Wspieranie dwujęzyczności zamierzonej z Międzynarodowym Programem Powszechnej Dwujęzyczności „Dwujęzyczne Dzieci”/ „Bilingual Future”(artykuł z wersją audio)

Jak się zaczęła nasza przygoda z Międzynarodowym Programem Powszechnej Dwujęzyczności „Dwujęzyczne Dzieci”/ „Bilingual Future”

Jak wiecie ze strony o mnie, czy też z krótkiego bio, które pojawia się pod każdym artykułem, czy też na stronie głównej jestem nauczycielem języka angielskiego. Stąd też na pewno o wiele łatwiej jest mi wychowywać córkę w dwujęzyczności zamierzonej z językiem angielskim, jako takim niemalże na równi z językiem polskim. Moim marzeniem jednak jest, aby było więcej dwujęzycznych dzieci i aby rodzice, nawet jeśli nie są anglistami wspierali wczesną naukę języka. Jako nauczyciel z zawodu staram się myśleć nieco poza systemem odkąd poznałam metodę Domana i uważam, że to rodzice powinni być pierwszymi nauczycielami dziecka.  Może ten artykuł uświadomi niektórym to, że jeśli chcemy rozwijać dziecko nie powinno być wymówek typu: nie znam angielskiego, słabo mówię, robię błędy. Może już jesteście po lekturze artykułu na blogu Moje Dwujęzyczne Dziecko o tym, że można nauczyć dziecko języka, nie znając go, ucząc się razem z nim. Jeśli nie, zerknijcie do linków pod tym artykułem.

Przyznaję, że wcześniej moje podejście było nieco inne i szłam na zajęcia języka angielskiego w przedszkolu i zerówce trochę jak na przetrwanie. To była zupełnie nie moja działka. Zdecydowanie wolałam uczyć starsze klasy, chociaż los sprawił, że trafiły mi się też młodsze dzieci. Dzięki mojej córeczce do której mówię w 90% w języku angielskim (może 10 % to język włoski) w momencie powrotu do pracy po urlopach macierzyńskim i rodzicielskim w grupach maluchów i starszaków w przedszkolu przeszłam od razu do prowadzenia zajęć w 100% w języku angielskim. Odkąd pojawiła się moja Maja jakoś tak mam, że na widok dzieci oraz, co mi się wydaje dziwne, zwierząt, automatycznie ciśnie mi się na usta angielski, nie polski, chociaż to przecież język, którym mówię od urodzenia.

Okazało się, że o wiele fajniej prowadzi się zajęcia, że nie potrzebuję naklejek i pieczątek, którymi kiedyś nagradzałam maluchy na koniec każdych zajęć. Teraz owszem, korzystam z nich, ale raczej w sposób nagły, taki, że maluchy się nie spodziewają, kiedy coś dostaną lub nie. Kiedyś to było wiadome, że na końcu zajęć grzeczni dostaną np. kolorową pieczątkę, niegrzeczni czarną. Z czasem doszłam do wniosku, że to słabo funkcjonuje, bo dzieci, którym zależało robiły coś za coś i przed każdymi zajęciami pytały, czy będą pieczątki, chociaż to było oczywiste, że będą.

W obecnym roku szkolnym, grupa starszaków rozpoczęła „zerówkę” i trafiłam na nowy problem. O ile do tej pory uczyłam zupełnie bezpodręcznikowo i bez żadnej konkretnej obudowy metodycznej, raczej na pewno nieco chaotycznie, korzystając z tego, co miałam pod ręką w Internecie, teraz przestało się to sprawdzać. Moja zerówka znała już chociażby kolory, czy liczby do 20, rozumiała i reagowała na wiele poleceń i jeszcze długo by wymieniać. Materiały dostępne online, zwykle na YouTube przestały być dla nich atrakcyjne, chociaż kombinowałam z różnościami. Zresztą dla części dzieci to nigdy nie była nowość, bo w domu oglądały i te dzieci już czasem wykazywały znudzenie wcześniej, ale działałam na tym, co znalazłam z braku innej opcji i z myślą, że wszystkim nigdy nie dogodzę. Potrzebowałam czegoś zupełnie nowego.

Odpowiedzią okazało się zakupienie przez szkołę pakietu Tom and Keri A Plus. Na szczęście udało mi się przekonać dyrektora i zakupić program ze środków z programu Erasmus +, którego jestem koordynatorem. Pomijając to, że z punktu widzenia nauczyciela gotowe materiały znacznie skróciły mi czas przygotowania się do zajęć, to jest coś nowego i przede wszystkim zorganizowanego i dopasowanego do wieku dzieci. Takiej przemyślanej obudowy metodycznej potrzebowałam i ja i dzieciaki. Teraz zastanawiam się nad wprowadzeniem pakietu Baby Beetles w grupach przedszkolnych. W zerówce mamy razem jedynie 30 minut, w młodszych grupach jedynie 15 minut dwa razy w tygodniu co pewnie jest standardem w publicznych szkołach na tym etapie edukacji. Będę szczera, że bez codziennego kontaktu z angielskim, nie da się rozwinąć dwujęzyczności i naturalności w używaniu języka.

Międzynarodowy Program Powszechnej Dwujęzyczności Dwujęzyczne Dzieci oznacza, że uczniowie będą też wspierani przez wychowawczynię, która dostała propozycje zabaw i scenariusze w języku polskim. Jak przystało na roztargnioną i zabieganą mamę, która robi milion rzeczy na raz, dopiero niedawno dotarło do mnie, że ją też powinnam zaangażować. W końcu z jakiegoś powodu dostałam dwa rodzaje scenariuszy. Tutaj dojdzie ok. 10-20 minut dziennie w formie zabawy, możliwe, że mieszanej z językiem polskim. Jeśli rodzic zakupił pakiet do domu, a założenie jest takie, że dobrze by było gdyby to zrobił, dziecko ma też kontakt z językiem w domu. Zatem wsparcie językowe dziecka przez nauczyciela języka angielskiego, wychowawcę grupy oraz rodziców powinno przynieść oczekiwane efekty. Ja bym tutaj podkreśliła, że chodzi przede wszystkim o rodzica. Wierzę bowiem, że sam zaangażowany we wczesną edukację językową rodzic jest w stanie osiągnąć o wiele więcej niż anglista w przedszkolu, nawet jeśli ten rodzic nie zna języka angielskiego.

Teraz sobie policzcie, że w sumie tego kontaktu może wyjść nawet godzina i więcej dziennie. Wtakiej sytuacji możemy już mówić o niezwykle efektywnej nauce języka obcego w bardzo wrażliwym językowo okresie dla dziecka. Jeśli macie wątpliwości, że taka ilość zadziała, gdzie tylko minimum jest z anglistą, a reszta z rodzicem i nauczycielem edukacji wczesnoszkolnej, którzy może, ale nie musi znać język angielski, przeczytajcie artykuł o tym jak uczyć języka, kiedy nie jesteśmy biegli (link pod niniejszym artykułem). U nas maksymalnie 30 minut języka włoskiego i to nie w każdy dzień działa cuda. Tak naprawdę obeszłoby się bez anglisty, bo program jest tak skonstruowany, że może go wprowadzać nauczyciel nie znający języka angielskiego, co przekłada się na to, że niezależnie od szkoły może go wprowadzać również rodzic nie znający angielskiego lub nie do końca zadowolony ze swojej biegłości językowej.

O sytuacji językowej w Polsce

Niestety przykrym faktem jest, że większość uczniów po ukończeniu szkoły podstawowej, czy też wygaszanego na chwilę obecną gimnazjum nie potrafi się komunikować w języku angielskim. Jest to wynikiem nieudolnego systemu, który ogranicza nauczycieli, chociaż czasem mam wrażenie, że niektórym ułatwia pracę. Ja tak tego nie widziałam, ale ktoś mnie ostatnio uświadomił, że najmniej czasochłonne przygotowanie lekcji to kserówka z ilomaś zdaniami z lukami np. na czas Present Continuous, a następnie na kolejnej lekcji kartkówka oceniająca przyswojoną wiedzę, a raczej zrozumienie reguł gramatycznych. Prawda jest taka, że część uczniów, z nielicznej grupy tych, którzy potrafią się komunikować w języku angielskim dostanie słabą ocenę, a ambitny uczeń, który nauczył się tej formy gramatycznej może dostać dobrą ocenę nawet jeśli nie rozumie zdań, które wypełnił. Taki mamy paradoks.

Niby są zalecenia, żeby językiem komunikacji na lekcjach języka angielskiego był język angielski, ale z tego co widzę, nie wszyscy angliści to zalecenie realizują. Z drugiej strony forma egzaminu, chociażby na koniec szkoły podstawowej narzuca nam korzystanie z nieskutecznej i przestarzałej metody gramatyczno-tłumaczeniowej. Nie jest ważne, że moi uczniowie będą umieli mówić. Jako nauczyciel będę oceniana za ich wyniki na egzaminie na którym, uogólniając, bo nie chcę tutaj wymieniać wszystkich zadań tylko te najbardziej absurdalne będą musieli wybrać właściwą odpowiedź z opcji A, B, C, przetłumaczyć fragmenty zdań w języku polskim na język angielski oraz uzupełnić polski tekst z lukami słowami w języku języku polskim na podstawie tekstu w języku angielskim. Niezmiernie mnie dziwi ilość polskiego na egzaminie mającego sprawdzać umiejętności językowe w języku angielskim.

Taka forma egzaminu nawet na mnie wymusiła rezygnację z pewnych stałych u mnie elementów lekcji na rzecz „wałkowania” testów. Zrobiłam to dopiero z ósmoklasistami. Natomiast wiem, że niektórzy nauczyciele zaczynają dużo wcześniej, nawet od 4 klasy uczyć pod egzamin kładąc ogromny nacisk na gramatykę przez co język polski staje się językiem przez który uczymy języka angielskiego. Tak nie powinno być, ale na dzień dzisiejszy jako nauczyciele na II i wyższych etapach edukacyjnych czasem nie mamy wyjścia.

Ja łamiąc trochę system i wprowadzając uczniom czas na konwersacje wiem, że jestem jednym z wyjątków i że inni przede mną tak nie robili. Po pierwsze gdy wróciłam po urlopach macierzyńskim i rodzicielskim do pracy, słyszałam nawet zarzuty od niektórych uczniów, że „my przecież podręcznika nie skończymy, bo tak wolno idziemy.” A przecież w nauce angielskiego nie chodzi przecież o mechaniczne robienie jednego zadania po drugim, ale tak byli przyzwyczajeni. Z drugiej strony część konwersacyjna lekcji jest odbierana jako zabawa i czas nic nie robienia. Dzieciaki nie zdają sobie sprawy z tego, że ta część lekcji jest najważniejsza.

Jak czytamy w artykule „Schyłek ery obcości. Powszechna dwujęzyczność z językiem angielskim.” autorstwa pana Waldemara Miksa-ogólnopolskiego koordynatora Międzynarodowego Programu Powszechnej Dwujęzyczności „Dwujęzyczne Dzieci,” który w cytowanym fragmencie odnosi się właśnie do metody gramatyczno-tłumaczeniowej i uczenia języka angielskiego poprzez język polski:

„Tego typu nauka nie była nadzwyczaj efektywna, szczególnie jeśli chodzi o komunikację, ale za to na przykład doskonale wpisywała się w masowe modele ewaluacyjne. Wystarczyło zatem zrobić test z gramatyki, żeby móc wypełnić taką czy inną tabelkę sprawozdawczą. I efekty są: między innymi narodziło się pojęcie „perfekcyjnie milczącej znajomości języka”, czyli prawie doskonałego rozwinięcia wszystkich możliwych kompetencji, z wyjątkiem umiejętności używania go w bezpośredniej komunikacji.

W rezultacie wieloletni szkolny tok edukacyjny poświęcony na przykład językowi angielskiemu musiał dawać materiał do refleksji nad sensem tego typu nauki, kiedy to zjawiwszy się w anglojęzycznym kraju trzeba było skonstatować, że niewiele –o ile cokolwiek – się rozumie… Gdy tych wyjazdów było relatywnie niewiele, problem dało się zamieść pod dywan, ale kiedy w latach 90. otworzyły się możliwości wyjazdów, sytuacja musiała się zacząć stopniowo zmieniać.”

To się zmienia- owszem, ale jeszcze nie wszyscy mają świadomość tego, że trzeba wcześnie zacząć i że wiek do 6 roku życia jest najbardziej wrażliwy, jeśli chodzi o naukę języka obcego. Zmiana musi iść od najmłodszych pokoleń, bo to w przedszkolach i oddziałach zerowych nas nic nie ogranicza, żadne egzaminy, żadne masowe ewaluacje. A najmniej ograniczeń mają sami rodzice. Mogą działać w domu niezależnie od tego, czy ich dziecko uczęszcza do placówki edukacyjnej czy nie. Liczę na to, że jeśli rodzice i nauczyciele od najmłodszych lat będą kładli nacisk na rozwój sprawności językowych to zmieni się również system szkolny na dalszych etapach edukacji. Jako nauczyciel języka angielskiego zmieniłabym formę egzaminu końcowego, jeśli takowy w ogóle musi być, wyrzucając z niego wszystkie elementy w języku polskim i wprowadzając część ustną.

Kiedy zacząć naukę języka obcego

Według wspomnianego wcześniej pana Waldemara Miksa najlepszym momentem do rozpoczęcia wprowadzania języka obcego jest pojawienie się dziecka na świecie. Okres żłobkowo-przedszkolny to ostatni dzwonek, żeby naturalnie wprowadzić dziecku język obcy. Wiadomo, że na tym etapie edukacji, jeśli wkracza anglista, to zazwyczaj na 15 minut dwa razy w tygodniu, co tak naprawdę niewiele daje. Rodzice- zarówno ci, którzy znają język angielski, jak i ci którzy go nie znają potrzebują wiedzy i narzędzi pozwalających im tą dwujęzyczność wprowadzać. Podobnie jest z nauczycielami w żłobkach i przedszkolach, którzy często tego języka nie znają. Maluchy widząc, że nie tylko ta pojawiająca i znikająca się nagle pani, bo tak to pewnie w ich oczach wygląda, posługuje się językiem angielskim, będą bardziej chętne do komunikacji w tym języku.

Czym jest Międzynarodowy Program Powszechnej Dwujęzyczności oraz kim jest jego autorka

Międzynarodowy Program Powszechnej Dwujęzyczności „Dwujęzyczne Dzieci” / Bilingual Future to wykreowany świat bohaterów, piosenek, filmów animowanych oraz przygotowanych na ich podstawie zabaw łączących przyswajanie języka, umuzykalnianie oraz tak ważny dla dzieci ruch, zarówno indywidualnych, jak i grupowych, w którym przemycono metodę naturalnego przyswajania języka obcego we wczesnym dzieciństwie równolegle do języka obcego. Autorką kursu jest światowej sławy lingwistka – Claire Selby, które od kilkunastu lat tworzy materiały do nauki języka angielskiego dla najmłodszych. Warto dodać, że współpracuje ona z największymi wydawnictwami, takimi jak Cambridge University Press, Oxford University Press oraz Foreign Language and Research Press (Chiny). Pracuje również jako doradca BBC Worldwide w zakresie dziecięcej edukacji językowej. Na przestrzeni lat w rezultacie długoletnich badań wypracowała unikalną metodę nauczania Spiral Language System (SPIRAL = Sounds, Pictures, Interest, Repetition, Actions, Links). Wykorzystuje w niej naturalne dla wieku właściwości i mechanizmy przyswajania wiedzy i rozwijania umiejętności. Nauka tym systemem gwarantuje znakomite rezultaty gdyż pozwala poznawać język poprzez zabawę w sposób możliwie najbardziej efektywny.

To właśnie ona stworzyła metodycznie zaplanowane serie edukacyjne przeznaczone dla dzieci od urodzenia do szóstego roku życia:

1.„Baby Beetles” (wiek 0-4)

2. „Tom and Keri” (wiek 4-6)

Obie serie wprowadzają rozpoznawane i rozumiane w kontekście słowa i zwroty w formie spirali językowej. Cały materiał jest dostosowany do typowych dla dziecka w danym wieku możliwości i zainteresowań.  Dzięki temu język angielski nigdy nie staje się dla dziecka językiem obcym.

Warto podkreślić to, o czym już wcześniej wspominałam, że Program skonstruowany jest tak, że zarówno rodzice w domu, jak i opiekunowie w żłobku/ przedszkolu, w początkowym etapie nauczania nie muszą znać angielskiego, żeby pomóc dzieciom w codziennych zajęciach. Dodatkową zaletą jest to, że nie znający angielskiego opiekunowie dzieci mogą się uczyć razem z nimi.  Obie serie edukacyjne występują w dwóch wersjach:

– wersja Standard: dla nie znających angielskiego opiekunów dzieci

– wersja Plus napisana w całości w języku angielskim i wykorzystująca pacynki do pracy na zasadzie OPOL. Dodam tutaj, że w tym wypadku OPOL oznacza one place one language, czyli jedno miejsce jeden język lub one person one language, czyli jedna osoba jeden język, a jak wiecie z mojego opisu strategii językowej, jaką stosuję z moją córeczką u nas jest jedna osoba, jeden język.

Dodatkowo do obu serii została stworzona wersja Expert ze storybookami w wersji online i prawdopodobnie na to się skuszę, jeśli chodzi o moją Maję – obecnie mola książkowego. Jak wyglądają materiały do tego poziomu możecie zobaczyć klikając w nazwy serii poniżej:

Storybook Baby Beetles 

Storybook Tom and Keri 

Ogromne brawa dla autorów programu, którzy pomyśleli też o wersji dla dzieci z dysfunkcjami, którą znajdziecie tutaj. Jeśli jednak czytają to rodzice dzieci z dysfunkcjami, jako, że jestem świeżo po szkoleniu z panią Bożeną Bejnar-Sławow, chciałabym dać wam nadzieję i napiszę, że z wielu dysfunkcji da się dzieci wyprowadzić, tylko trzeba wiedzieć jak. I tutaj pani Bożena jest prawdziwym ekspertem, a holistyczna metoda Domana, dobrze zrozumiana (program intelektualny, czyli to od czego wszyscy zaczynają wcale nie jest najważniejszy) i uzupełniona o jej wiedzę i praktyczne doświadczenie z dziećmi skaleczonymi, jak również przeciętnymi jest kluczem.

O Programie Powszechnej Dwujęzyczności w kontekście rozwoju dziecka 

Podstawowym celem Programu jest codzienne, kontekstowe osłuchiwanie dzieci z językiem angielskim w okresie szczególnej wrażliwości językowej, czyli od urodzenia do 6 roku życia. Niezwykle holistyczna metoda Domana, z której czerpie wiele innych metod potwierdza, że ten okres jest okresem największej wrażliwości jeśli chodzi o naukę i przyswajanie dosłownie czegokolwiek. Zresztą Glenn Doman pisze też o przyswajaniu przez dziecko języków, o czym przeczytamy na przykład w „How to Multiply Your Baby’s Intelligence” („Jak pomnożyć inteligencję małego dziecka”). Według niego dzieci to lingwistyczni geniusze, bo przecież język narodowy w kraju, w którym się urodziły też jest dla nich na samym początku zupełnie obcy. Wiedząc, że maluchy uczą się języka zupełnie bezwysiłkowo i bez tradycyjnej nauki powinniśmy to wykorzystać. Jeśli zaczniemy od urodzenia, w wieku 3 lat a możliwe, że nawet wcześniej nasz maluch zaskoczy was swoją znajomością angielskiego.

Dwujęzyczność zamierzona
Międzynarodowy Program Powszechnej Dwujęzyczności

Prawdą jest, że niewielu dorosłych jest w stanie opanować język obcy z właściwym akcentem. Mój akcent zarówno w języku angielskim, jak i włoskim idealny nie jest. Zresztą możecie mnie czasem usłyszeć w naszych nagraniach. Tutaj odsyłam do sekcji Nagrania Wideo. Glenn Doman daje przykład 30-letniego uczonego, który wyjechał do Włoch z 18-miesięcznym dzieckiem. Po pewnym czasie naukowiec zaczął mówić po włosku z „okropnym amerykańskim akcentem” a dziecko w wieku trzech lat mówiło dokładnie tak jak mówili Włosi w jego otoczeniu. Doman kładzie również nacisk na to, że uczony korzystał ze wskazówek, miał pomoc w nauce, wyjaśnienie i tak dalej, a dziecka nikt nie uczył i odniosło sukces pomimo to. Na pewno ten język przyswoiło w sposób naturalny i nie był dla niego obcy. Dla uczonego w dalszym ciągu to był język obcy, tak jak dla mnie język angielski i włoski to jednak zawsze będą języki obce, chociaż posługuję się nimi na co dzień.

Przykłady Domana jednak sugerują, że aby przyswoić język, trzeba wyjechać do kraju, w którym ludzie w otoczeniu się nim posługują. W czasach Domana nie było takich możliwości jak teraz. Może to była jedyna opcja poza tradycyjną nauką, z którą pewnie najczęściej czekano to czasów szkolnych, bo opierała się w dużej mierze na tłumaczeniu zasad gramatycznych. Teraz mamy Międzynarodowy Program Powszechnej Dwujęzyczności, który dopiero od niedawna funkcjonuje na rynku polskim. Rodzice, świadomi wagi tego, że powinni wziąć wczesną edukację swoich dzieci w swoje ręce, mają teraz narzędzie im to umożliwiające. Co więcej stosowane systematycznie, nawet tylko w domu, niezależnie od zajęć przedszkolnych sprawi, że język angielski nigdy nie stanie się językiem obcym dla dziecka, bo dziecko przyswoi go naturalnie, na tej samej zasadzie jak język polski. Myślę, że Program jest też świetnym rozwiązaniem dla rodzin mających dzieci w edukacji domowej.

Dwujęzyczność zamierzona
Wydawca Międzynarodowego Programu Powszechnej Dwujęzyczności

Korzyści z wprowadzania dwujęzyczności zamierzonej w tak wczesnym wieku

Jako mama dwujęzycznej i rozwijającej się trójjęzycznie Mai widzę niesamowicie wiele korzyści z wczesnego wprowadzenia języka. W idealnej sytuacji rodzice już od urodzenia puszczają maluchom odpowiednie nagrania. To działa, bo sama to zbadałam pisząc pracę licencjacką na temat metody Helen Doron i badając jej skuteczność. Uważam jednak, że Międzynarodowy Program Powszechnej Dwujęzyczności to niezwykle konkurencyjna i ciekawa alternatywa, gdyż działa na dokładnie takich samych zasadach, z których główną jest osłuchanie się z językiem, a jak pisze Doman w książce „How to Multiply Your Baby’s Intelligence” („Jak pomnożyć inteligencję małego dziecka”) dzieci w wieku poniżej 6 lat uczą się poprzez ścieżkę słuchową, czyli de facto poprzez uszy. Dodatkowo jest to o wiele tańsza opcja i przede wszystkim powszechnie dostępna. Sama kiedyś interesowałam się materiałami Helen Doron. Niestety jeśli nie zapiszemy dziecka na zajęcia, te materiały są nie do zdobycia. Pakiety Programu może zakupić każdy rodzic chętny rozwijać językowo swoje dziecko. Według autorów programu poza samą dwujęzycznością, która jest inwestycją tu i teraz w rozwój każdego dziecka oraz w rozwój całej społeczności tworzący fundament dla polskiej gospodarki, ekonomii i polityki społecznej, wczesna edukacja językowa wiąże się z następującymi korzyściami, które zostały wymienione również we wspomnianym przeze mnie wcześniej artykule:

1. Mózg otrzymuje zdrową dawkę treningu, a przy tym wiedzę i umiejętności, które w tym okresie wiekowym utrwalają się szybko i efektywnie. Jak pisze Doman „funkcja określa strukturę,” czyli w tym wypadku kontakt z językiem obcym aktywuje określone obszary w mózgu, które sprawią, że dziecko nie będzie miało problemu np. z wypowiadaniem dźwięków w tym języku, nawet jeśli nie występują w języku polskim.

2. O korzyściach dla intelektu i psychiki dziecka długo można by pisać. Wiadomo, że bilingwizm poprawia koncentrację, wpływa na lepszą podzielność uwagi oraz pamięć (zarówno semantyczną jak i epizodyczną), pogłębia wrażliwość kulturową i społeczną, rozwija zdolności analityczne i empatyczne. Dwujęzyczne dzieci, a później dorośli osiągają lepsze wyniki w nauce, mają większe możliwości adaptacji społecznej i kulturowej. Cechuje ich wyższa pozycja społeczna i materialna oraz – co chyba najważniejsze –lepsze zdrowie. Warto podkreślić, iż dwujęzyczność opóźnia o 5-6 lat skutki chorób Alzheimera i Parkinsona.

Zaznaczę tutaj, że kluczem jest systematyczność i jako nauczyciel znający edukację od podszewki napiszę ponownie, że rodzic nawet jeśli nie zna języka angielskiego idealnie, może nauczyć dziecko o wiele skuteczniej niż anglista, których wchodzi do grupy maluchów dwa razy  w tygodniu na 15 minut. W mojej opinii takie zajęcia niewiele dają, jeśli nie są zaangażowani rodzice. Moja wspomniana wcześniej była grupa starszaków idąc do „zerówki” już miała solidne podstawy angielskiego, tylko dlatego, że z czasem zaczęłam na gazetce online tzw. Padlet udostępniać im to z czego korzystamy. Od razu widziałam zmianę, bo to na pewno było wsparcie rodziców, jeśli dla dzieci na jednych zajęciach piosenka była nowa, a na drugich już ją umiały. Niestety taka grupa to wyjątek. W tym roku również mam takie gazetki w młodszych grupach i widzę, że trafiłam na zupełnie innych rodziców. To odbija się też na efektach. Będę szczera – bez działania rodzica takie wejście na angielski na 15 minut raz na jakiś czas nic nie daje. To według mnie marnowanie pieniędzy podatników. Rodzice, którzy nie wzięli rozwoju językowego w swoje ręce od najmłodszych lat, za kilka lat będą zapewne szukać korepetytorów dla swoich dzieci.

Autorzy Programu również podkreślają wagę współpracy opiekunów i lektorów, jak również rodziców. Gdy w edukację językową włączają się rodzice oraz inni, nawet nie znający języka angielskiego nauczyciele, można osiągnąć o wiele lepsze rezultaty. Kontekstowe obcowanie dzieci z językiem w czasie codziennych zabaw w placówce oraz w domu utrwala materiał tak, że dzieci niemal natychmiast wykorzystują go czynnie w czasie spontanicznych zabaw – po prostu zwyczajnie posługują się nim.

Nasze doświadczenie z korzystaniem z pakietu Tom and Keri i nagrań Baby Beetles

Oczywiście mając dostęp do programu, jako nauczyciel angielskiego w „zerówce” nie omieszkałam z niego skorzystać z moją córeczką. Co prawda ten poziom Tom and Keri A Plus  jest dla niej o wiele za prosty, ale zawsze jest to jakaś nowość i jest zainteresowana. Poza tym zważając na to, że do akcentu nativa w języku angielskim mi daleko, każda możliwość osłuchania jej z tym, jak faktycznie się mówi, jest bezcenna. Jako mama z sukcesem i od dawna „domanująca” swoje dziecko, po prostu muszę odnieść się do zaleceń Domana w ocenie pakietu, z którego korzystamy. Znalazłam też na YouTube niektóre odcinki z niższego poziomu tj. Baby Beetles i od razu pokochała małe żuczki nie patrząc na to, że treść nagrań jest już dla niej zdecydowanie za prosta. Bardzo szybko zapamiętała piosenkę wstępną do różnych odcinków „Tom and Keri.”

Poza ogromnymi korzyściami dla rozwoju dziecka, które wymieniłam wcześniej widzę jeszcze poniższe plusy korzystania z Międzynarodowego Programu Powszechnej Dwujęzyczności:

– możliwość osłuchania dziecka z właściwym akcentem w języku angielskim

– słowa są wypowiadane głośno i wyraźnie, a im niższy poziom tym mamy częstsze powtórki (o tych zaleceniach w związku z rozwojem ścieżki słuchowej dziecka pisał też Glenn Doman we wspomnianej wcześniej przeze mnie książce).

Konkurs Mikołajkowy

Na koniec mam dla was coś wyjątkowego. Pierwszy na moim blogu konkurs. Mój Fanpage na Facebooku ma z dnia na dzień coraz więcej polubień (już prawie 2500), w grupie wsparcia dla rodziców chcących rozwijać swoje dzieci na Facebooku jest już prawie 900 członków. Nadszedł czas na to, abyście się trochę pobawili. Do wygrania będą dwa dostępy do Międzynarodowego Programu Powszechnej Dwujęzyczności:

„Baby Beetles”

„Tom and Keri”

Aby wziąć udział w konkursie wystarczy odpowiedzieć na pytanie konkursowe, które znajdziecie na moim Fanpage oraz polubić i udostępnić. posta konkursowego. Zapraszam też do polubienia strony Dwujęzyczne Dzieci i oczywiście mojego Fanpage, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście. Konkurs trwa od jutra, czyli w dniach 18.11.2018-26.11.2018, a szczegółowy Regulamin znajdziecie tutaj.

Metoda Domana w praktyce
Podcast bloga teachyourbaby

 

Polecam zaglądnąć też tutaj:

Artykuł na blogu Moje Dwujęzyczne Dziecko o tym, że można nauczyć dziecko języka, którego się nie zna

Nasza strategia dwujęzycznego wychowania

Jak nauczyć dziecko języka, w którym nie jesteśmy biegli 

Nagrania Wideo

 

 

Ten artykuł okazał się przydatny? Jeśli tak, udostępnij i podziel się z innymi. A może testowaliście już któryś z pakietów Międzynarodowego Programu Powszechnej Dwujęzyczności i chcecie się podzielić swoją opinią?

Będzie mi  bardzo miło, jeśli zostawisz komentarz i podzielisz się swoim doświadczeniem. Będę też wdzięczna za wszelkie uwagi co do tego, czy nowsze artykuły są czytelniejsze, zwłaszcza, jeśli zgubiłeś się w moim blogowym labiryncie.

Jeśli chcecie być na bieżąco zapraszam do śledzenia fanpage na Facebook’u, na Instagram, na którym wrzucam różności „od kuchni” oraz do subskrypcji (okienko na stronie głównej bloga i kanał RSS). Jest też możliwość zapisu na newsletter (jeśli nie wyskoczyło wam okienko podczas czytania bloga piszcie). W momencie jak będę mieć 100 zapisów na newsletter będę na bieżąco się dzielić informacjami dotyczącymi wczesnej edukacji zanim pojawią się na blogu w tematyce prawopółkulowości, czyli metody Domana, metody Shichidy i metody Heguru oraz dwujęzyczności i nauki języków.

Jako, że nie znalazłam grupy dla rodziców wplatających metodę Domana w wychowaniu swoich dzieci, sama ją założyłam na Facebook’u. Dołączając do grupy możecie liczyć na naprawdę ciekawą wymianę doświadczeń.

Agnieszka Basta

Miłośniczka książek i języków obcych. Z zawodu nauczyciel języka angielskiego. Pasjonatka metod wspierania rozwoju dziecka już od urodzenia. Pomysł na bloga zrodził się z praktycznego doświadczenia z córką. Teoria doszła później. Jeśli chcesz maksymalnie rozwinąć potencjał swojego dziecka jesteś we właściwym miejscu. Mamy ten sam cel. Motywem przewodnim bloga jest metoda Domana oraz dwujęzyczność zamierzona wzbogacone o elementy metody Shichidy oraz metody Heguru. Jeśli chcesz być w stałym kontakcie ze mną zapraszam do zapisu na newsletter i dołączenia do grupy oraz polubienia fanpage na Facebooku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *