Jak wspierać dwujęzyczność, gdy jesteśmy jedynym źródłem danego języka

TY LUB TWÓJ PARTNER JESTEŚCIE JEDYNYM ŹRÓDŁEM JĘZYKA DLA DZIECKA? TEN WPIS JEST DLA CIEBIE

Niniejszy artykuł w przeciwieństwie do tego o najlepszej według mnie strategii wychowania dwujęzycznego, bo sprawdzającej się u mnie i u innych, jest przeznaczony dla wszystkich rodziców chcących wychować dwujęzyczne dziecko i jednocześnie będących jedynym źródłem drugiego języka dziecka. Zapraszam do lektury niezależnie od tego, czy w waszym domu jest dwujęzyczność tzw. zamierzona jak u nas, czy naturalna, bo wynika z uwarunkowań otoczenia i braku innej możliwości. Zapraszam do lektury niezależnie od tego, czy stosujecie OPOL (jeden rodzic, jeden język), czy inne strategie wychowania dwujęzycznego.

JAK WYCHOWAĆ DWUJĘZYCZNE DZIECKO?

O ile tym, co osiągnęłam jestem w stanie się głośno zachwycać i chwalić to nie koloryzuję wychowania dwujęzycznego, bo łatwe to na pewno nie jest zwłaszcza jak nie mamy wsparcia z zewnątrz i jesteśmy jedynym źródłem języka mniejszości. Przypomnę, że ja sama wprowadzam język angielski mojej córeczce. Cała rodzina łącznie z mężem mówi w języku polskim. Chcąc nie chcąc w rozmowach z nimi przy Mai też używam języka polskiego, bo nie da się inaczej, chociaż zdarza mi się czasem komunikować z mężem w języku angielskim. W takiej sytuacji on zwykle odpowiada po polsku.

Nie chodzi tylko o to, że trzeba do dziecka mówić w danym języku, żeby było dwujęzyczne. Ważne jest jak mówimy, o czym mówimy, ile mówimy i kiedy mówimy. Oczywiście nie tylko to, ale dzisiaj chciałabym się skupić właśnie na komunikacji na linii rodzic- dziecko. Inne kwestie w temacie dwujęzyczności poruszę osobno innym razem.

1. Ile?

Jak najwięcej 🙂 Z moich obserwacji wynika, że kobiety są z reguły bardziej rozmowne niż mężczyźni. Jest to potwierdzone badaniami, z których wynika, że statystyczna kobieta wypowiada co najmniej dwa razy więcej słów dziennie niż statystyczny mężczyzna. O szczegółach możecie poczytać chociażby tutaj. Oczywiście na pewno są od tego wyjątki, ale taka jest średnia.

Jak się to ma do wychowania dwujęzycznego? Otóż, jeśli źródłem drugiego języka jest ojciec, a nie matka i jeśli on wpisuje się w statystyki, może to stanowić problem. Im więcej słów dziecko usłyszy, tym więcej przyswoi. Małomówny i często zapracowany tata po prostu nie przekaże dziecku tak bogatego słownictwa, jak bardziej rozgadana mama. Dodatkowo często jest tak, że to właśnie mamy spędzają z dzieckiem więcej czasu, chociaż w dzisiejszych czasach to już chyba powoli przestaje być regułą. I dobrze!

W naszej rodzinie ja jestem odpowiedzialna za język obcy- język angielski, a mój mąż za język otoczenia – język polski. Mój mąż do małomównych nie należy, ale gadułą go nazwać nie można. Jak na faceta przystało jest dość konkretny i na przykład nie rozumie, czemu ja Mai zadaję tyle pytań np. czy chce być karmiona tu, czy na górze, czy chce czereśnię, czy borówkę, czy chce czerwoną kredkę czy zieloną itp. On uważa, że jak widzę, że jest głodna powinnam ją po prostu wziąć w nasze miejsce w sypialni i nakarmić i tyle. Bez zbędnego gadania, które nieco opóźnia ten moment. Tak samo nie widział sensu pytania chociażby o kolor kredki, jak jeszcze nie znała kolorów. Jak ostatnio weszła na szklany stół w salonie, ja ją prosiłam o zejście, potem tłumaczyłam, czemu nie może na niego wchodzić, a jak to nie poskutkowało – ściągnęłam ją. Według mojego męża powinnam bez zbędnego gadania po prostu jej powiedzieć, że nie wolno tak robić i ją zdjąć i postawić na podłodze. 

Ja jednak widzę sens tej paplaniny! Maja od dawna słyszy mnóstwo pytań i odpowiedzi na nie. Teraz sama podejmuje dużo decyzji i pomagam jej w ich wyrażaniu np. stosując strategię feedingu, o której pisałam tutaj. Gdybym tak dużo nie mówiła pewnie nie miałaby tak bogatego słownictwa w języku angielskim na 1,5 roku, o czym pisałam tutaj. Pewnie nie znałaby słowa „upstairs” (na górze), bo akurat tego słowa w kartach do czytania globalnego metodą Domana nie było. Możliwe też, że nie znałaby kolorów, które na planszach poznała jako maluszek, bo czytanie globalne zaczynaliśmy stosunkowo wcześnie, bo jak miała 9-10 miesięcy, ale możliwe, że w ten sposób utrwaliły się, jako słowa do odczytania bez większego związku z tym, co które oznacza. A tymczasem moja córeczka wieku 21 miesięcy potrafiła pokazać wszystkie podstawowe w języku angielskim i część w języku polskim: zielony, czerwony, żółty, niebieski, czarny, biały, pomarańczowy. Sama z własnej inicjatywy jak chce określa kolor wybranych przedmiotów. Oczywiście jak ma dobry dzień, czy dobry moment, bo zdarza się, że zaczyna je nazywać błędnie i się czasem zastanawiam, czy to przypadkiem nie jest taka zabawa, jak w przypadku dziewczynki, która nazywała litery po swojemu, o której pisałam tutaj. Kto wie, czy w języku polskim nie miałaby jeszcze bogatszego słownictwa, gdyby mój mąż mówił do niej więcej. W końcu z nim spędza więcej czasu niż z dziadkami, czy innymi członkami rodziny.

Na ostatnich zakupach, tych samych, z których wzięłam śmieszną sytuację z babcią-Mikołajem na Facebookowy fanpage poczyniłam kilka obserwacji. Zanim do nich przejdę przypomnę jedynie ten zabawny moment, w którym Maja nie zgodziła się ze mną, że starsza pani w czerwonym płaszczyku to babcia jednej z małych dziewczynek bawiących się klockami mówiąc, że to Santa Claus, czyli św. Mikołaj. 

To była może druga czy trzecia wizyta z Mają w galerii handlowej. Ja powiedziałam jej, że ruchome schody to „escalator”, że winda to „lift” i wiele innych rzeczy. Mój mąż tylko z nami szedł. Zwróciłam mu uwagę, czemu nie mówi Mai co jest co po polsku, a on na to że windę zna, bo do babci jeżdżą windą. A ja na to: co z tego, że zna…a może jeszcze nie zna…nie wiadomo, czy usłyszała to słowo wystarczającą ilość razy. To, że jej raz powiedział, że to jest winda nie oznacza, że Mai to słowo utkwiło w głowie na stałe.

Moja rada: 

Jeśli którykolwiek z języków wspiera tata, nieważne czy jest to język mniejszości, czy większości poinstruujcie go, żeby starał się opisywać wszystko w otoczeniu dziecka i żeby to robił nawet jak ma po raz n-ty powtórzyć to samo. Tak jak w metodzie Domana, dziecko utrwala wiedzę, gdy np. dane słowo ileś razy się powtórzy. Nie chcemy jednak sprowadzać rozmowy z dzieckiem, czy mówienia do niego do liczenia ile razy użyliśmy dane słowo, żeby wiedzieć, czy już wystarczy. Bez sensu. Po prostu używajmy go za każdym razem, gdy nadarzy się ku temu okazja. Nie milczmy przy dziecku, chyba, że znajdziemy się w sytuacji, którą opiszę w punkcie nr 2.

2. Kiedy?

Kiedy tylko dziecko nie jest niczym zajęte. Do czasu przeczytania wpisu na innym blogu o dwujęzyczności zamierzonej dotyczącego 10 sposobów wspierania mowy dziecka paplałam do Mai jak najęta. Bawiła się cichutko zabawką, a ja pytałam o milion rzeczy, odpowiadałam, nieświadomie ją dekoncentrując. Była maksymalnie skupiona na wkładaniu czegoś do małego otworu – to jej pasja od dawna, a ja ją chwaliłam, że jej się udaje zachęcałam ją do kolejnych prób i przy okazji wypowiadałam milion słów na temat i nie na temat. A w takich sytuacjach powinnam jej dać czas dla siebie. Bez mojego gadania. Cieszyć się, że mogę na przykład posprzątać w kuchni, poczytać książkę, czy ulubione czasopismo. Przy tym całym nacisku na mówienie do dziecka trzeba nauczyć się też milczeć kiedy sytuacja tego wymaga.

Teraz jak widzę, że Maja sama bawi się piaskiem kinetycznym, czy udaje, że czyta książkę albo może rzeczywiście czyta zajmuję się swoimi sprawami, których przecież tyle mam jako pracująca mama. Ona potrzebuje też pobyć sama z sobą, potrzebuje chwili skupienia i wyciszenia i wtedy sama też się dużo uczy.

Moja rada:

Zacytuję tutaj fragment z bloga, który zmienił nieco moje podejście do mówienia non-stop: „Złotą zasadą jest, że nie mówimy do dziecka, gdy ono skupia swoją uwagę na jakiejś czynności. (…) Chyba, że chcemy mieć dziecko z problemami ze skupieniem uwagi lub tak zwanego high-need baby, który nie da nam chwili wytchnienia.” Myślę, że nikt nie chce mieć takiego dziecka, więc wiedza jak zapobiec problemom ze skupieniem uwagi na pewno przyda się wielu rodzicom. Wydaje się to bardzo proste. Wydaje mi się, że podobnie jak nasze niepotrzebne paplanie, gdy dziecko w skupieniu samo się bawi działa podobnie jak chodzący w tle telewizor. Poza okresami słuchania muzyki, która korzystnie działa na rozwój maluszka, zapewnijmy mu też ciszę podczas zabawy. 

Dodam jeszcze, że mamy już pierwsze efekty takiego podejścia, które pozwala Mai pobyć samej ze sobą bez naszej ingerencji. Na szczęście do tej informacji dotarłam wystarczająco wcześnie, bo miała wtedy 20 miesięcy. Teraz w wieku 22 miesięcy często bierze książkę, siada na półce kominkowej albo pod stołem i samodzielnie ogląda, czasem mówi, że czyta i jest skupiona jakby czytała. Jest też w stanie skupić się dłuższą chwilę na przykład na rysowaniu.

Pamiętacie „Mummy, come on” (Mamusiu chodź) z jednego z filmików podsumowujących rozwój jej mowy? Potem jeszcze doszło „Mummy, look” (Mamusiu, patrz) i „Babcia, come on” (Babciu, chodź) i tym podobne. I wołała tak za każdym razem jak ktokolwiek, kto się nią akurat opiekował na chwilkę odszedł, chociażby do kuchni. Myślę, że powoli stawała się dzieckiem nie dającym chwili wytchnienia, potrzebującym ciągłej uwagi dorosłych. Teraz owszem…też woła…wiadomo, ale znacznie rzadziej i jest w stanie bawić się sama. 

3. Jak?

Przede wszystkim poprawnie gramatycznie i leksykalnie. Wiadomo, że zwłaszcza w dwujęzyczności zamierzonej mogą się wkradać błędy, ale przecież w języku ojczystym też je popełniamy. Ja na przykład łapię się na tym, że mówię „Co tu pisze?” zamiast poprawnie „Co tu jest napisane?”

Pisząc projekty z programu Erasmus +, o którym wspominam na stronie O mnie dowiedziałam się, że nie mówimy „pojechać do Włoszech” tylko „do Włoch.” Do tych i wiele innych po polsku przyznaję się bez bicia 😛 Przy tym wszystkim jednak mogę się pochwalić, że byłam jedną z najlepszych uczennic w klasie z języka polskiego w szkole podstawowej, a później- w liceum uczęszczałam do klasy o profilu humanistycznym.

Niemniej jednak od tego czasu minęło sporo lat i podejrzewam, że angielski nieco wpłynął na mój polski pomimo tego, że mieszkam w Polsce. Pamiętam jak po napisaniu pracy magisterskiej w języku angielskim, miałam ogromny problem, żeby napisać sensowne streszczenie w języku polskim. Zresztą wszystkie projekty Erasmus + zawsze sprawdzała mi siostra, po czym musiałam nanieść wiele poprawek. Od razu napiszę, że tego, co wrzucam na bloga nie sprawdza nikt poza mną, więc jakby gdzieś wkradł się jakiś błąd, czy dziwnie napisane zdanie, będę wdzięczna za informację.

Wracając do błędów, chodzi o to, żeby nie robić tych błędów celowo. Mnie osobiście bardzo razi, gdy moja mama mówi do Mai następujące zdanie: „Idziemy pieska.” Co to ma być? Czemu nie mówi: „Idziemy do pieska.”? Tak trudno dodać przyimek? Albo „siełko świeci” zamiast „światełko świeci.” Jak ją zapytałam o to usłyszałam, że przecież Maja tak mówi. To, że Maja tak mówi nie oznacza, że my mamy tak mówić. Dziecko, które mówi „nietoterz,” jak moje zrozumie o co chodzi jak rodzic powie „nietoperz.” A mówi jak mówi, bo widocznie to trudny wyraz i jeszcze nie jest w stanie powiedzieć poprawnie chociaż się stara. 

Wiadomość z ostatniej chwili: wiem, że Maja potrafi powtórzyć za mężem „światełko” i brzmi to zupełnie poprawnie. Jednak używając tego słowa z zdaniu idzie na łatwiznę, a babcia niestety jej utrwala wymowę „siełko.” Język angielski jest chyba prostszy w wymowie dla niej, bo raczej nie mamy takich przypadków. Jedyne co mi przychodzi do głowy to opuszczanie początków słów np. „button” zamiast „bellybutton” (pępek), czy też „later” zamiast „calculator” (kalkulator) przez Maję w wieku 1,5 roku, o czym wspomniałam przy okazji listy niemalże wszystkich używanych przez nią w tym czasie słów. 

Tak samo nie powinniśmy przesadnie wszystkiego zdrabniać, a tym bardziej wymyślać słów, które nie istnieją. W mojej ocenie nazywanie wujka „uciem” to wyraz tego, że uważamy dziecko za głupie i jesteśmy przekonani, że nie zrozumie słowa „wujek.” Daję taki przykład, bo nas dotyczy. Wprowadzony przez moją mamę „uciu” zniknął tak szybko, jak się pojawił. Wspominałam o tym tutaj pisząc o rozwoju mowy mojej dwujęzycznej córeczki w wieku 17 miesięcy. Nikt poza jedną osobą tego nie używał. Maja sama sobie wymyśliła zamiennik – „lulek.” To jednak nie oznacza, że np. tata powinien był wujka zacząć nazywać „lulkiem.” Pomimo to, że dziecko mówi „lulek,” a my „wujek” maluch doskonale rozumie o co nam chodzi.

Moja rada:

Mówmy tak, jakbyśmy chcieli, żeby w przyszłości mówiło nasze dziecko i tak, żeby wszyscy mogli się z nim dogadać, nie tylko my. 

4. O czym?

Mówimy o wszystkim, a gdy dziecko jest bardzo malutkie to dosłownie o wszystkim. Jak napisali Natalia Minge i Krzysztof Minge niemowlak jest w stanie wysłuchać wykładu, czy taty czytającego książkę o fizyce kwantowej. Serio!

Wraz z wzrostem naszego maluszka zaczynamy się coraz bardziej skupiać na tym, co go interesuje, ale nie możemy zapominać o całym otaczającym go świecie. Przecież ten maluszek jeszcze tylu rzeczy nie wie. Pokazujmy i nazywajmy dosłownie wszystko. Zachęcajmy do zainteresowania się tym, czym my się interesujemy. Pokażmy mu świat i z wielu możliwości pozwólmy, żeby wybrał swoją pasję. Nie zakazujmy mówiąc „nie,” ale uzasadniajmy za każdym razem odmowę. To też okazja do tego, aby nasze dziecko poznało więcej słów. Oczywiście takie wyjaśnianie ma także wiele innych plusów.

Z większym już maluchem, który wkroczył w etap pytań „Co to jest?” odpowiadajmy na każde pytanie. Żadnego nie zostawmy bez odpowiedzi. Jak maluch sam z siebie chce coś wiedzieć to na pewno to zapamięta. Jak mamy odpowiedzieć w swoim drugim języku, gdy wychowujemy dziecko w dwujęzyczności zamierzonej i nie znamy słowa przyznajmy się i szukajmy w internecie i w słownikach. Jeśli nie znajdziemy pytajmy znajomych nativów i informujmy dziecko później. W danej chwili zawsze możemy wytłumaczyć dziecku tak ogólnie co to jest, czy do czego służy.

Jeszcze większym wyzwaniem będzie na pewno etap „Dlaczego? Po co” na który czekamy. Tutaj już nawet nie chodzi o wiedzę językową tylko wiedzę o świecie. Jeśli czegoś nie wiemy, sprawdźmy w znanych nam źródłach. Uczmy się razem z dzieckiem. Jeśli nasz maluch interesuje się roślinami, nauczmy się ich nazw nawet jeśli to są słowa, których nie znamy nawet w swoim ojczystym języku i nawet, jeśli uważamy, że jest to wiedza bezużyteczna. 

Moja rada:

Nawet jeśli ktoś kiedyś osiągnął poziom C2 biegłości językowej, powinien cały czas się uczyć i szlifować język. Ja też ciągle się uczę i możliwe, że kiedyś też o tym napiszę bardziej szczegółowo. Jeśli nasze dziecko wyraźnie pokazuje nam, że jest zainteresowane konkretną dziedziną nauki zacznijmy się nią interesować razem z nim. Zamieńmy wspólne odkrywanie świata w świetną zabawę. 

Informacje z tego posta okazały się przydatne? Jeśli tak, udostępnij i podziel się z innymi.  A jakie są wasze rady na wychowanie dwujęzyczka? Będzie mi  bardzo miło, jeśli zostawisz komentarz i podzielisz się swoim doświadczeniem.

Jeśli chcecie być na bieżąco zapraszam do śledzenia fanpage na Facebook’u i do subskrypcji.

2 odpowiedzi do “Jak wspierać dwujęzyczność, gdy jesteśmy jedynym źródłem danego języka”

  1. Zdecydowanie mowic ile sie da, o wszystkim <3 Maja ma szczescie, ze ma taka rozgadana mame. Ja w koncu sie rozgadalam, ale na poczatku mialam tak jak Twoj maz hehe Niby o rzeczach oczywistych sie nie dyskutuje, a jednak.. warto:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *