Dwujęzyczność zamierzona okiem mamy- nasze początki, wyzwania, motywacja, źródła satysfakcji.

BILINGUAL CHALLENGE – MAMA POLKA I 100% ANGIELSKIEGO, CZYLI OPOL ZOBOWIĄZUJE

POCZĄTKI DWUJĘZYCZNEGO WYCHOWANIA
W mojej opinii najtrudniej zacząć. Największym wyzwaniem dla mnie był sam początek mojej przygody z dwujęzycznym wychowaniem mojej córeczki, tzn. pierwsze dni Mai na tym świecie. Prawdopodobnie przyczyną było, że miejscem, w którym miałam zacząć był szpital, a spędziłyśmy tam dobre 6 dni.

Potrzebowałam też czasu, aby przywyknąć do tego, że mówię do Mai w 100% w języku angielskim. Wiadomo, że moim pierwszym językiem zawsze będzie polski, bo to mój język ojczysty, ale już miałam dni, a nawet tygodnie, w czasie których porozumiewałam się w 100% w języku angielskim. Miało to miejsce podczas wyjazdów zagranicznych, o których pisałam na stronie O mnie. Oczywiście to było możliwe tylko wtedy, jeśli miałam tyle szczęścia, że na kursie nie było Polaków albo byli nieliczni i akceptowali to, że za granicą nie mówię po polsku.

Jak widać zapędy w kierunku angielskiego były jeszcze na długo przed pojawieniem się mojego „bejbika.” Jednak o ile zagranicą nigdy nie miałam żadnego problemu z mówieniem w tym języku to w Polsce już tak. Jakoś tak dziwnie i nawet głupio mi było przy obcych ludziach w polskim szpitalu zacząć mówić do noworodka po angielsku. Pamiętam, że nie za wiele się przez ten czas odzywałam trzymając się zasady, że po polsku do dziecka nie mówię. Wiedziałam, że ta dziwna blokada przed obcymi zniknie prędzej, czy później.

Teraz wiem, że potrzebowałam trochę prywatności, żeby w ogóle zacząć. Moja córeczka usłyszała od mnie pierwsze słowa w szpitalu w noc, w którą byłam zupełnie sama na szpitalnej sali, bo inne mamy zostały wypisane do domu. Potem po powrocie do domu już na całego tylko English. W domu jest o wiele łatwiej. A jak już się rozkręciłam to teraz nie mam już żadnego problemu, czy w domu, czy nie w domu.

Przy zupełnie obcych ludziach, z którymi nie miałam kontaktu, na przykład na zakupach, nigdy nie miałam żadnych oporów, aby mówić do dziecka w języku angielskim. Tak samo przy rodzinie i bliższych znajomych. Nieco trudniej mi było u lekarza. Nie ze względu na to, że wstydzę się mówić po angielsku, ale ze uwagi na to, że jak sobie wmawiałam niektórzy mogą sobie pomyśleć, że się chwalę, czy wywyższam z tego powodu, że umiem, czy cokolwiek innego. Teraz z perspektywy czasu myślę, że po prostu bałam się krytyki, bo nawet nie wiedziałam jak na nią zareagować. Nie znaczy to jednak, że zaczęłam nagle do Mai mówić po polsku. Nic z tego. Gdy czekałyśmy w poczekalni u lekarza cały czas mówiłam do niej po angielsku, ale nieco ciszej niż zwykle licząc na to, że żadna z obecnych tam osób nie zacznie nic komentować.

Miałam też do niedawna tak, że nowo napotkanej osobie tłumaczyłam zanim o to zapytała, że do Mai mówię tylko po angielsku. Pamiętam jeszcze taką sytuację z ostatnich wakacji. Byłyśmy z Mają na spacerze. Tym samym chodnikiem szła inna mama z dzieckiem. Zainteresowana Maja skomentowała: „baby” (dzidziuś). Ja potwierdziłam i od razu do tej nieznajomej mamy zaczęłam się tłumaczyć, jak jakiś winny, że ja ją wychowuję po angielsku i że mówię tylko po angielsku i że dlatego Maja mówi „baby.”

JAK JEST TERAZ, PO PONAD 1,5 ROKU DWUJĘZYCZNOŚCI W NASZYM DOMU

Teraz po prostu mówię do mojej córeczki w języku angielskim bez żadnych oporów, czy zahamowań niezależnie  od miejsca i towarzystwa. Nie tłumaczę się z tego i zachowuję się, jakby to było zupełnie naturalne, chyba, że ktoś rzeczywiście zainteresowany zapyta, co my robimy. Zachowuję się tak, aby Maja odbierała, że jest to zupełnie normalne, że rozmawiamy w języku angielskim, chociaż mieszkamy w Polsce.

Nie obchodzi mnie ewentualna krytyka innych. Zresztą teraz wiem, jak na nią zareagować. Niezależnie od tego, co mówią inni robię swoje. Od mojej mamy zresztą przestałam już słyszeć „mów do niej normalnie.” Uspokoiła się słysząc język polski w ustach Majki, bo główną jej obawą było to, że nie będzie umiała mówić po polsku. We wpisie podsumowującym rozwój mowy mojej dziewczynki z okazji skończenia 1,5 roku sami możecie zobaczyć, jak bogate ma słownictwo w zakresie języka polskiego.

Jeśli kogoś z was zainspirowałam i planuje iść moimi śladami, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że obawy, że dziecko nie będzie znać swojego ojczystego języka mieszkając w kraju ojczystym należy odłożyć na półkę. Ja muszę walczyć o angielski,  a język polski zrobi się niejako sam, bo przecież polskie jest otoczenie.

WYZWANIA DWUJĘZYCZNOŚCI ZAMIERZONEJ

Nie myślcie jednak, że wszystko teraz jest takie kolorowe i na luzie i bez wysiłku. Owszem…jest to bardzo przyjemny i bardzo motywujący wysiłek, bo przynosi efekty. W tym samym wpisie podsumowującym, o którym pisałam wyżej jest też lista z angielskimi słowami i wyrażeniami, jakich używała wtedy 18-miesięczna Maja, która napawa mnie dumą, tym bardziej, że wiem, że teraz tych słów i wyrażeń jest o wiele więcej.  Jednak przyznaję, że dwujęzyczne wychowanie trochę pracy nad sobą mnie kosztuje.

Oto co jest teraz dla mnie wyzwaniem:
1. Zdarza się, że jest mi potrzebne słówko, którego nie znam, a chcę umieć Mai wyjaśnić wszystko, o co zapyta. Przykładowo pokazała mi kiedyś  w książce pałki wodne. Już wiem, bo sprawdziłam: bulrush to pałka wodna. Innym przykładem będzie słówko z książki „That’s not my truck” wydawnictwa Usborne: „hubcap”, którego nie znałam. Pytam męża, a on mi mówi, że to „kołpak.” Zdarza się, że słownik nie pomaga, więc na wagę złota są dla mnie blogi rodziców działających podobnie jak ja tzn. wychowujących swoje dzieci dwujęzycznie, na których mam „gotowca” ze słów, których mogę nie znać, a które przydają się przy małym dziecku. Blogi, z których korzystam i które mogę wam polecić to:

Mam to na końcu języka

Moje dwujęzyczne dziecko

Utworzyłam sobie nawet na stronie, na której tworzę zestawy słówek do nauki dla moich szkolnych uczniów- Quizlet również zestaw do nauki dla siebie właśnie z takimi słowami. Myślę, że nie będzie to błędem, jeśli napiszę, że anglista, który nie dość, że stosunkowo często bierze udział w zagranicznych kursach i do tego wychowuje dziecko dwujęzycznie ma o wiele bogatszy zasób słownictwa od większości nauczycieli języka angielskiego, którzy dodatkowo poza pracą nie rozwijają tego języka i po latach coraz bardziej cofają się w kierunku poziomu swoich wychowanków.

Dwujęzyczność nienatywna, czy też zamierzona wymusza ciągłe uczenie się. U mnie normą jest kilka sesji codziennej nauki z moich prywatnych zestawów Quizlet w języku angielskim i języku włoskim.

2. Kolejnym wyzwaniem była i jest modlitwa. Moja mama zaczęła z Mają pokazując jej obraz z Matką Bożą i mówiąc, że to Bozia. Następnie uczyła Maję żegnać się i robić „pa, pa” Bozi. Od dawna zastanawiałam się jak to ugryźć. Modlitw po angielsku nie znam, bo przecież wychowywałam się i całe życie mieszkałam w Polsce. Zresztą mieszkając w Anglii pewnie niekoniecznie bym znała, bo to kraj mało katolicki. O „Bozi” opowiedzieć umiem, ale w sposób raczej dorosły. Zresztą pomimo to, że konsekwentnie realizuję strategię OPOL, o której szczegółowo pisałam tutaj, nieco bez sensu wydawało mi się uczenie Mai modlitw tylko i wyłącznie w języku angielskim, bo przecież nie wyprowadzamy się i do kościoła chodzimy i będziemy chodzić w Polsce. Kolejną sprawą był brak czasu, żeby się dokształcić w temacie, więc w sumie nic w tym kierunku nie robiłam poza skopiowaniem od mojej mamy tego pożegnania z Bozią, z tym, że w mojej wersji żegnała się z Aniołem Stróżem, bo taki obraz kiedyś dostała w prezencie od dziadków. Przed snem Maja mówi: „bye, bye my Guardian Angel (pa pa mój aniele stróżu) oraz z moją pomocą robi znak krzyża.

Ja poświęcam czas na wczesną edukację maluszka nie tylko w zakresie dwujęzyczności, ale też czytania i matematyki, co wiąże się z rozwijaniem jej inteligencji metodą Domana. W przypadku innych kwestii potrzebuję gotowców podobnych jak wyżej wspomniane blogi, z których korzystam w poszukiwaniu słów angielskich, których mogę nie znać. W temacie modlitw przyszła mi z pomocą autorka już wcześniej wspominanego co jakiś czas przez mnie bloga BiliKid. Dzięki niej  mamy gotową modlitwę do Anioła Stróża i kołysankę religijną.

Na modlitwę robię wyjątek od OPOL: żegnamy się w obu językach, modlitwy odmawiamy zarówno w języku polskim, jak i angielskim. Niech Maja czuje, że to coś wyjątkowego. Ktoś w komentarzach do wpisu z modlitwami napisał: … modlitwa w obcym języku to szczyt szczytów w wyrażaniu swoich myśli w tym języku i w pełni z tym się zgadzam. Ja do tego szczytu szczytów muszę dojść. Może dzięki mnie Maja go osiągnie zarówno w języku polskim, jak i angielskim.

Teraz przydałaby nam się jakaś sprawdzona Biblia dla takich maluszków. Będę wdzięczna, jeśli ktoś coś podsunie.

3. Zdarza się, na szczęście sporadycznie, że nie wiem, jak przeczytać słowo, które pojawia się w książkach Mai np. Eeyore –Kłapouchy w książce o Kubusiu Puchatku. Oczywiście sprawdzam zawsze jak mam jakiekolwiek wątpliwości.

MOTYWACJA DO WCZESNEJ NAUKI JĘZYKÓW

Moją motywacją są rodzice, którym się udało wychować dwujęzyczne dzieci pomimo tego, że drugi język był językiem obcym dla każdego z rodziców i jednocześnie nie był językiem otoczenia. Taka sytuacja jest u nas: mieszkamy w Polsce, ja i mąż jesteśmy Polakami, a ja komunikuję się z moim maluchem w języku angielskim.

Do grupy rodziców którym się udało należy moja koleżanka, której synów uczę. Przykładowo jej synowie, z których starszy jest obecnie w 4 klasie, a drugi w zerówce są jedynymi uczniami w kl. 0-7, z którymi mogę prowadzić zupełnie swobodną rozmowę w języku angielskim.

Motywuje mnie też wideo z 5-letnią dziewczynką, która rozmawia z tatą po angielsku. Również była wychowywana w dwujęzyczności zamierzonej, z tą różnicą, że źródłem anglojęzycznym dla niej był tata. U mnie na blogu możecie śledzić dwujęzyczność i wczesną edukację metodą Domana krok po kroku. Tata dziewczynki podsumował całą przygodę z dwujęzycznością w ciągu 5 lat w jednym artykule. A wideo z dziewczynką wychowywaną podobnie jak Maja, czyli w dwujęzyczności zamierzonej możecie obejrzeć poniżej:

Niedawno w jednej z Facebook’owych grup anglojęzycznych jedna mama udostępniła artykuł o więzi języka. Autorzy utrzymują, że jeśli rodzic konsekwentnie używa języka obcego w rozmowach z dzieckiem, to dziecko zaczyna mocno kojarzyć ten język z daną osobą. Nawet w przypadku, gdy ten język nie jest językiem dominującym u dziecka może w pewnym wieku odmówić komunikacji z rodzicem w innym języku. Dla mnie to bardzo pozytywna wiadomość i nie widzę żadnego problemu. W końcu moim celem jest aby Maja rozmawiała ze mną tylko i wyłącznie w języku angielskim i aby była dwujęzyczna w pełnym tego słowa znaczeniu i aby osiągnęła to nawet nie zdając sobie z tego sprawy, czyli przez zabawę i bez żadnego wysiłku. A to, że może się zdarzyć, że nigdy nie będzie chciała ze mną rozmawiać po polsku to dla mnie pozytywny skutek uboczny.

Mama stosująca dwujęzyczność zamierzoną, czyli w Niemczech mówiąca do córki tylko w języku angielskim po przeczytaniu artykułu była podobnie jak ja trochę zdziwiona. Jej 3,5 roczna córka jest otoczona niemieckim, chodzi do niemieckiego przedszkola i słyszy mamę rozmawiającą po niemiecku z innymi. Jako, że niektórzy pytają mnie o to jak rozmawiam z rodziną w obecności Mai i inne, ubiegnę kolejne pisząc tutaj, że u nas jest podobnie tzn. Maja słyszy mnie mówiącą po polsku, gdy rozmawiam z innymi i wszyscy poza mną mówią w języku polskim, za jakiś czas dojdzie polskie przedszkole, w którym wiadomo mamy język angielski, ale w bardzo okrojonej formie.

Z uwagi na naszą sytuację podzielałam obawy wcześniej wspomnianej mamy, że jedno zdanie akurat w jej przypadku wypowiedziane w języku niemieckim mogłoby sprawić, że jej córka przestanie używać angielskiego. Niemniej jednak odważyła się ona zrobić mały eksperyment po przeczytaniu artykułu. Wieszając pranie poprosiła córkę po niemiecku o znalezienie skarpetki. Reakcją córki była najpierw dziwna mina, jakby była w szoku albo jakby nie dowierzała w to, co się dzieje,, bo przecież mama zawsze do tej pory mówiła do niej tylko i wyłącznie w języku angielskim. Potem usłyszała od córki angielskie słowa: „No,not in German!” (Nie, nie po niemiecku!). Mama, która zamieściła ten artykuł i opisała sytuację z córką dosłownie pęka z dumy, bo w końcu jest jedyną osobą, która używa języka angielskiego w otoczeniu, a jednak dziecko zna biegle i angielski i niemiecki i w dodatku w kontaktach z mamą preferuje angielski. To, że mama na chwilę „przeszła” na język ojczysty, czyli niemiecki nie zepsuło niczego, a wręcz rozwiało jej obawy co do tego, co może zagrażać wychowaniu w dwujęzyczności zamierzonej.

Z jednej strony co krok napotykam na różne przykłady sukcesu w dwujęzycznym wychowaniu (dwujęzyczność zamierzona/ nienatywna), a z drugiej strony czytam, że mogą w pewnym wieku wystąpić okresy buntu i niechęć dziecka do korzystania z drugiego języka. Wierzę jednak głęboko w to, że moja strategia, o której szczegółowo pisałam tutaj, sprawi, że żadnego buntu nie będzie i że po prostu Maja będzie mnie kojarzyć z angielskim i tylko z angielskim podobnie jak jej angielscy dwujęzyczni kuzyni kojarzą świnkę Peppę tylko z angielskim i nawet nie chcą wersji polskiej, bo im się wydaje, że dziwnie mówi.

Wydaje mi się, że częściej buntują się dzieci, których rodzice nie są tak konsekwentni jak ja albo którzy nie spędzają z dzieckiem wystarczająco dużej ilości czasu aby stało się na tyle płynne w drugim języku, żeby go uznało za swój. Od razu ubiegając pytania o to, ile czasu spędzam z moim maluchem, przypomnę że w pierwszym wpisie podsumowującym rozwój mowy mojego dziecka z okazji skończenia 1,5 roku pisałam dokładnie ile mi wychodzi tygodniowo godzin z Mają. Nie jest to raczej liczba, którą mogę się chwalić, bo jednak pracuję i tego czasu nie jest tyle, ile bym chciała, ale mam nadzieję, że wystarczy, bo to wszystko, co mogę dać.

NAJBARDZIEJ MOTYWUJE WŁASNY SUKCES, CZYLI EFEKTY WYCHOWANIA W DWUJĘZYCZNOŚCI ZAMIERZONEJ

Największą siłę do działania daje mi to, że Maja używa angielskich słów i że rozumie wszystko, co do niej mówię. W wieku 18 miesięcy używała aktywnie ponad 100 słów w języku angielskim, o czym pisałam tutaj

Uskrzydlają mnie też momenty, kiedy włącza jej się „love” do mamy i na przykład chodzi wokół mnie, dotyka moich włosów i mówi „hair,” pokazuje na moje oko i mówi „eye,” a przy wieczornym karmieniu robi sobie małą przerwę mówiąc „milk” (mleko) i za chwilę „delicious” (pyszne) a potem na przykład pokazuje moją szyję mówiąc „neck.”

Momenty rozstań też są niesamowite. Maja kombinuje jak mnie zatrzymać. Zauważyła, że się cieszę, jak liczy, więc zdarzają się sytuacje, kiedy muszę już wychodzić do pracy, a ona zaczyna liczyć „one, two, three…”  (1,2,3…) w nadziei, że dzięki temu zostanę w domu. Aż żal wychodzić.

Ostatnio zaczęła po mnie powtarzać całe zdania np. „How are you?” (Jak się masz?). Ponadto już od dawna miałam podejrzenia, że rozróżnia języki i jak do kogo mówić. Gdy pojawiam się ja od razu jest większość angielskiego: „sheep” (owieczka- jej ulubiona przytulanka), „Mummy, come on” (Chodź mamusiu), czy „Go, upstairs” (Idziemy na górę). Przy tacie jest więcej polskiego i „kosi, kosi łapki.”

Myślę, że to, że często pierwsze słowa Mai po przebudzeniu są w języku angielskim też mogę uznać za nasz osobisty sukces: „Mummy, milk.” (Mamusiu, mleczko).

Wczoraj mąż, który spał po pracy z Mają złożył mi raport, że po przebudzeniu usłyszał: „forty…babcia” (40…babcia) cokolwiek to miało znaczyć 😛 Czyżby za dużo matematyki u naszego malucha?

I to, że pierwsze piosenki, jakie zaczęła śpiewać i pierwsze wyliczanki również są w języku angielskim. W sumie nadal angielski przeważa w tym względzie. Mało tego, z jedną ze swoich ulubionych piosenek kombinuje i zmienia tekst tworząc poprawne zdania: „mummy, go away” (mamusiu idź sobie), „granny go away” (babciu idź sobie), a ostatnio przy tablicy magnetycznej i zabawie magnesami nawet „dots go away” (kropeczki idźcie sobie). Co więcej gdy próbując zasnąć się do niej przytulałam po tym, jak nazwała moją rękę „hand” zaczęła mówić „hand, go away.” Mój mąż uważa, że „go away” pasuje do wszystkiego i że tak naprawdę ona nie rozumie tego, co mówi, ale ja oczywiście myślę inaczej. Po prostu po domanowsku wierzę w nią bezgranicznie. A co do piosenek udało mi się ją nagrać. Zapraszam do śledzenia fanpage

Informacje z tego posta okazały się przydatne? Jeśli tak, udostępnij i podziel się z innymi. 

Znacie kogoś, kto zdecydował się podjęcie wyzwania dwujęzyczności zamierzonej i komu się udało? Im więcej takich historii, tym większa motywacja. Będzie mi  bardzo miło, jeśli zostawisz komentarz i podzielisz się swoim doświadczeniem.

Jeśli chcecie być na bieżąco zapraszam do śledzenia fanpage na Facebook’u i do subskrypcji.

 

24 odpowiedzi do “Dwujęzyczność zamierzona okiem mamy- nasze początki, wyzwania, motywacja, źródła satysfakcji.”

  1. Co do modlitw to u nas króluje ‚Angels bless’. Ładne, krótkie, rymujące się, idealne na początek Córka recytuje to już bez zająknięcia na pamięć, więc planuję wprowadzić jej kolejną krótką dziecięcą modlitwę 😇 Mamy też bardzo ładnie ilustrowaną Biblię polsko-angielską, jeśli jesteś zainteresowana to zerknij na recenzję https://youtu.be/F2H5U-LDZ1U. Pokazuję jak książka wygląda od środka. Może Ci się spodoba:) Pozdrawiam!

    1. Dziękuję 🙂 Recenzję obejrzę w wolnej chwili i sprawdzę, czy się nadaje dla mojego maluszka, bo Maja dopiero 20 miesięcy skończyła 🙂 „Angels bless” to ja się najpierw muszę nauczyć na pamięć :P, ale jak się rymuje nie będzie problemu. Super, że podsunęłaś.

      1. Ja „Angels bless” też nie znałam. Wydrukowałam na małej karteczce i położyłam przy łóżku. Przez ok. tydzień czytałam to córce z kartki przed snem i zapamiętałam. Naprawdę szybko zapada w pamięć 🙂

  2. Hej! Super wpis, dzieki! Tez wychowuje córkę 3 miesiące z ang -opol, najtrudniej w towarzystwie sie przełamać. No i niestety ta świadomość, ze tyle pięknych bajek, wierszyków i emocji związanych z j.polskim nie będę w stanie wyrazić do swoich dzieci… I ta modlitwa…
    P.S. Szczyt szczytów to mój komentarz, naprawdę tak jest:-)

    1. Ten komentarz co do modlitwy naprawdę mnie urzekł. Dlatego go wykorzystałam 🙂 No właśnie. My tego szczyt szczytów chyba już w modlitwie nie osiągniemy, ale nasze dzieci mają szansę. Próbuję 🙂 U nas polskie bajki czyta mąż, więc dziecko tak czy tak je pozna 🙂 A wyliczankami typu „kosi, kosi łapki” zajmują się babcie i fajnie im to idzie. Ja już się tak przestawiłam na angielski, że wyrażania emocji w języku polskim nawet nie potrzebuję 🙂 Zresztą po angielsku mi jakoś łatwiej jeśli chodzi o wyrażanie emocji. I myślę, że jak w przyszłości będą rozmowy na trudne tematy też mi będzie łatwiej. Mam na przykład blokadę przed używaniem niektórych polskich słów, a w angielskim zero hamulców w tym względzie 🙂

    2. Hej Magda 🙂 Jakich dokładnie bajek Ci brakuje? Większość jest tłumaczona na angielski i dostępna w opracowaniach polsko-angielskich. Co do wierszyków to udało mi się ostatnio zamówić wiersze Tuwima w wersji pl-ang. U nas wygląda to tak, że ja zawsze czytam wersję angielską, a mąż polską. Też nie chcemy, żeby córce coś umknęło 🙂 Pozdrawiam!

      1. Hej ! 🙂 Właśnie takich Tuwimowskich, Brzechwowskich etc 🙂 Też widziałam ostatnio interpretację ang Lokomotywy, ale nie wiedziałam, ze można ją kupić! 🙂 Będę wdzięczna za jakiś link:-) Ja tez patrzę bardziej z perspektywy czasu – póżniej cała literatura polska, od szkoly podstawowej do liceum (nawet w ED), z tym, że mój mąż raczej nieliteracki:-) Myślę, że nie da się mieć wszystkiego, i chyba lepiej żeby dziecko było dwujęzyczne z malutkimi brakami literatury 🙂

        1. Braki w polskiej literaturze nadrobi w szkole. Lepiej trzymać się celu, tj. dwujęzyczności 🙂 Akurat kupiłam „Julian Tuwim Lokomotywa. Locomotive” za 21zł w Empiku, ale nie zdążyłam jej jeszcze przerobić. Będę w domu dopiero na Święta, więc wtedy będę w stanie powiedzieć coś więcej:) BTW. Z klasycznych baśni polecam „Baśnie po polsku i po angielsku Centrum Edukacji Dziecięcej” na początek (recenzja https://youtu.be/Zf1Xamq80bI) albo „Baśniowy angielski” od Baśniowy Królik (recenzja https://youtu.be/mJW5TIwn-HE) więcej bajek, bardziej zaawansowany tekst, ale przyjemny i nie zbyt trudny 🙂 Może coś z tego Ci się przyda. Pozdrawiam!

    1. Święte słowa. Tak jak pisałam mam namacalne dowody w swoim otoczeniu, że tak jest. Dlatego jest to niezwykle przyjemny wysiłek, a każde słowo maluszka w języku obcym – bezcenne i jeszcze bardziej do tego wysiłku motywuje.

    1. A ja uważam, że to wcale nie problem. Wyzwanie owszem, ale im więcej języków w otoczeniu dziecka, tym bardziej się ono rozwija. My mamy za sobą pierwszy kontakt Mai z 3-cim językiem – włoskim.

  3. Kwestii wstydu i skrępowania Rodziców podczas prowadzenia anglojęzycznych konwersacji ze swoimi bobasami poświęciłam odrębny wpis na moim blogu https://bobospeaks.pl/co-z-tym-wstydem/
    Doświadczyłam podobnych rozterek co autorka tego bloga. Początki były nieśmiałe jednak rozkręcałam się z dnia na dzień zapominając o otaczających mnie ludziach. Pochodzimy z małego miasta więc wzbudzaliśmy entuzjazm:) szczególnie wśród znajomych, gdyż obcym czasami wydawało się, że mieszkamy w kraju anglojęzycznym i zaciekawieni pytali czy dzieci mówią po polsku:). Tłumaczyłam wówczas dlaczego tak jest, czasem widząc zainteresowanie, innym razem minę typu „powariowaliście”. Większość doświadczeń było jednak pozytywnych.
    Myślę również, że część ludzi, głównie anglistów:) przyglądając się naszym doświadczeniom, brało się porządnie do pracy ze swoimi dziećmi. Zainspirowani naszymi działaniami.
    Czasami było ciężko zachować konsekwencję. Szczególnie gdy dzieci poszły do przedszkola lub gdy bawiły się w gronie swoich rówieśników. Bawiąc się wspólnie z dziećmi, których język ojczysty to polski, używałam również języka polskiego w stosunku do mojego starszego dziecka. Rozpiszę się jeszcze o tym na moim blogu. Jak wyglądała faktyczna komunikacja rodziców i moich dzieci i dlaczego tak to wyglądało to jest kolejny temat rzeka… mogłabym pisać, pisać i pisać…

  4. Bardzo dobrze, że mówisz do małej w drugim języku 🙂 Przyda jej się to jak będzie starsza ;). Jeśli Dziecku się to podoba i nie ma na nie nacisku to jak najbardziej rób to dalej i nie przejmuj się niczym ! Super post ;D

    1. Nacisk jest czasem na mnie, żebym przestała, ale daję sobie z tym radę. Smutne jest tylko to, że nawet niektórzy angliści krytykują takie wychowanie. Moja Maja automatycznie przestawia się na język angielski w mojej obecności, nawet w polskojęzycznym towarzystwie. Wyjątkiem jest sytuacja, kiedy taty nie widziała cały dzień. Wtedy mnie jakby ignoruje i rozmawia z tatą w 100% po polsku.

  5. Nie wiem czy zdecydowałabym się na takie wychowanie dziecka. Owszem uczenie języka od najwcześniejszych lat jest bardzo przydatne i pomocne, ale żeby tak całkowicie mówić do dziecka po angielsku to raczej nie. Może jest to też spowodowane tym, że nie znam na tyle tego języka.

    1. Tak jak pisałam tutaj są różne metody i podejścia do dwujęzyczności. Ja akurat wybrałam OPOL, bo intuicyjnie czuję, że to dla nas najlepsze. Znam mamy, których maluszki też chłoną angielski, a które przyjęły nieco inną strategię.

  6. Maja na pewno będzie Ci bardzo wdzięczna 🙂
    Jestem pewna, że w przyszłości będzie biegle mówić po angielsku.
    Aż wstyd się przyznać, ale Ja po kilku lat nauki nie władam językiem angielskim 🙁
    Pozdrawiam!

    1. Nauka a przyswajanie języka to dwie różne rzeczy. Podejrzewam, że moja Maja już w wieku 3-4 lat będzie mówić płynniej i z większą pewnością siebie niż ja na maturze. U mnie nauka i to dobre x lat, a jeszcze muszę nad akcentem sporo popracować. Niestety w polskich szkołach za mały jest nacisk na mówienie, a to jest najważniejsze.

  7. Myślę, że podjęłaś się trudnego zadania i świwtnie Ci idzie 🙂 w dzisiejszym świecie znajomość angielskiego jest tak samo ważna jak znajomość języka ojczystego i nie ma co zwracać uwagi na innych ludzi 🙂

    1. Dziękuję za te pozytywne słowa. Zadanie trudne, ale nie niemożliwe :d, a satysfakcja jak taki maluszek mówi po angielsku – bezcenna. Tym bardziej, że mam porównanie chociażby z maluchami z przedszkola, gdzie uczę śmieszne 15 minut 2 razy w tygodniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *