Jakich błędów nie popełniać wychowując dziecko z metodą Domana – relacja mamy wymagającego chłopczyka (wersja audio)

domanowanie
Rozwój dziecka metodą Domana

Czemu nie wywiad?

Maluch, o którym za chwilę będzie mowa ma dopiero 20 miesięcy, więc o ile możemy mówić o pierwszych efektach to chciałam bardziej pokazać podejście. A jest to naprawdę mega podejście niesamowitej, w dodatku pracującej mamy. Będę to podkreślać, że pracującej, bo ja sama do takiej grupy mam należę i wiem, że powrót do pracy to mega wyzwanie i wiąże się z pewnymi rozterkami zwłaszcza jeśli metodę Domana wdrożyliśmy na macierzyńskim. Pracując czasem niekoniecznie robimy mniej niż siedząc w domu, jeśli się dobrze zorganizujemy.

Agnieszka – w sumie moja imienniczka jest siostrą Iwony – mamy, która rozwinęła 5 dzieci inspirując się metodą Domana z poprzedniego wywiadu. Mając taką inspirację w rodzinie nie sposób było nie zaangażować się w rozwój dziecka. Myślę, że za ileś lat pewnie zaproszę Agę do wywiadu o efektach domanowania, które już są, ale wiadomo…każdego interesuje dziecko w późniejszym wieku, czy nawet dorosły rozwijany w dzieciństwie. Z drugiej strony maluchy rozwijają się różnie: jeden pokaże niemalże od razu, że czyta…inny po kilku miesiącach, a z innym poczekamy np. 2-3 lata. Ważne, żeby wiedzieć, że prędzej czy później nasz maluch tak się popisze, że nas zwali z nóg.

A teraz zapraszam do lektury lub do wysłuchania relacji tej mamy. Być może jesteście dopiero na początku drogi lub macie tzw. high-need baby i jesteście przekonani, że się nie da. Może tzw. okres miodowy, o którym wspomina Aga macie już za sobą. Prawda jest taka, że z każdym dzieckiem się da , jeśli odpowiednio podejdziemy do całej metody. Być może ta relacja podpowie Wam jakich błędów nie popełniać wychowując dziecko z metodą Domana.

Masz wymagające dziecko? Uważasz, że metoda Domana jest tylko dla grzecznych dziewczynek? – grubo się mylisz

Początki z metodą Domana

To ja może zacznę od przedstawienia się. Mam na imię Agnieszka. Pracuje z synem od urodzenia inspirując się metodą Domana . Było już wiele artykułów na temat tego, jak nie (wiele) trzeba by zobaczyć efekty. Dużo też przewinęło się tematów z zakresu jak wykonać materiały. Moja siostra powiedziała, jak to wygląda w Skandynawii. A ja chce opowiedzieć naszą historię.

Dziękuję Agnieszce Baście za zaufanie do mojej osoby i to, że chce opublikować akurat naszą historię. I myślę, że nie jest ona wyjątkiem. Od razu powiem, nie było łatwo i nie jest łatwo, życie takie nie jest.

O Metodzie Domana wiedziałam na długo przed pojawieniem się w domu nowego członka rodziny. Siostra inspirowała się metodą ze swoimi dzieciakami prawie 17-18 lat wcześniej. Przetarła szlaki w rodzinie, wysłuchując jak to dzieci w Skandynawii są puszczone w samopas. Zatem ja, młodsza siostra, miałam zdecydowanie łatwiej (każdy uważał, że to skrzywienie rodzinne hehe).

Mam wykształcenie medyczne. Tego nie mogę omijać opowiadając tę historię, ponieważ właśnie mój zawód spowodował, że do metody Domana podeszłam z dużym dystansem i miałam wiele powodów do rozmyślania. Niemniej jednak już w sali szpitalnej rozkładałam kontrastowe karty i nie do końca zgadzałam się z zaleceniami personelu medycznego (ze smoczkami, z ciasnym zawijaniem, rękawiczkami na rączkach, z zabraniem dziecka od razu po porodzie- bez względu na rodzaj porodu, z zakazem kładzenia dziecka na brzuszku itd. ) ale było mi łatwiej pewne rzeczy egzekwować , bo w tym środowisku żyłam na co dzień i znałam swoje prawa.

Po powrocie do domu zaczęłam program Domana dotyczący wzroku, słuchu, dotyku oraz aktywności fizycznej. Gdy w okolicach 4 m Syn zaczął pełzać, pojawił się problem. Ćwiczenia, które stosowałam, wcale nie spowodowały, że ścieżka rozwoju mojego dziecka była czysta. Pojawił się problem pełzania. Nie było ono naprzemienne. Syn mając 5 m usiadł bez większego problemu, a za 2-3 tygodnie stanął na nogach. Trochę zagubiona, odbyłam kilka wizyt wśród znanych fizjoterapeutów. Żaden nie rozumiał o co mi dokładnie chodzi. Każdy mówił: „Twoje dziecko rozwija się bardzo dobrze i ponad przeciętnie, a pełzanie nie jest konieczne do prawidłowego rozwoju, ważniejsze jest raczkowanie.”

Przez przypadek trafiłam na fizjoterapeutę, który mieszkał prawie na Słowacji. Ja mieszkałam w Krakowie. On rozumiał o co mi chodzi, pracował z dziećmi z porażeniem mózgowym i znał metodę Domana. Co prawda dosyć pobieżnie, ale wspólnymi siłami mój syn zaczął prawidłowo pełzać. Robił to zaledwie 2 tygodnie, po czym przeszedł do raczkowania. To pierwsza rzecz, o której chce powiedzieć. Jeśli jesteście na tym etapie z Waszymi dziećmi, postarajcie się, by Wasze dziecko pełzało naprzemiennie. Szukajcie pomocy, albo pracujcie sami. Ale nigdy nie zostawiajcie przypadkowi tej ważnej czynności. Każdą wolną chwilę spędzałam na podłodze. Całe nasze życie chwilowo tam przeniosłam. Uważam, że było warto. Jednocześnie też chcę dodać, że nie możemy wychodzić z założenia, że jeśli nasze dziecko nie pełzało prawidłowo, to wszystko stracone. Takie coś potrafi paraliżować. I tracimy wiarę w siebie i nasze dzieci. Zawsze do tego etapu możemy wrócić, pamiętając, że nie wyszedł on dokładnie tak, jak byśmy chcieli.

Harmonogramy w czytaniu globalnym

Kiedy uporałam się z problemowym pełzaniem- pojawił się inny problem. Harmonogramy oraz techniczne wykonanie materiałów. Gotowa do dalszego etapu zamówiłam wszystkie zestawy z Wczesnej Edukacji zarówno do matematyki, jak i polskiego. Zrobiłam karty do czytania globalnego po angielsku i startowaliśmy z tematem. Ja- jak Doman pisał – pełna zapału i szczęśliwa, traktująca to jako zabawę. A mój Syn? No właśnie, założę się, że wśród czytelników tego artykułu, jeśli dobrnęliście do tego momentu, są tacy, którzy znają tę historię z autopsji. Najpierw jest kilka dni (może 2 lub 3, a przy dobrych wiatrach i cierpliwym dziecku może nawet więcej ) okresu miodowego – tak to nazwę. Do dziś pamiętam mojego 6 m syna trzymającego się krzesła, który śmieje się i podskakuje, jak przynoszę karty… to był piękny widok, którego o mało nie utraciłam przez harmonogram. Zarówno ten rozpisany w książce Domana, jak i ten z WE.

Mimo, że książki Domana znałam dobrze, musiałam jeszcze raz przeczytać, by trafić na informację, że każe dziecko jest inne. Każe chce patrzeć określoną ilość razy, bo inaczej zabawa staje się tak nudna, że traktuje się ją jak jakąś karę. Dlatego książki Domana, są dla mnie niesamowite, czytam tekst i po jakimś czasie widzę, tysiące rzeczy zapisanych między wierszami. Ile razy otworzę, tyle razy znajdę coś nowego. Może on chciał o tym powiedzieć, hmmm …a może tak działa podświadomość, przeczucie i intuicja rodzica …. i to, że możemy tekst interpretować różnie.

Oczywiście, kiedy okres miodowy minął… a minął po 2-3 dniach hehe, pojawił się kryzys. Pomyślałam….. hmmm…ta metoda jest nie dla mnie. Zostawiłam ją na 2-3 tygodnie. Rozmyślałam i mimo dobrych rad siostry, szukałam własnego rozwiązania, bo nie chciałam się poddać już na starcie. Idę w zakład, że duża część rodziców rezygnuje właśnie tutaj.

Nie musi być idealnie, ale dużo i szybko

Z pomocą przyszedł Krzysztof Kwiecień , Aga Basta i kilka osób, których już nazwisk nie podam, bo nawet nie pamiętam. Powinnam publicznie podziękować, za Wasze komentarze i prywatne rozmowy. Pomyślałam, poukładałam w głowie i w końcu wskoczyło…. I po pewnym czasie wpadłam na TO. Skoro ja nauczyłam się czytać słowa, i przecież nie umiem ich na pamięć, to dlaczego dziecko nie mogło by tego wydedukować. Cała moja filozofia powtórek legła w gruzach. Idea treningu prawopółkulowego stała się zrozumiała… ograniczyłam powtórki do minimum.

Do takiego minimum, że wydały mi się abstrakcją, bo dopiero co zaczynaliśmy zabawę. Harmonogramy poszły w bok, bo zrozumiałam, że chodzi o ROZKODOWANIE jakiegoś szyfru. Załapanie zasady….Musi dostać tylko wystarczającą ilość przykładów, z maksymalnie małą ilością powtórzeń, by załapało zasady czytania, czy matematyki. Powtórzenia, tak naprawdę są dla nas- rodziców, by nadążać za produkcją materiałów, bo te kończyły się ekspresem. Kryzys mojego dziecka (pierwszy, ale nie ostatni został pokonany, drastyczną zmianą mojego myślenia). Co było dalej…. Mijały tygodnie i nagle w mojej głowie doszło do takiego przemęczenia, że nie byłam wstanie funkcjonować…

Ja matka jeszcze nie pracująca, nie potrafiłam ogarnąć podstawowych programów i przygotować materiałów do języków, matematyki, bitów i programów inteligencji. A dziecko musi się ruszać, ćwiczyć motorykę małą… było bardzo ciężko. Do dziś podziwiam się za to, że laminowałam karty do czytania, bity i wiele innych rzeczy. Idealnie starałam się dostosować rozmiar papieru i jego grubość , czcionkę i wielkość bitu… Zamawiałam w drukarni kartony 28 na 28 cm. i naklejałam na nie bity. Z czasem tempo było tak szybkie, że takie przygotowanie materiałów było po prostu nie możliwe. Miałam tysiące wyrzutów sumienia, że nie daję rady. I tutaj znowu musiała być przerwa.

Musiałam znaleźć sposób na to, żeby robić to szybciej, taniej i wielkich ilościach i oczywiście pozbierać się psychicznie…. I nagle okazało się, że dziecko moje czyta napisane słowa odręcznie- bo pokazałam mu od niechcenia. Czcionka nie była idealna, ale przygotowywało się napisy ekspresem.

Czcionka, kształt kartki i cała techniczna strona dla dziecka były bez znaczenia. A ja wiedziałam, że problem miałam ja sama. Błędnie oceniłam, że jakość materiałów musi być idealna… Otóż nie musi. Nie musi być wcale idealna. A może nawet lepiej, gdy nie jest. Nie jest żal wyrzucić stosu materiału, który nie podszedł dziecku. W tym momencie drukuję kartki z różnymi czcionkami, bo nie wszystko robię sama. Coś czasem dostaję i nawet tego nie zmieniam. Dziurkuję, wkładam do segregatora i staram się pokazać jak najszybciej mogę. A i tak wiem, że robię materiałów mniej, niż mogłabym pokazać. Oczywiście do tego etapu „ dorastałam” powoli. Wcześniej wkładałam karty do grubych koszulek A4, potem próbowałam drukować na papierze fotograficznym… testowałam wiele sposobów.

Zabawy z kartami do czytania oraz domanowa matematyka ze słuchu

Niedługo potem pojawił się kolejny problem w okolicach 9 m. Syn zaczął chodzić. Nic nie było tak ważne, jak ten wielki krok milowy. Zatem mądrzejsza o wcześniejsze doświadczenia podążałam za jego zainteresowaniem. Zmniejszyłam ilość sesji, karty były rozwieszone na schodach, szafach, oknach- wszędzie gdzie się dało. Biegaliśmy od karty do karty, wypadały one z szafy, zmywarki, lodówki i innych dziwnych miejsc. Wymyślałam zabawy ruchowe z kartami, pokazywałam przy karmieniu piersią,matematykę nagrywałam na dyktafon. Karty odeszły chwilowo na bok, ale w zamian za to, robiliśmy inne ćwiczenia- słuch absolutny, bity muzyczne ( rozpoznawanie utworów klasycznych, różnych typów muzyki, zwierząt, pojazdów), robiliśmy memo słuchowe ze starych pojemników na klisze. Zainwestowałam czas w bity dotykowe, w bity smakowe i zapachowe. Przerobiliśmy w tym okresie ponad 70 przypraw. Te wszystkie zabawy kontynuujemy do dziś, ale już mniej intensywniej.

Przeczekałam ten okres, który trwał około 2- 3 m. Kiedy nauczył się już chodzić stabilnie i nie było to już dla niego wyzwaniem, stopniowo zaczęłam wracać do zwiększania naszych zgromadzonych zapasów. A zrobiłam ich wtedy całkiem pokaźną ilość… Jasne, że to nie był ostatni kryzys. Obecnie mój Syn ma 20m i do tego momentu, były jeszcze inne. Ostatni dotyczył czytania. Trzeba było zmienić technikę. Zamiast samych słów, musiałam pokazać słowa plus obrazek. Od 2 tygodni znowu pokazuje same słowa bez obrazków. Jak widać, to ciągle się zmienia. Po kilku dobrych miesiącach wróciło wszystko do normy. Jak sobie radziłam? Jednym ze sposobów było pisanie słów z piosenek, znanych wierszy, słów, które zaczynał mówić….

Domanująca mama wraca do pracy

Potem powstał jeszcze jeden problem. Chociaż kocham swoje dziecko najbardziej na świecie, zdecydowałam, że wrócę do pracy. Była to dla mnie ciężka decyzja… rozważałam za i przeciw… Nie będę się tłumaczyć dlaczego, bo powodów takiej decyzji może być tysiące, a ja uwielbiam to co robię. Kiedy szczęśliwa jestem ja, szczęśliwe jest moje dziecko. Mogę wybierać sobie godziny pracy, dlatego pracuje głównie późnym popołudniem oraz wieczorami.

W tym momencie, nad synem czuwa mąż, który zaczął się angażować w pracę i naszą zabawę z dzieckiem. Przez pierwsze tygodnie miałam wyrzuty sumienia… ale któregoś wieczoru napisałam na kartce nad czym aktualnie pracujemy z synem. Okazało się, że nie zmieniło się dla niego zupełnie nic. A nie…. Jednak coś się zmieniło… Dziecko miało dwóch rodziców, nie tylko mamę.

Robimy czytanie globalne w języku polskim, angielskim, chińskim i niebawem w języku hiszpańskim. Czytamy dużo książek w tych językach (oprócz chińskiego – tego języka nie znam) codziennie przerabiamy matematykę na kropkach… wszystko co tylko przyjdzie nam do głowy, bo już dawno propozycje WE i programu Domana wykorzystaliśmy. Robimy codziennie mówione zadania tekstowe. Codziennie gramy na instrumentach i słuchamy około 1,5 godz muzyki, którą łącze z bitami inteligencji. Robimy bity słuchowe o wszystkim czym się da, nawet o matematyce, nagrywając zadania. Nadal codziennie przerabiamy bity zapachowe. Wąchamy owoce, warzywa, przyprawy, oleje itd. Smakujemy z zamkniętymi oczami. Wkładamy przedmioty do worków i odgadujemy co jest w środku. Staram się by wszystkie te aktywności i nasze sesje były zakończone do około godz. 13-14.00. Jeśli czegoś nie zrobimy, a zdarza się to często – trudno !! Nie pierwszy i ostatni raz.

Popołudnia spędzamy na wyjazdach, zajęciach zorganizowanych, codziennych długich spacerach i maksymalnie możliwej aktywności fizycznej. I najważniejsze… spędzamy czas na normalnym życiu. Sprzątaniu, gotowaniu, zakupach, wygłupianiu się, malowaniu palcami po dopiero co umytym oknie (hehe), przytulaniu naszych domowych zwierząt, odwiedzaniu naszych bliskich… po prostu na normalnym życiu. W Metodę Domana łatwo się wkręcić, zafiksować na kartach. Nie o to chodzi… Doman to podejście do wszystkiego, a nie same karty. Ja odnoszę wrażenie, że im mniej rodzicowi zależy, tym rezultaty są lepsze.

Metoda Domana to też otwartość na inne metody i brak czekania na rezultaty (one po prostu przyjdą)

Nie widzę też nic złego w inspirowaniu się innymi metodami. Z każdej z nich zabraliśmy coś dla siebie. Żadnej nie robimy od A do Z. Wychodzę założenia, że dziecko mi dokładnie powie, co mu potrzebne i co go interesuje. Trzeba tylko wyzbyć się myślenia, że konieczne jest zrobienie całego programu, by widzieć efekty. Skoro mówimy o efektach jak sami widzicie pracując też da się z dzieckiem robić dużo. Trzeba tylko trochę dyscypliny w wykonywaniu materiałów. Reszta przyjdzie sama… Przez 20 m życia mojego dziecka, codziennie czekałam na jakieś przebłyski. Pytałam go o różne rzeczy… hmmm zawsze odpowiedź była przeciwna do prawidłowej. Ale pojawiło się kilka fajnych po pierwszym roku życia. W momencie, kiedy właściwie przestałam pytać i przestało mi zależeć, aż tak bardzo na tym kiedy to się stanie. Od czasu do czasu pojawiły się przebłyski w czytaniu, które dały mi pewność, że załapał zasadę. A dziś właśnie doczekałam się przeczytania 2 pierwszych słów na głos. Radość była ogromna.

Kiedyś wyjechaliśmy na rodzinny piknik. Moja teściowa przygotowała swoją słynną zupę azjatycką. Syn miał około 14 m, jak jedząc tą zupę nagle powiedział „ kur…”. Ja zamarłam, bo powtórzył to klika razy. Zresztą nie będę cukrować. Moje dziecko podsłuchało właśnie to owe słowo, które macie teraz na myśli. Czasem takiego epitetu użyje, ku mojemu niezadowoleniu. Ale tym razem było inaczej. Odezwało się pół rodziny. „O jej! Takie brzydkie słowo, nie wolno mówić! Nu nu !” Na co mój bobas odpowiedział „kur….umaa.” Zajęło mi to chwilę, by załapać o co właściwie chodzi. I gdyby nie to, że uparcie to powtarzał, nie domyśliła bym się…. Nagle mnie olśniło. Moje dziecko woła „kurkuma” ! Zaraz spróbowałam zupy raz jeszcze… tak była w niej kurkuma 😀 Zapytałam go, czy mówi kurkuma i usłyszałam słodkie „ taaa” i jadł dalej w spokoju.

Po prezentacji bitów inteligencji o sławnych fizykach i matematykach odwiedziliśmy naszych znajomych. Tv włączone 24 godz na dobę. Zatem, będąc w gości musiałam się do tego dostosować. Moje dziecko znika na 30 sekund i wraca z językiem na zewnątrz pokazując w ekran. Był to program w którym wspomniany był Albert Einstein, tylko i wyłącznie ze słowa, nie był widoczny jego wizerunek.

Pojawiło się też kilka fajnych sytuacji z matematyki… a od pewnego czasu… może 1 m Syn chce odpowiadać na wszystko. Ma jakąś dziwną potrzebę sprawdzenia się… Wiem, że każde dziecko jest inne, ale wszystkie te przygody i kilka innych, których już nie będę opisywać, utwierdziły mnie, że ma TO sens. Metoda Domana ma sens. Nie ważne czy jesteś matką pracującą, czy masz komfort całego dnia. Jeśli z dzieckiem pracujesz, przez zabawę, te rezultaty przyjdą. U jednych szybciej, u innych wolniej. Ale będą !!

Kilka słów na koniec

Aga bardzo fajnie to ubrała w słowa, że potrzeba nie (wiele) aby były efekty. Rzeczywiście tak jest. Nie trzeba wiele czasu poświęcać na edukację dziecka, bo dla niego wszystko jest edukacyjne, ale trzeba spędzić z nim wiele czasu i trzeba wiele wysiłku, żeby się otworzyć na to, co tak naprawdę Glenn Doman chciał nam przekazać. Tu nie chodzi tylko o karty jak myślą co niektórzy. To złe wyobrażenie metody Domana. Tych z Was, którzy coś tam na temat metody kojarzą, ale niekoniecznie całość polecam 2 artykuły ogólne o metodzie: jeden u mnie, drugi na blogu Domanka (oba znajdziecie w linkach poniżej).

Potwierdzam to co Aga wspomniała o pełzaniu. Można to nadrobić. Zresztą jeśli nie oglądaliście jeszcze webminarów z Jordan z Doman International- zapraszam do obejrzenia, czy też wysłuchania. To dzięki niej wiem, że jeśli dziecko ominęło etap pełzania można do tego wrócić np. jak skończy 4-5 lat. Jeśli uznamy, że pomimo braku tego etapu nasz maluch dobrze się rozwija, możemy z tym poczekać do czasu aż pojawią się problemy, a mogą się one pojawić nawet w wieku nastoletnim jak wynika z relacji siostry Agnieszki, którą znajdziecie w podlinkowanym niżej wywiadzie. Wiadomo…wdrożenie programu pełzania w późniejszym wieku w zależności od dziecka może nie być łatwe. Natomiast ważne jest, że ten etap przejdzie. Piszę to, bo spotkałam się też na jednym z polskich blogów ze straszeniem sugerującym, że jak dziecko nie pełzało i nie raczkowało x metrów dziennie w danym wieku to wszystko jest stracone. Wcale nie!

Jeśli od samego początku jesteśmy świadomi tego jak bardzo ten etap jest ważny dla rozwoju neurologicznego dziecka, pewnie uda nam się zadbać o to, żeby maluch pełzał w okresie, kiedy to dla niego jest najłatwiejsze i kiedy potrzebuje najkrótszego dystansu dziennego, żeby osiągnąć dojrzałość neurologiczną (starsze dziecko będzie potrzebowało pełzać o wiele więcej). Dziecko, któremu od początku nic nie zaburzyło rozwoju neurologicznego będzie pełzać, jeśli tylko zapewnimy mu odpowiednie warunki: przede wszystkim czas na brzuchu, na podłodze oraz odpowiedni ubiór. W przypadku problemów radzę wzorem Agi szukać dobrego fizjoterapeuty. W przypadku dużych problemów polecam Doman International.

U nas okres miodowy trwał kilka miesięcy. Ciekawe co by było, gdyby po 2-3 dniach już był kryzys. Podziwiam Agę, że z tego wybrnęła oraz wszystkich rodziców, którzy domanują malucha, który dopiero co opanował trudną sztukę chodzenia. Jeśli idziemy do przodu to znaczy, że potrafimy się do dziecka dostosować…zmienić metodę…zmienić ilość powtórek…zrobić małą przerwę od kart na coś innego, bo domanowanie to nie tylko karty.

Potwierdzam to czym Aga się dzieli, aby nie czekać na efekty. Ja już siebie mogę określić jako zbieracza różnych przebłysków Mai, ale to nie tak, że jakoś na to czekam. W żadnym wypadku! Przyznaję, że swego czasu było oczekiwanie…okres zniecierpliwienia…taka już chyba nasza natura…ale w końcu postanowiłam po prostu przestać o tym myśleć i sprawdzać cokolwiek. Od nagrań związanych z czytaniem, gdy Maja miała 2,5 roku, z których nie byłam zadowolona przez to, że to było takie zaplanowane i zaaranżowane (zresztą przeczytacie na ten temat w odpowiednim artykule) przestałam oczekiwać „pokazu” umiejętności czytania. Od tego czasu po prostu robiłam z nią różności i to ona nagle, niespodziewanie mi różności pokazywała. Sto razy wolę gdy mi Maja pokaże coś spontanicznie niż jak wybiera właściwe, chociaż planowo rozłożone karty dokładnie wtedy kiedy ją proszę na potrzeby nagrania. Co to to nie!

Na koniec wam zdradzę, że ja nie jestem taka tolerancyjna jak Aga. Odwiedzając rodzinę proszę o wyłączenie telewizora oraz o brak słodyczy. Jedynie przed imprezą na 30-tkę mojej siostry wiedziałam, że nie będzie problemu, bo chociażby tort był bezcukrowy, przy okazji też bezglutenowy i bez czegoś tam, bo to jakoś idzie w pakiecie z brakiem cukru nie wiedzieć czemu. Spotykając się ze znajomymi mam tak samo. Oczywiście jeśli jest ze mną Maja,chociaż w sumie wiem, że nawet jak jestem sama to starają się przygotować coś, co będę mogła zjeść, bo to nie tak, że jak nie ma Mai to jem syf.

Generalnie ze znajomymi i z innymi mamami, które w jakiś sposób rozwijają swoje dzieci jest łatwiej. Do tego stopnia łatwiej, że o wyłączenie telewizora nigdy nie musiałam nawet prosić, bo po prostu tego problemu nie ma. Jak ktoś mnie zna to już wie, czego ma się spodziewać. Przed pierwszym spotkaniem z nową osobą proszę o brak słodyczy i nikt problemu nie robi. Czasem mnie jakaś mama zaskoczy prosząc o to pierwsza, bo jednak świadomi rodzice to podobni rodzice.

A co do telewizora, to mi przeszkadzał od zawsze, nie tylko ze względu na Maję. Uważam, że jak do kogoś idę w gości to po to, aby z nim porozmawiać. Przede wszystkim kontakt i rozmowa. Pamiętam imprezy, na których po pewnym czasie wszyscy bezmyślnie gapili się w ekran, bo ktoś zaczął różne filmiki na YouTube puszczać. Dla mnie w tym momencie koniec imprezy i mega nuda. Nawet jak jest ktoś z kim można rozmawiać, frustrujące jest to, że trzeba przekrzykiwać dźwięk na ekranie. Z czasem, co nieco denerwowało mojego męża wykręcałam się ze spotkań z osobami, u których wiedziałam, że zamiast jakiejś interakcji towarzyskiej będzie gapienie się w monitor. To jeszcze z czasów zanim pojawiła się Maja.

Ja uwielbiam rozmawiać, dzielić się doświadczeniami, nawet obgadywać innych (a co tam…ludzka rzecz :P), wyjść gdzieś, podróżować. Zamknięta w domu jednocześnie z innymi ludźmi oraz z migającym ekranem mam dość. Sama korzystam z komputera, kiedy jestem sama. Czasem oglądniemy jakiś serial, czy film z mężem jak Maja jest u dziadków albo śpi. Jak kogoś odwiedzam to po to, żeby rozmawiać, spędzić fajnie czas, a to nie jest fajne jak wszyscy się gapią w ekran albo jak trzeba dźwięk przekrzyczeć, żeby coś powiedzieć. Uwielbiam playdates, czyli spotkania, które mamy z dziećmi. Tylko zabawa, pogaduchy przez całe godziny i czego można chcieć więcej. Może mam w sobie coś z dziecka. Z czasem w sumie głównie pogaduchy, bo dzieci zaczynają się bawić zupełnie bez naszego udziału.

Nawet w święta nie ma tyle godzin tylko na pogaduchy gdy pojadę gdzieś do rodziny. Część rodziny, którą wtedy odwiedzam (w drugiej części jest ktoś kto goni Maję z jedzeniem, co prawda zdrowym, ale to jednak gonienie, więc unikam) po wspólnym jedzeniu często właśnie włącza telewizor. Wszyscy się rozchodzą po mieszkaniu, ktoś tam uruchamia komputer, a mi się zaczyna mega nudzić i najchętniej pojechałabym do domu. Może to dla niektórych źle zabrzmi, ale wolałabym playdate zamiast takich świąt. W dzień Wigilii lubię przyjechać na rodzinny obiad wcześniej i jest fajnie, gdy czekamy jeszcze na tych, co jeszcze mają dojechać. Wtedy można spokojnie porozmawiać, pobyć ze sobą. Potem już nie będzie okazji.

Polecam zaglądnąć też tutaj:

Wywiad z siostrą Agnieszki- mamy 5 dzieci

Pierwszy webminar z Jordan z Doman International

Kolejna sesja pytań i odpowiedzi na rodziców z Jordan z Doman International

O metodzie Domana, czyli o tym jak wspierać całościowy rozwój dziecka

Metoda Domana – artykuł na blogu Domanka

Dwulatka czyta- artykuł po konsultacjach z Bożeną Bejnar-Sławow

Uważasz artykuł za przydatny? Podziel się z innymi. Jeśli masz jakieś pytania napisz w komentarzu.

Będzie mi  bardzo miło, jeśli zostawisz komentarz i podzielisz się swoim doświadczeniem i przemyśleniami.

Jeśli chcecie być na bieżąco zapraszam do śledzenia fanpage na Facebook’u: Wszechstronne wspieranie rozwoju dziecka, na Instagram @teachyourbaby.pl, na którym wrzucam różności „od kuchni” oraz do subskrypcji (okienko na stronie głównej bloga i kanał RSS). Jest też możliwość zapisu na newsletter. W momencie jak będę mieć 100 zapisów na newsletter będę na bieżąco się dzielić informacjami dotyczącymi wczesnej edukacji zanim pojawią się na blogu w tematyce prawopółkulowości, czyli metody Domana, metody Shichidy i metody Heguru oraz dwujęzyczności i nauki języków.

Zapraszam też do grupy dla rodziców wplatających metodę Domana w wychowaniu swoich dzieci, sama ją założyłam na Facebook’u: Metoda Domana i nie tylko- grupa wymiany doświadczeń dla rodziców. Dołączając do grupy możecie liczyć na sporą dawkę motywacji, na naprawdę ciekawą wymianę doświadczeń oraz na pomoc w nurtujących Was kwestiach.

3 odpowiedzi do “Jakich błędów nie popełniać wychowując dziecko z metodą Domana – relacja mamy wymagającego chłopczyka (wersja audio)”

  1. OK. Wszytko fajnie opisane i w ogole kryzysy wiadomo każde dziecko ma .. ale niech mi ktoś wytłumaczy jak ogarnąć do godziny 13- 14 parę sesji matematyki, czytania w 3 językach, bity inteligencji oraz bity zapachowe ?? 😅😅😅

    1. Parę sesji raczej, że się da. A więcej…hmm..:P Trzeba być szalonym. Ja swego czasu miałam bodajże 18 sesji od rana do godziny 12 – z niemowlakiem…skończyło się 😀 Teraz pełen luz z drugą córeczką…rano też najwięcej ale nie aż tyle. Z młodszą nic totalnie nie robiłam w domu itp. tylko sesja…15 min przerwy…sesja…itp. Teraz wiem, że najlepiej się trzymać od harmonogramów z daleka 😀 Teraz mam parę sesji czytania po angielsku, po włosku i jak jest mąż po polsku też…matematykę oczywiście…bez problemu dodałabym zestaw bitów inteligencji czy zapachowych, gdyby mój maluch był na ich etapie (na razie ma 4,5 mca).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *