisałam tamtego posta Maja miała 15,5 miesiąca. Z późniejszego okresu jeszcze małą, bardzo pozytywną wzmiankę o książkach znajdziecie tutaj. Czas niesamowicie szybko leci. Od prawie 30 dni możemy nazywać ją dwulatką. Zaszły spore zmiany, jeśli chodzi o obecność książek w życiu mojego malucha.

Podobno dzieci potrzebują rutyny i lubią powtarzalność. U nas na dzień dzisiejszy żadnej rutyny nie ma. Wygląda na to, że w przypadku małych dzieci nie ma sensu generalizować, że wszystkie coś lubią, czy że na wszystkie zadziała to i to, a już bynajmniej, że zadziała tak samo. Zamiast mówić ogólnie, w domyśle o wszystkich maluchach, lepiej używać stwierdzeń „niektóre”, czy „większość”. Zawsze się znajdzie jakiś wyjątek, jak my i nie tylko my z codziennymi rytuałami.

Każdy dzień jest inny, a od pewnego czasu mam wrażenie, że mamy jeden wielki chaos, chociażby dlatego, że Maja chodzi spać codziennie o innej porze. Ten typ maluszka widocznie tak ma, bo na nic się zdały próby moje i mojego męża, żeby tą rutynę i przewidywalność dnia wprowadzić. Oczywiście rutyna nie dotyczy też książek, chociaż pewne schematy, o których za chwilę napiszę udało się przez pewien czas realizować. Tak samo do ok. 23 miesiąca udało nam się utrzymać pewną systematyczność i rutynę w programach Domana. Z moich obserwacji wynika, że im starsza jest moja Maja, tym bardziej organizuje sobie dzień po swojemu. Im starsza, tym większy chaos i tym mniej przewidywalne jest ile i co danego dnia z nią zrobię w zakresie wszechstronnego wspierania jej rozwoju. O ile wcześniej zależało to od tego, ile ja miałam czasu poza pracą i przygotowaniem się do niej, to na rozkład naszego dnia największy wpływ ma mój maluch. 

Zmiany, które u nas zaszły jeśli chodzi o książki są spowodowane przede wszystkim:

1) rozwojem fizycznym Mai, która już od dawna ani chwili nie wytrzymałaby na ograniczonej przestrzeni:

Widoczna na zdjęciach tutaj „zagroda” zniknęła zupełnie już gdzieś koło 17-18 miesiąca życia Mai, co wiązało się też z tym, że książki z piankowej maty też. Z tej maty, którą nieraz na filmikach (np. tutaj), czy zdjęciach mogliście zobaczyć w zagrodzie nadal korzystamy, ale już nie w całości. Jest rozdzielona na dwa pomieszczenia podobnie jak książki. Tak samo, ze względów praktycznych zniknęły książki z półki przy kominku, co możecie zobaczyć na zdjęciach do tego wpisu. Praktycznie codziennie cała biblioteczka leżała rozwalona po całym salonie, a ja cierpliwie i bez krytyki to znosiłam ciesząc się, że maluch z niej korzysta. Odkryliśmy z mężem, że książki ułożone na podłodze jakimś dziwnym trafem już nie są tak rozrzucane. Podejrzewam, że Mai łatwiej jest znaleźć książeczkę, której w danym momencie potrzebuje i dlatego nie bałagani tak bardzo jak przedtem.

Gdzie trzymać książki dla malucha
Dziecko i łatwy dostęp do książek

Wcześniej cały zbiór książek był ułożony na półce przy kominku  jedna na drugiej, więc jak ją interesowała któraś na samym spodzie, musiała zwalić wszystkie. Bardziej precyzyjnie powinnam napisać, że zbiór codziennie był tak układany wieczorem, a w ciągu dnia leżał w różnych miejscach na podłodze.

2) rozrastaniem się naszej biblioteczki:

Dołożyłam wszelkich starań, aby jak znaleźć jak najwięcej książek spełniających kryteria Domana w zakresie czytania globalnego. Recenzje takich pozycji zarówno w języku angielskim, jak i w języku polskim znajdziecie na tym blogu (język angielski część 1, język angielski część 2, język polski ). Pomimo to, że łatwo nie było tych książek znaleźć mogę się pochwalić zbiorem liczącym 37 idealnych książeczek do czytania globalnego. Jestem dumna z tego, że udało mi się aż tyle znaleźć, bo na samym początku miałam wrażenie, że oprócz książek autorstwa samego Domana przeznaczonych dla małych dzieci nie ma żadnych innych. Niektóre znalazłam przez przypadek, inne poleciły mi moje czytelniczki, za co będę im na zawsze wdzięczna.

Oprócz tego mamy mnóstwo innych pozycji, w tym książki, które nazwałam nieidealnymi do czytania globalnego, bo tylko częściowo spełniają domanowskie zalecenia. Do tej pory napisałam jedynie recenzję tego typu pozycji w języku polskim, chociaż w języku angielskim takich książek nam też nie brakuje. Przykładową anglojęzyczną książeczkę, którą można, ze tak powiem podciągnąć pod czytanie globalne możecie zobaczyć na filmiku tutaj. Największą grupę stanowią jednak standardowe książeczki dla dzieci w tym wieku oraz dla dzieci starszych. Jako, że skupiam się zwykle na innych tematach, do tej pory może jeden procent z nich doczekał się recenzji. Być może wkrótce przedstawię coś nowego.

Takiej ilości książek nie był w stanie pomieścić nasz salon, więc rozdzieliłam je na dwa pomieszczenia, w których Maja najczęściej przebywa. Leżą w zasięgu jej ręki na podłodze w salonie oraz w moim pokoju jak możecie zobaczyć na zdjęciach powyżej i poniżej. Od czasu wprowadzenia tego rozwiązania stosuję rotację, czyli jak przeczytamy jakąś książkę „z dołu,” czyli ze zbioru w salonie, zabieram ją „do góry,” czyli do mojego pokoju i odwrotnie. Rotacja dotyczy książek anglojęzycznych, gdyż tych mamy najwięcej pewnie dlatego, że to ja dbam o wczesną  edukację mojej córeczki. 

Zapewnij dziecku kontakt z książką
Dziecko i łatwy dostęp do książek

Maja najczęściej przebywa na parterze, a chcę, żeby miała kontakt z różnorodnymi książkami, więc stwierdziłam, że będzie dla niej ciekawie, jak będą się przemieszczać, niespodziewanie pojawiać się i znikać. Jako, że to ja zwykle przebywam z Mają w moim pokoju, staram się, aby nie leżały tam książki w języku polskim, tak na wszelki wypadek mając na uwadze moją strategię wychowania Mai dwujęzycznie. Ich miejsce jest tam, gdzie najczęściej są inni członkowie rodziny, którzy mogą je mojej córeczce przeczytać, czyli w salonie. Ja też tam przebywam z Mają, więc książki angielskie ograniczenia miejscowego nie mają. 

JAK WPŁYWAĆ NA ZAINTERESOWANIA DZIECKA

Jak wiecie starałam się, aby książki były obecne w życiu mojej córeczki praktycznie od urodzenia. Nie wiem jak u was, ale zauważyłam, że to, co wprowadziłam córeczce przed ukończeniem 6 miesiąca życia jest dla niej najbardziej atrakcyjne: książki, matematyka. Czytanie na kartach, że tak powiem akceptuje, jest zainteresowana, chociaż wiadomo, z wyjątkami (kryzysy, o których pisałam tutaj), ale albo nie pamiętam albo nigdy nie poprosiła o więcej sesji, czy więcej plansz ani w języku polskim ani w języku angielskim. Za to w przypadku kart matematycznych zdarzało się to wiele razy, o książkach nie wspominając. To mi przypomina cytat z książki Krzysztofa i Natalii Minge „Jak kreatywnie wspierać rozwój dziecka?„: „Rodzice kreują zainteresowania swoich dzieci poprzez to, z czym je zapoznają.”

Ja rozwinę jeszcze tą refleksję dodając, że to zapoznanie powinno się odbyć jak najwcześniej. Jeśli dziecko pozna matematykę dopiero w szkole, niekoniecznie stanie się ona jego pasją, a wręcz przeciwnie, są duże szanse, że będzie stanowić problemy. Z moich obserwacji, jako nauczyciela jasno wynika, że wielu uczniów nie radzi sobie z matematyką i wcale nie uważa tej dziedziny nauki za interesującą. I znowu cisną mi się na usta słowa Domana, że im wcześniej tym lepiej. Tym razem nie tylko w kontekście „łatwości” nauczania dziecka z punktu widzenia rodzica, ale również z myślą o tym, że im wcześniej dziecko coś pozna, tym większa szansa na to, że wzbudzi to jego ciekawość i stanie się jego pasją. Druga sprawa, że na matematykę intuicyjną (na kropkach) czas mamy ograniczony o czym niejednokrotnie już wspominałam.

Powyższe przemyślenia wynikają z moich obserwacji:

– to co zostało wprowadzone najwcześniej jest u nas widocznym hitem (chyba, że Majkę zanudzam, co mi się kilka razy zdarzyło, bo dopiero niedawno zrozumiałam w pełni metodę Domana, jako całość, ale szybko się opamiętywałam :P). Nawet ostatnio moja mama mi mówiła, że chyba matematyk z Mai będzie 😛

-to co poznała od ukończenia 9  miesięcy do tej pory wzbudza zainteresowanie, ale nie powiedziałabym, że mojego malucha pasjonuje.

– w 20 miesiącu życia miała pierwszy kontakt z językiem włoskim, o czym wspominałam podsumowując rozwój mowy Mai do ukończenia dwóch lat i tu już tak kolorowo nie było tj. płacz na widok Włoszki, z którą mam konwersacje (nigdy tak nie reagowała na obcych) i usilny nacisk na angielski przez cały czas pobytu u niej, bunt na pierwszą bajkę w tym języku, którą od razu musiałam wyłączyć. Na szczęście po małej przerwie ten język został od razu zaakceptowany i o bajkę nawet czasem się upomina. 

Jestem ciekawa jak z tym jest u was. Zaobserwowaliście coś podobnego u swoich dzieci? Chodzi nie tylko o wczesne nauczanie matematyki, czy czytania globalnego, ale o kontakt z czymkolwiek innym np. z konkretnym rodzajem muzyki. A’propos muzyki mogę na swoim przykładzie powiedzieć, że nie miałam żadnego kontaktu z muzyką poważną jako dziecko, ani nawet jako nastolatka. Przez większość życia żyłam w przekonaniu, że ta muzyka jest beznadziejna i że jej nie lubię, a ludzie którzy jej słuchają i którzy się nią fascynują to jacyś „odszczepieńcy” (nie obraźcie się moje czytelniczki i moi czytelnicy, bo nie to mam na celu tak pisząc, a ukazanie prawdy no i oczywiście zaznaczę, że teraz mam zupełnie odmienne poglądy na ten temat). W wieku 32 lat, po urodzeniu Mai zaczęłam ją odkrywać.

Dziwne, ale prawdziwe. Inny przykład: nigdy nie grałam w golfa i praktycznie oprócz tego, że piłka powinna się znaleźć w dołku nie wiem na czym ten sport polega. W sumie nigdy mnie jakoś nie ciągnęło, żeby się o nim coś więcej dowiedzieć. Jakoś tak uznałam, że jest nudny. Często gram z moimi uczniami w grę Taboo i jak mi się trafi karta, gdzie mam wyjaśnić słowo „golf” łapię się na tym, że opisuję, że to nudny sport itp. Od razu zgadują, co oznacza, że mają podobną opinię do mnie. Podejrzewam, że bezpodstawną. Nie znamy, więc raczej pozytywnych skojarzeń to nie wzbudza, wręcz przeciwnie. Jestem prawie pewna, że gdyby moi rodzice pasjonowali się golfem i dodatkowo próbowali zarazić mnie tą pasją, zupełnie inaczej bym ten sport postrzegała. 

Wygląda na to, że lubimy to co znamy i interesujemy się tym co znamy. Mamy tendencję do odrzucania zupełnie, bez jakiejkolwiek chęci poznania tego co jest nam obce. Coś w tym jest, bo sami wiecie jak wiele ludzi lubi muzykę pop. Zna ją niemalże każdy kto słucha radia. Podejrzewam, że nie znajdziecie aż tylu wielbicieli muzyki poważnej w waszym najbliższym otoczeniu. Może dlatego, że jej nie poznali i nie mieli okazji się w nią wsłuchać? 

Dalej państwo Minge dodają, że dziecko, które ma dostęp głównie do telewizora będzie zainteresowane tylko nim i tym, co w nim leci. Jeśli rodzice z pasją pokażą mu jakąkolwiek inną dziedzinę, jest duża szansa, że stanie się ona również jego pasją. Glenn Doman w książce „How to Give Your Baby Encyclopedic Knowledge” (Jak przekazać dziecku wiedzę encyklopedyczną) zaleca zapoznać dziecko z całą gamą różnych dziedzin pozwalając mu niejako „zasmakować” różnorodności świata. Możemy to zrobić za pomocą tzw. bitów inteligencji, o których napisałam tutaj oraz za pomocą książek (inna sprawa, że bity możemy wykorzystać do produkcji książek, o czym kiedyś napiszę). 

Bity znam od niedawna natomiast książki od zawsze były moją pasją i chcę nią zarazić Maję. Jeśli też chcecie, aby wasz maluch pokochał książki pamiętajcie, że dzieci nie rodzą się czytelnikami. To dorośli muszą im ten kontakt z książką zapewnić, dać dobry przykład pokazując, że sami czytają. Dzięki Domanowi i dzięki mojej córeczce moją pasją staje się też  matematyka. Odkrywam ją na nowo, o czym pisałam tutaj i dobre kilka miesięcy temu zauważyłam, że zaczyna mnie pasjonować. Doman miał rację pisząc, że rodzice uczący swoje maluchy zaczynają postrzegać edukację w zupełnie innym wymiarze. Ten wymiar jest niesamowity i pełny niespodzianek. Polecam wszystkim zgłębienie go. 

MALUCH OTOCZONY KSIĄŻKAMI – CZY TO, ŻE DZIECKO BIEGA I SIĘ BAWI PODCZAS CZYTANIA KSIĄŻKI OZNACZA, ŻE GO TO NIE INTERESUJE I NIE SŁUCHA?

Gdy po urlopie macierzyńskim i rodzicielskim wróciłam do pracy zaczęłam kombinować jak ogarnąć całą naszą wczesną edukację tak, abym nie czuła się za bardzo obciążona i aby Maja nie czuła presji, że musi patrzeć na karty w danej chwili, bo później nie będzie czasu. O decyzjach, które podjęłam w sprawie realizacji programów Domana pisałam tutaj.

Polecam wszystkim mamom zrealizowanie jak największej części wczesnego wspierania rozwoju dziecka w trakcie urlopów z nim związanych chyba, że nie musicie wracać do pracy. Odkąd pracuję wczesna wspieranie rozwoju naszego malucha przebiega o wiele mniej intensywnie niż wcześniej ze skokami intensywności w górę gdy mam dłuższe wolne np. w ferie, chociaż i tak to nie dorównuje temu, co robiłam wcześniej. Jedynie czego się trzymałam do ok 23 miesiąca to systematyczności i regularności sesji czytania globalnego i matematyki. W 23 miesiącu życia Mai nastąpił zupełny zwrot akcji i codziennie coś robimy, ale nie ma tygodnia, żeby utrzymać jakąkolwiek powtarzalność, czy regularność. Każdy dzień jest inny. W jeden damy radę zrobić mnóstwo, w inny malutko. Ważne, że zawsze coś. Niedługo się z wami podzielę tym, co u nas słychać. Nowości jest sporo, bo inspiruje mnie już nie tylko Doman, ale też azjatyckie źródła: metoda Shichidy i Heguru. 

Jeśli chodzi o książki to odkąd wróciłam do pracy wyglądało to tak: 

17-20 miesięcy

Próbowałam wprowadzić książkową rutynę z całkiem niezłym sukcesem i dość systematycznie. Czytanie było naszym codziennym wieczornym rytuałem. W międzyczasie w zależności od dnia bywało różnie. Gdy Maja przynosiła mi książki z własnej inicjatywy, czytałam jedną za drugą zawsze stosując się do zasady, o której wspomniałam tutaj, żeby czytania nigdy nie odmawiać. W dni, w które mniej czasu z nią spędzałam czytanie ograniczało się jedynie do pory wieczornej. Piszę tu o książkach anglojęzycznych. Wiem, że mąż, który opiekował się Mają przez 3 dni w tygodniu  od rana dopóki nie wróciłam z pracy też coś tam jej czytał w języku polskim, ale nie wypytywałam o częstotliwość i systematyczność, więc nie będę się na ten temat wypowiadać.

Jeśli chodzi o nastawienie Mai do książek to wspominałam o nim już w artykule o sekretach wczesnej edukacji. W tym okresie Maja z malucha biegającego po całym domu, w czasie jak ja czytałam książkę i robiącego wszystko, żebym myślała, że mnie nie słucha, zmieniła się w uważnego, siadającego obok mnie na kanapie małego czytelnika. Przynosząc jedną książkę za drugą (raz jak z ciekawości policzyłam wyszło nam 7 pozycji pod rząd) zaczęła też w końcu zadawać pytania typu „Cio to?” (Co to?).

Co do malucha biegającego podczas czytania, a nawet bawiącego się ze mną w „peek-a-boo” (a-ku-ku) i w chowanego, postanowiłam zupełnie zignorować te zachowania podczas wieczornego czytania i niezwykle optymistycznie założyć, że słucha (w końcu metoda Helen Doron nauki języka angielskiego polega głównie na tym, że dzieci słuchają bawiąc się jak chcą i robiąc co chcą, czyli możnaby powiedzieć, że nie słuchają). Codziennie czytałam jeden rozdział z książki zupełnie nie przeznaczonej dla maluchów. Była to książka „Moo Baa Baa Quack,” której autorem jest Francesca Simon. Stwierdziłam, że się osłucha. Po kilku dniach zmieniłam książkę na inną. Jakież było moje zdziwienie, gdy mój „nie słuchający” maluszek zaczął się domagać książki, którą czytałam niemalże do ściany do tej pory. Wcześniej jeszcze miałam sytuację, że w momencie jak wzięłam tą książkę do ręki skomentowała po angielsku coś o słońcu, że świeci, a wstęp do książki to: „The sun always shines and the fun never stops at Potter’s Barn Farm,” mówiący o tym, że na książkowej farmie słońce zawsze świeci, a zabawa nigdy się nie kończy. To potwierdza, że cały czas słuchała. A więc: czytajmy nawet jak maluszek biega, szaleje, u próbuje nas wkręcić w to, że nie słucha. Za jakiś czas się zmieni i zacznie z wami siedzieć, jako uważny czytelnik. 

20-21 miesiąc

W tym okresie pojawiło się u Mai zamiłowanie do książeczek małego formatu z twardymi, tekturowymi kartkami. Tak się składa, że mieliśmy aż jedną książkę tego typu: książeczkę ze znaną opowieścią o wilku i trzech małych świnkach w języku … włoskim. Ta maleńka książeczka stała się ulubioną mojego malucha. Często sama siadała z nią w kąciku lub na półce kominkowej i udawała, że czyta. Jak ja jej chciałam ją przeczytać nie bardzo mi jednak na to pozwalała. Możliwe, że dlatego, że jest po włosku – w języku, z którym wtedy jeszcze miała sporadyczny kontakt. Wolała mnie pytać: „Co doing?” mieszając polski z angielskim w pytaniu „Co robi? / robią?” albo „What’s this?” (Co to jest?). W ten sposób spędzałyśmy razem dość dużo czasu z tą książeczką. Niestety gdzieś się nam zapodziała akurat jak chciałam zrobić zdjęcie na potrzeby tego wpisu, ale możecie zobaczyć na wideo tutaj, jak 20-miesięczna Maja już czerpała radość z tej książeczki. Na tym wideo udało mi się utrwalić  moją córeczkę siedzącą na kominkowej półce z książką na kolanach. Miała wtedy zaledwie 20 miesięcy, a ja z nią przeprowadziłam całą rozmowę w języku angielskim na jej temat, a zaczynała się tak:

Ja: What are you doing? (Co robisz?)

Maja: Reading. (Czytam)

Niedługo po tym okazało się, że mama od której kupiłam używane wcześniej wspomniane przeze mnie biblie w dwóch językach i kilka innych książeczek dorzuciła zupełnie gratis serię malutkich książeczek religijnych oraz innych, związanych z bajką o śwince „Peppa Pig.” Książeczki noszą ślady użytkowania, ale są jak najbardziej wartościowe do tej pory. Od razu zostały hitem u Mai pasjonującej się małymi książeczkami. Niemniej jednak włoska książka o świnkach nadal ją fascynowała najbardziej. Olu, jeśli to czytasz, wiedz, że nawet nie wiesz, jaką radość sprawiłaś mojemu maluszkowi. Z całego serca dziękujemy wraz z Mają. Zabawa z miniksiążeczkami z książeczki włoskiej przeniosła się na angielskie.

Malutkie książeczki
Książki o śwince Peppie i nie tylko

W tym okresie pojawiło się też u Mai zainteresowanie literami wywołane książką, którą dostała od babci. Jako propagatorka czytania globalnego uświadomiona, żeby nie wprowadzać dziecku liter przed ukończeniem 3 roku życia nieco drżałam co to będzie z tą naszą metodą Domana w zakresie czytania i byłam trochę zła na babcię.

Niemniej jednak wyznaję też zasadę, że trzeba podążać za zainteresowaniami dziecka, wyłapywać je i je wspierać. Nie mogłam po prostu zignorować pytania „What’s this?” (Co to jest?) o poszczególne litery gdy przyniosła mi tą książeczkę. Jednak zamiast jest mówić pojedynczo…zaśpiewałam jej angielski alfabet. I tak w tej książeczce brakuje kilku liter, a o kilka jest za dużo, bo wiadomo, że jest w języku polskim. Mai tak się spodobało, że prosiła jeszcze raz i jeszcze raz i…od tej pory zna cały angielski alfabet. Od czasu do czasu sobie podśpiewuje albo mnie prosi, żebym śpiewała. Raczej nie łączy poszczególnych nazw z literami.

W 20 miesiącu życia mojej córeczki mogłoby się wydawać chwilami, że traci zainteresowanie książkami. W porównaniu do poprzedniego okresu bardzo rzadko z własnej inicjatywy przynosiła nam książeczki. Nic bardziej mylnego. Widząc, że sama nie prosi o to, aby jej coś przeczytać sama zaczęłam brać książeczki i jej czytać, kiedy tylko miałam chwilę.

Zaproszona do wspólnej lektury Maja chętnie siadała obok mnie i słuchała ze skupieniem, po czym prosiła o przeczytanie jeszcze raz…i jeszcze raz…i jeszcze raz. Zauważyłam jednak, że taty nie prosiła o drugi raz.

W wieku 21 miesięcy zaczęła „czytać” 12 stronicową książkę w języku angielskim z pojedynczymi słowami na każdej stronie. Niesamowite, bo była wtedy dość poważnie chora- zapalenie ucha i na ten czas odpuściłam jej zarówno sesje z czytaniem globalnym, jak i matematykę. Jednakże w drugim tygodniu choroby zakochała się w jednej anglojęzycznej książce. Spała z nią jak z kolejną przytulanką. Raz wyglądało to tak: śpiąca Maja towarzystwie poduszki-owieczki, lalki, misia i … książki. Przez dwa dni wybierała sobie jedną stronę i mówiła mi co tam jest. Na trzeci dzień zapytałam, czy przeczyta ją babci. Ja przewracałam kartki, a ona „przeczytała” poprawnie każde słowo. Potem chciałam ją nagrać, ale oczywiście nic się nie udało. Nie ma nic na zawołanie z maluszkiem.

Kiedy wasze dzieci zaczęły czytać
Książka na dobranoc

Kilka dni później udało mi się nagrać jedynie fragment „czytania,” bo zainteresowała się lampką w kamerce. I w końcu całość. Sami zobaczcie na wideo tutaj. Tego jednak nie uznałam za faktyczne czytanie, chociaż książeczka ta jest skonstruowana podobnie jak część książek Marii Trojanowicz-Kasprzak do czytania globalnego, o których pisałam w tym samym artykule, w którym wstawiłam wideo z „czytającą” Mają. Autorka we wstępie do tych książek twierdzi, że dziecko już po kilku sesjach z daną książką zacznie ją czytać. Czyżby? Wyjaśnienie czemu się z tym nie zgadzam w recenzji tych książeczek. 

Napiszę o tej książce w osobnym wpisie. Niestety nawet nie mogę do niej zalinkować, jakbyście chcieli ją kupić, bo u nas znalazła się przypadkiem przy zakupie kilku używanych książeczek i nie mogłam jej w żadnym internetowym sklepie znaleźć. Może komuś się uda. Ta książka to „On the Farm” wydawnictwa Armadillo.

Książki tego typu określam mianem „nieidealnych książek do czytania globalnego,” dlatego, że spełniają zalecenia Glenna Domana tylko częściowo. Ta wspomniana tutaj składa się z pojedynczych słów na jednej stronie sąsiadującej ze stroną z obrazkiem, jak widać na zdjęciu poniżej. Jak widać Maja ma zalecenia Domana gdzieś i wybrała akurat tą książkę. Może też dlatego, że może zrobiłam błąd, bo o ile Maja ma nieograniczony mnóstwa książek, to „idealne książki do czytania globalnego” jak je nazwałam trzymałam poza jej zasięgiem z obawy o ich zniszczenie, bo tanie nie były, a nie mają grubych stron, co jest ich jedyną wadą. Oczywiście już to się zmieniło zaraz po tej próbie czytania i od tej pory leżą już na podłodze w tych samych miejscach, co reszta naszej biblioteczki, z których może je swobodnie wziąć.

21-22 miesiące

Wiedzieliście, że dla rozwoju dziecka korzystniejsze jest gdy książki czyta tata? U nas od zawsze z racji obranej przeze mnie strategii wychowania dwujęzycznego to ja czytałam książki w języku angielskim, mąż w języku polskim. Praktycznie nie ma u nas dnia bez książki, ale nie oznacza to, że codziennie Maja ma kontakt z tekstem w obu językach. Tata raczej mało inicjatywy wykazuje. Czyta- owszem, ale głównie wtedy jak Maja mu książkę przynosi albo jak ja go zachęcę do przejęcia inicjatywy. Poza tym ja sama go jakoś wcześniej nie angażowałam w naszą wieczorną książkową rutynę, którą sama wprowadziłam.

Odkąd przeczytałam artykuł dotyczący badań, z których wynika, że korzystniejsze dla mózgu dziecka jest, gdy książki czyta tata, włączyłam męża do codziennego czytania Mai na dobranoc, co do tej pory było wyłącznie moją domeną. Od tej pory mieliśmy przez kilka miesięcy wieczorny rytuał: ja- książka anglojęzyczna i zaraz po tym wkraczał tata z książką w języku polskim. Tak się złożyło, że dzięki jednej z mam wprowadzających dwujęzyczność zamierzoną mamy w swojej biblioteczce dwie bliźniacze biblie – jedna w języku polskim, a druga w angielskim, czasem czytaliśmy wymiennie z mężem: ja jeden rozdział w języku angielskim, mąż ten sam rozdział w języku polskim i tak jeszcze ze dwa-trzy kolejne rozdziały. Dzięki temu Maja poznawała tą samą treść jednocześnie w obu językach. Dodatkowo w tym samym okresie włączyłam męża, wiedząc jak cenny jest jego głos w codzienne śpiewanie kołysanek na dobranoc. Po lekturze książek w obu językach, którymi się komunikujemy w domu Maja słyszała: „Aaa…kotki dwa” i „Ach śpij kochanie” z ust taty, a ode mnie włoską kołysankę „Ninna nanna” oraz dwie angielskie „Twinkle, Twinkle, Little Star” i „Sweet Dreams.” O tych dwóch ostatnich kołysankach wspominałam już pisząc o polecanych przeze mnie pierwszych piosenkach angielskich dla maluszka, z którymi mamy niemal gwarancję, że zacznie nam którąś z nich nucić lub śpiewać. 

Coś w tym jest to znaczy w głosie taty. Pewnie to tez jakiś udział miało w tym, że nasza córeczka tak szybko zaczęła mówić w dwóch językach. Mamy nieco inną sytuację niż opisana w artykule,  o którym wyżej wspomniałam, bo odkąd wróciłam do pracy to jednak mój mąż, a nie ja więcej czasu spędza z Mają. To się chwilowo zmieniło w bieżącym miesiącu, ale o tym za chwilę. Jednakże cieszę się, że trafiłam na te badania, bo delikatniej reaguję na to, jak mąż popełnia błędy w czytaniu. Jak widać u mężczyzn to normalne, chociaż na pewno nie u wszystkich. Jak jest z tym u was? Zaobserwowaliście przekręcanie słów u swoich partnerów podczas czytania na głos? Wiem, że część moich czytelników to mężczyźni, więc was też zapytam. Zauważacie jakąś tendencję do przekręcania słów podczas czytania na głos? 

Ja u mężczyzn w swoim otoczeniu zaobserwowałam dokładnie to, o czym przeczytałam: „(…) dzieci są też czujniejsze, bo ojcowie bardzo często mylą się podczas czytania. Maluchy muszą być zatem bardziej skupione, a co za tym idzie – lepiej przyswajają tekst.” W przypadku mojego szwagra- bliźniaka męża obserwuję dokładnie to samo i wcześniej mnie delikatnie mówiąc frustrowało to, że gdy poprosiłam go o zaprezentowanie polskich kart Mai, on przekręcał słowa. O tym zmienianiu słów podczas czytania wspomniałam też w recenzji naszych pierwszych książek do czytania globalnego w języku polskim. Pisząc tą recenzję myślałam, że to wina tekstu w książce, który być może aż się kusi o zmienienie. Okazuje się, że nie. 

W wieku 21-22 miesięcy Maja po opisanym przeze mnie przestoju w tym względzie, zaczęła znowu przynosić mi i tacie coraz więcej książek. Co więcej zaczęła rozpoznawać, która książka jest dla mnie, czyli dla mamy, a która dla taty. Pomimo to zdarza się, że mi też przynosi książeczkę w języku polskim i chce, żebym jej przeczytała. Miałam trochę zagwozdkę, jak to robić, ale podpatrzyłam męża w tym jak on to robi, jak jemu przyniesie książkę w języku angielskim. Czasem go nawet słyszałam jak czyta po angielsku, ale stwierdziłam, że ja tak nie mogę robić, bo moim celem jest, aby Maja jak najdłużej myślała, że ze mną po polsku komunikować się nie może w myśl strategii OPOL i wychowania w dwujęzyczności zamierzonej. Za to przejęłam coś innego. Mój mąż czasem zamiast czytać po prostu jej angielskie książki opowiadał po polsku. Zaczęłam robić to samo z polskimi, czyli opowiadać je w języku angielskim.

Jednakże pewnego dnia tak się nie dało. Przyniosła mi książeczkę po polsku i poprosiła o przeczytanie po angielsku. To książeczka z serii „Odkryj…” wydawnictwa Adamada. Zaczęłam opowiadać o czym jest książka w języku angielskim. Jako, że tą książeczkę nieco przerobiłam pod czytanie globalne (oryginalny tekst zaklejony moim) dodatkowo zakrywałam napisy, żeby jej nie mieszać. W pewnym momencie tekst Mai mnie rozwalił: „Mummy, read: ptasia.” (Mamusiu, czytaj: ptasia). Teraz wiem, że moje dziecko zna tą książkę na pamięć, a przynajmniej jej część, co raczej jakimś wyczynem w przypadku małych dzieci chyba nie jest. Dla mnie zaskoczeniem jest to, że ona sobie zdaje sprawę czym jest tak abstrakcyjne pojęcie jak „czytanie.” Potwierdziła to w sumie kolejny raz. Wiedziała, że nie czytam. Ciekawe czy metoda Domana ma w tym swój udział. 

Książka dla małego odkrywcy
Książka przerobiona pod czytanie globalne
Odkryj co
Książka przerobiona pod czytanie globalne

Wspominałam wcześniej, że o kolejne czytanie tej samej książeczki prosi tylko mnie. W 21 miesiącu zaczęła też prosić o to tatę.

W 22 miesiącu hitem była książka „A Potty for Me” (Nocnik dla mnie) autorstwa Karen Katz, którą mi poleciła „inspirująca mama.” Książeczka opowiada o nauce korzystania z nocnika i problemach z tym związanych. Kolejne próby pozbycia się pieluszki przez książkowego malucha oczywiście zakończone sukcesem. Maja czasem siadała z książeczką i mówiła sama do siebie: „a potty for me” (nocnik dla mnie) albo już bez książki zdanie, które z niej zapamiętała „Mummy says that’s okay” (Mamusia mówi: w porządku).

W dalszej kolejności zainteresowaniem Mai cieszyły się książki do czytania globalnego Marii Trojanowicz-Kasprzak, zwłaszcza te małe oraz książki do czytania globalnego Brillkids. Jeśli chodzi o te pierwsze w 21 miesiącu pokazałam jej słowo „miś” w taki sposób, że nie widziała obrazka. Tata zapytał co to i przeczytała „miś.” Dalej już nie chciała, więc nie wiem, czy to jednorazowe słowo coś już znaczy, czy nie. Podobnie powiedziała tytuł jednej z książek Brillkids: „Going…places,” ale tutaj mogła też go rozpoznać po rysunku okładce. 

23 miesiące

Pojawiły się u nas książki do czytania globalnego Anety Czerskiej, o których pisałam tutaj i od razu zdominowały naszą biblioteczkę. Pojawiło się ponowne zainteresowanie książeczką, którą „przeczytała” w wieku 21 miesięcy, o czym pisałam wcześniej. Kombinowałam trochę i kilka słów mi przeczytała, gdy pokazywałam nie po kolei, z zakrytym rysunkiem. Potem chciałam ją nagrać a ona zaczęła się wygłupiać i uparcie zamiast „tractor” czytać „chatter” i świetnie się przy tym bawić, o czym wspominałam podsumowując rozwój jej mowy, jako dwujęzycznego dwulatka.

W wieku 23 miesięcy odświeżyliśmy książeczki, które wyprodukowałam dla Mai jako pierwsze. Niesamowite jaki zachwyt miała w oczach patrząc na siebie na zdjęciach sprzed roku. Podejrzewam, że pod wpływem tych książeczek przez kilka dni chciała, żebym ją nosiła „like a baby” (jak dzidziusia). Po tym jak pierwszy raz po dłuższej przerwie przeczytałam jej książeczkę, w której ma zdjęcie, na którym gryzie włosy słonia na biegunach, wstała, odnalazła swojego słonia i przyjęła bardzo podobną pozę jak na zdjęciu. 

Zaraz po skończeniu 2 lat

Zainteresowanie książkami utrzymuje się na stałym wysokim poziomie. Dla mnie i mojego męża to zupełnie normalne, że czytamy jedną książkę wiele razy pod rząd. Dla mojej siostry już to takie oczywiste nie było. Pojechała ze mną na tydzień do Czech, aby opiekować się Mają w czasie, gdy ja brałam udział w kolejnym szkoleniu z programu Erasmus +, o których pisałam na stronie O mnie. Jako, że jechaliśmy samochodem spakowałam na wyjazd wszystkie książki do czytania globalnego, jakie mamy. Podobnie jak u nas w domu, w naszym tymczasowym mieszkaniu Maja miała łatwy dostęp do wszystkich. Co jakiś czas mi lub mojej siostrze przynosiła jedną do przeczytania. Oczywiście książka w języku polskim szła do mojej siostry, która była naprawdę zdziwiona, gdy przyszło jej czasem czytać jedną 10 razy i więcej, bo Maja prosiła o jeszcze raz. Upewniała się, czy na pewno musi. Oczywiście, że musi. Maluchowi proszącemu o książkę się nie odmawia.

Niestety na 3 miesiące byliśmy zmuszeni zrezygnować z tego, aby mój mąż wieczorem czytał Mai książkę. Tak wyszło, że teraz musi pracować przez 6 dni w tygodniu na noc i część dnia. Jak jestem w pracy Maja jest wymiennie w zależności od dnia pod opieką dziadka lub babci (mojej teściowej). Może co niektórych zdziwi to co napiszę, ale kocham moją teściową za jej spokojne podejście do wszystkiego i że jak jej zalecę, że ma Mai spróbować przeczytać tyle i tyle książeczek, z zaznaczeniem oczywiście, jeśli będzie chciała to wiem, że na pewno zostaną przeczytane. Tak samo z kartami do czytania globalnego. Wykorzystuje maksymalnie poranną świeżość umysłu dziecka.

Na mojego męża też zestaw kart zawsze rano czekał, ale często jak wracałam z pracy dowiadywałam się, że nie pokazał ani razu, więc jeszcze przypominanie i łapanie właściwego momentu  na karty polskie było na mojej głowie popołudniami i wieczorami. Doman radzi, żeby w miarę możliwości starać się uczyć malucha rano. Według niego po południu już można mieć problem ze złapaniem uwagi malucha. Wieczorem jest nieco lepiej. Potwierdzam, że u nas dokładnie tak jest. Dzięki teściowej teraz również w polskim wykorzystujemy poranek maksymalnie. W angielskim w czasie jak nie pracowałam i realizowałam program Domana bardzo intensywnie większość z tych 18 sesji dziennie realizowałam właśnie rano, w godzinach dopołudniowych. Do tylu sesji już na pewno nie wrócimy, a ja godziny poranne będę mogła w pełni wykorzystywać dopiero w wakacje.

Na koniec książkowe wideo z tego tygodnia. Wzięłam część naszego angielskiego zestawu książek do czytania globalnego Brillkids na trampolinę: było trochę czytania, trochę rozmowy po angielsku i trochę skakania, czyli dość ciekawie i wesoło, jak to jest pewnie z każdym maluszkiem:

 czy

Moje doświadczenie okazało się przydatne? Jeśli tak, udostępnij i podziel się z innymi. Jak wygląda lub wyglądał kontakt z książkami u waszych maluchów? A może zechcecie mi odpowiedzieć na pytania, które zadałam w artykule. Będzie mi  bardzo miło, jeśli zostawisz komentarz i podzielisz się swoim doświadczeniem.

Jeśli chcecie być na bieżąco zapraszam do śledzenia fanpage na Facebook’u i do subskrypcji (okienko i kanał RSS na stronie głównej tego bloga).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *