Wywiad z domanującą mamą, która wychowała córkę zgodnie z filozofią Glenna Domana (wersja audio)

Jak znalazłam Paulinę Al

Teraz jak już wspomniałam pod jakim imieniem możecie ją znaleźć na Facebooku myślę, że część z was może już skojarzyło. A może zdjęcie do tego wpisu coś wam mówi? Ta niesamowita mama jest w naszej grupie na Facebooku. Jeśli jeszcze was tam nie ma, to zapraszam do dołączenia do społeczności domanujących rodziców. To, że do Pauliny w ogóle napisałam, bo przecież nie kontaktuję się z każdym z już ponad 1000 członków wynikło z faktu, że gdzieś wspomniała, że nauczyła córkę czytać metodą Domana ok. 10 lat temu. Teraz działa maksymalnie angażując się w wychowanie młodszej córki. 

W Internecie jest tyle niesłusznej krytyki Domana, że kontakt z rodzicami, których doświadczenie potwierdza, że metoda Domana przynosi efekty są dla mnie na wagę złota. Zwłaszcza po tym jak na pytania szczegółowe o to jak działała i działa z córkami odpisała, że elaboraty można pisać, postanowiłam poprosić o wywiad i zgodziła się. Jak wiecie uwielbiam elaboraty na ciekawe tematy. Na odpowiedzi na moje pytania nie czekałam długo. Nie myliłam się, bo wywiad wyszedł bardzo ciekawy i chociaż to już mój kolejny kolejny wywiad w temacie metody Domana, ten jest zupełnie inny i wiele wnosi. Linki do wywiadów z pozostałymi rodzicami oraz z mamą, która sama była uczona czytać metodą Domana w dzieciństwie znajdziecie pod tym artykułem.

Wywiad przyśpieszył ostatni artykuł, w którym starałam się przekazać wiedzę ze szkolenia z Bożeną Bejnar-Sławow dotyczącą tego, co jest najważniejsze dla rozwoju dziecka. To co słyszeliśmy na szkoleniu poruszyło Paulinę i podejrzewam, że wielu z was. Na początku zacytuję co do mnie napisała jeszcze w trakcie czytania artykułu:

Czytam właśnie Twój najnowszy wpis po szkoleniu z p. Bożeną. Bardzo ciekawe… bardzo ciekawe… Strasznie szkoda, że ona się tak wyłączyła,mogłaby coś może podpowiedzieć, wyjaśnić. Nie podoba mi się taka postawa, burzy zaufanie. Ale ja nie o tym. 

Artykuł, w sensie wnioski, są mega hmm… RADYKALNE.. Trochę jakby w jednym zdaniu powiedzieć – jak nie wspomożesz dziecka i nie będzie pełzać i raczkować, to się wyluzuj bo i tak będzie „skaleczone.” Nie obraź się, to nie zarzut do Ciebie absolutnie, ale niejedna niedoświadczona „świeża” matka może to tak właśnie odebrać. Nawet ja tak to odebrałam! 

Zaczęłam się zastanawiać nad tym naszym „wywiadem”. Moja pierwsza córa burzy zupełnie ten obraz. Aż mnie korci zapytać p. Bożenę, jak ona się do tego by ustosunkowała. Nie rozumiem jej do końca. Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Powinno bowiem mi się właśnie otworzyć okienko: „O tak! Już wiem dlaczego moja córka tak kiepsko sobie radzi w szkole!”

i dalej w rozmowie:

„Widzisz Aga, dlatego „wolę” Domana. On pozostawia furtkę, daje power, zachęca, pobudza do działania. Cokolwiek zrobisz będzie lepsze od nie zrobienia nic. Mówimy o dzieciach zdrowych, bez uszkodzeń neurologicznych. Poszkoleniowe wnioski jak dla mnie ZNIECHĘCAJĄ do Domana. No bo – nie pełza, a to sobie daj spokój bo MOŻE będziesz mieć szczęście i nauczysz czytać, ale bardziej prawdopodobne jest, że nie. Nie podoba mi się takie podejście. Mówię o Bożenie, nie o Tobie! Ty działasz super, wierzysz w to, co robisz. Ile jest mam (ojców o wiele mniej), które myślą, wątpią, bo im się do głowy wsadza, że czytaniem zabierasz dzieciństwo! A jeszcze sobie przeczytają, że warunek konieczny nie został osiągnięty (pełzanie) i rezygnacja murowana. Szczególnie tych starszych dzieci, bo pełza się ok. 6 miesiąca  życia. A jak dziecko ma 2 latka i ktoś się dopiero za to zabiera? To się kłóci z moim życiowym podejściem. Dlatego mną tak szarpnęło. A Domana uwielbiam. On wiedział co robi.” 

Po tym wstępie zapraszam na wywiad. Dowiecie się z niego między innymi jak starsza córka Pauliny radzi sobie w szkole, czy pełzała i raczkowała oraz jak działa z najmłodszą córeczką. Jak zalecenia pełzania i raczkowania dla optymalnego rozwoju mózgu mają się w przypadku młodszego dziecka i w przypadku jej samej jako dorosłej już osoby. Poza tym po lekturze mojej rozmowy z nią nabierzecie motywacji do działania z waszymi maluszkami. Ze słów Pauliny aż tryska pozytywna energia. Daje nam niezwykle pozytywny obraz metody Domana.

Przyznam się, że za pierwszym razem nie dałam rady wszystkiego przeczytać, bo się wzruszyłam, a to było rano przed pracą i nie mogłam sobie na to pozwolić. Tak po ciąży już mam, że bardziej emocjonalnie reaguję na niektóre rzeczy. Niemniej jednak, żaden wywiad do tej pory tak na mnie nie wpłynął. Paulina Al działa z młodszą córką tak jak ja chciałabym działać z Mają od urodzenia gdybym mogła cofnąć czas. Dodam jeszcze, że jest kolejnym rodzicem pokazującym, że na bazie zaleceń i filozofii Domana trzeba stworzyć swoją autorską metodę. Jestem pewna, że sposób na wczesną edukację Pauliny niejednemu rodzicowi się przyda. Przecież nie wszystkim odpowiadają sesje machania kartami. Poza tym ja już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że proponowany harmonogram Domana da się sztywno realizować jedynie z dzieckiem młodym neurologicznie tj. w wieku 3-6 miesięcy oraz starszym, jeśli jeszcze funkcjonuje na tym poziomie w pewnych sferach. Po wyjaśnienia zapraszam do pierwszego podlinkowanego pod artykułem wywiadu. 

Metoda Domana przynosi efekty- wywiad z mamą, która wychowuje córki zgodnie z filozofią Glenna Domana

Teachyourbaby: Na początek prosiłabym cię, żebyś powiedziała kilka słów o sobie.

Paulina Al: Jestem mamą dwóch wspaniałych córek. Zawodowo – od lat pracuję jako szczur korporacyjny w ogromnej międzynarodowej firmie. Ale lubię moją pracę (haha), bo umożliwia mi styczność z ludźmi z różnych kultur oraz podróżowanie po świecie. Dzięki temu otwieram umysł, poszerzam horyzonty. Prywatnie jestem leniem. Lubię wygodę i dobre jedzenie. Razem z mężem jesteśmy smakoszami,  potrafimy dużo zjeść i nie boimy się eksperymentować. Zawsze na cel naszych podróży wybieramy miejsca, które oferują nieznaną nam lokalną kuchnię. Jesteśmy kinomianiakami. Ja jestem w stanie obejrzeć wszystko, byle by było nagrane w technologii 3D IMAX. Jak tylko mogę ćwiczę jogę. Przemawia do mnie jej filozofia. Lubię czytać. Interesuję się psychologią w obszarze samoświadomości i relacji międzyludzkich. Kocham kawę i czerwone, wytrawne wino. Z wykształcenia jestem inżynierem maszynoznastwa i magistrem zarządzania. Z powodzeniem łączę w pracy obie umiejętności. Jestem świetnym organizatorem. Potrafię zapanować nad największym chaosem. Skutecznie działam pod presją czasu. Ale swój czas szanuję. Lubię poleżeć brzuchem do góry. Generalnie wyznaję w życiu zasadę, że nie ma rzeczy niemożliwych. Wystarczy chcieć.

Teachyourbaby: Jak dowiedziałaś się o Domanie? Przeczytałaś jego książki, czy może do działania zmotywowało cię doświadczenie kogoś innego? Rozumiem, że do pracy z drugim dzieckiem zmotywowały Cię efekty z pierwszym.

Paulina Al: Domana znam od 10 lat. Wtedy nie był on w Polsce w ogóle znany. Natknęłam się na artykuł dotyczący czytania globalnego przez przypadek, szukając inspiracji do fajnych zabaw z moją pierwszą córką, gdy siedziałam z nią na wychowawczym. Miała wtedy około roku. Po bardzo intensywnych poszukiwaniach znalazłam jego książkę : „How to teach your baby to read„. Zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Byłam oszołomiona i nabrałam od razu w nią niesamowitej wiary. Doman to moja filozofia życiowa! Nie ma rzeczy niemożliwych. Wystarczy zapał, zaangażowanie i chęć. Niesamowicie mnie to zainspirowało.

Teachyourbaby:  W jednej z grup, gdzie się ujawniłaś mówiłaś, że nauczyłaś swoją córkę czytać metodą Domana. Mogłabym prosić o szczegóły. Pozwól, że zasypię Cię teraz pytaniami o czytanie. 

W jakim wieku zaczęłyście? Ja działałaś? Jakie modyfikacje wprowadziłaś?  Prezentowałaś karty szybko? Zaczynałaś od 15 powtórzeń na kartę? Pisałaś ręcznie, czy miałaś gotowe karty? Ile słów orientacyjnie córka musiała poznać, żeby nauczyć się czytania? Działałaś systematycznie?

Paulina Al: Kupiłam czarno -białą drukarkę, ryzę papieru i wzięłam się do pracy. Nie trzymałam się technicznych wytycznych. Od razu dostosowałam metodę do swoich możliwości (mówiłam, że jestem leniem, haha) oraz wymagań córki. Zaczęłam od słów z naszego otoczenia. Bardzo szybko wprowadziłam czasowniki i przymiotniki, z których później tworzyłam wyrażenia dwuwyrazowe. Puszczałam wodze fantazji. Pojawiały się u nas „śmierdzący banan” czy „leniwa krowa”. Wszystko, byle tylko przykuć uwagę córki i wywołać uśmiech. Porozklejałam słowa w całym domu. Na czym się dało, a nawet na czym się nie dało. Dom wyglądał jak śmietnisko.Wszędzie fruwały kartki. Wszystkie oczywiście zawierające słowo przedmiotu,do którego były przyklejone. Cały czas czarny tusz na białej kartce A4 przeciętej wzdłuż na pół. Jak na A4 się nie chciało zmieścić, to zmniejszałam troszkę czcionkę, ale raczej się trzymałam jednego rozmiaru. Z lenistwa nie robiłam książeczek, o bitach w ogóle nie miałam pojęcia. Książki niedomanowe kupowałam na kilogramy w marketach. Brałam wszystko z klasyki. „Małpa w kąpieli”, „Pan Maluśkiewicz” i „Na straganie”. Prenumerowałam Świerszczyk.

Teachyourbaby:  Dawałaś opcje wyboru według Domana? Jeśli tak jak to wyglądało? Twoja córka wybierała dobre odpowiedzi, złe, różne?

Paulina Al: Nie sprawdzałam córki nigdy. Szczerze mówiąc to nawet mi to nie przyszło do głowy. W czytaniu globalnym czytanie nie było moim celem. Celem była stymulacja mózgu, tworzenie połączeń neuronowych. Strasznie się na to zafiksowałam. Realizując program wręcz czułam jak iskrzy w tej małej główce. To był mój motor do działania. Nie odpytywałam, nie kazałam wybierać. Pokazywałam i pokazywałam. Bez żadnego harmonogramu czy planu. Żadnych trzydziestominutowych przerw czy minimum/maksimum słów. Szłam za dzieckiem. Jeśli spędzałyśmy cały dzień po za domem to nie pokazywałam nic.

Teachyourbaby:  Po jakim czasie odkryłaś, że córka czyta?

Paulina Al: Metodę stosowałam do jej 3 roku życia. Wtedy wróciłam do pracy a córka poszła do przedszkola. Przerzuciłyśmy się wtedy na bardziej klasyczny model nauki – literki, składanie wyrazów oraz dużo matematyki (niedomanowej). Moje przedszkolne dziecko, pamiętam, było zafascynowane znakiem mniejszości/większości oraz ułamkami. Ćwiczyłyśmy je za pomocą magnetycznych cyferek przyklejanych do lodówki. Szukałyśmy ciągów na tablicach rejestracyjnych. Miałyśmy liczmany, liczydło, działania na zbiorach. Siedząc w bazie pod stołem dzieliłyśmy torty urodzinowe na części i uczyłyśmy się korzystać z zegarka. 

Córka już wtedy „rozróżniała” dużo słów, na pewno znała cały alfabet. Czy czytała? Nie wiem. Metodę sylabową, którą poznałyśmy z elementarzem, załapała w mig, więc może już tak. W wieku 5 lat czytała ten elementarz. Sama, na głos, ze zrozumieniem tekstu.

Teachyourbaby: Jestem pewna, że czytała tylko, że nie sprawdzałaś, więc nie wiedziałaś, a poza tym … w sprawdzaniu też mogłaby przekornie nie ujawnić swoich umiejętności. W grupie Instytutów Domana przeczytałam kiedyś, że głośne czytanie jest tylko potwierdzeniem, że maluch czyta. Zaczyna czytać o wiele wcześniej. 

W związku z najnowszą wiedzą dosłownie muszę o to zapytać: czy pamiętasz może, czy Twoja córka, która już czyta pełzała i raczkowała? A jak z drugim dzieckiem?

Paulina Al: Obalę teorię… Moja pierwsza córka W OGÓLE nie pełzała i nie raczkowała. Ani przez chwilę. Było w tym bardzo dużo mojej winy. Dziś, z moją aktualną wiedzą, nie mogę sie nadziwić, ile „krzywdy” zrobiłam mojemu dziecku. Córka była niewymagającym dzieckiem. Dużo spała, mało płakała, nie trzeba było jej nosić, usypiać, cudować. Kładłam ją na plecach, patrzyła na swoje karuzele i była szczęśliwa. Do 1 r.ż nie wspierałam jej rozwoju ruchowego praktycznie w ogóle. Dziś się zastanawiam – gdzie by była gdybym postępowała inaczej?

Moje podejście zmieniło się dopiero jak zaczęła chodzić w 12 miesiącu. Jakoś tak wtedy naturalnie JA dojrzałam do tego, że skoro dziecko chodzi to wreszcie można zacząć mu proponować aktywności ruchowe. Dużo nadrobiłyśmy, bo przez kolejne lata zaliczyłyśmy cały wachlarz zajęć ruchowych od zwykłych placów zabaw poprzez wymyślne instalacje (nawet zupełnie nieświadomie brachiację) aż na balecie skończywszy.

W tej chwili, z moją drugą córką, to ja już jestem guru Domana w porównaniu sprzed 10 lat! Przeczytałam kilka jego książek, mam wsparcie Twojej grupy i wiedzę z Twojego bloga. Drugą córkę „domanuję” od drugiego miesiąca życia (przez pierwszy starałam się jedynie przeżyć, bo się tym razem high need trafił, haha). Dziecię ma aktualnie skończone 8mcy i ma za sobą pełzanie naprzemienne (w około 5mcu, pełzała krótko, ze trzy tygodnie), następnie sama usiadła i zaczęła raczkować. W tej chwili jest wytrawnym raczkowaczem,ale wstaje już na nogi i robi pierwsze kroczki przy meblach. Tyle, że ja jestem o niebo mądrzejsza.

Żyjemy na podłodze. Kładłam ją od 3 miesiąca (jak tylko się pozwoliła) bez przerwy na brzuchu. Od samego początku ćwiczymy chwyt do brachiacji (córa w tej chwili uwisi sama jakiąś minutę, podnosi nawet nóżki do góry jakby chciała się nimi złapać razem z rączkami). Mamy dużo bujania, wiszenia, noszenia, przeróżnych ćwiczeń, ze sprzętem i bez, turlanek i generalnie sporo z tego, co Doman zaleca w książce „Fit baby, smart baby” oraz własne wariacje.

Teachyourbaby: Czy tworzyłaś dla starszej córki książki do czytania globalnego, czy obyło się bez tego etapu jak u Natalii Minge? Jak działasz z młodszą? 

Paulina Al: Nie tworzyłam ani książek ani bitów. Po prostu dużo książek jej kupowałam i ja czytałam. Do znudzenia. Jak chciała – to po sześćdziesiąt razy to samo. Ma do dzisiaj taką książkę, której nienawidzę. Musiałam ją czytać i czytać w kółko, a była dość infantylnie napisana, wcale mi się nie podobała i miałam jej serdecznie dosyć. A ona, jak na złość, ją uwielbiała.

Ja czytam z dużą modulacją głosu. Bohaterowie „mówią” u mnie swoimi głosami. Jak się śmieją, to ja się śmieję w głos. Moje czytanie to takie mikro sztuki teatralne. Myślę, że to ma też duże znaczenie. A propos sztuk teatralnych – moje dzieci są otoczone zabawkami, które „żyją”. Są postaci w naszym domu, które są pełnoprawnymi członkami rodziny. Mają swoje imiona, miejsce, charakter, głos, zainteresowania. „Rozmawiają” z moimi dziećmi. To taki mój sposób na zabawę. Dość powiedzieć, że w nauce mojej starszej córki pomógł nam najzupełniej wyimaginowany Grześ.

Bawiłam się z moją córką w szkołę. Miała biureczko, zeszyty i książki (prawdziwe, takie ze szlaczkami i zadaniami dla przedszkolaków). I do tej szkoły „chodził” z nią Grześ. Grześ był pociesznym, niezbyt rozgarniętym chłopczykiem. Przynosił sobie na przykład na drugie śniadanie frytki z obiadu. Z keczupem. W kieszeni… Moja córa nie mogła się doczekać zabawy w szkołę, bo do łez rozśmieszał ja ten Grzesiu, który potrafił zjeść gumkę do ścierania, bo miała kształt truskawki.Proszę sobie wyobrazić, że moja córka do dziś tego Grzesia wspomina z rozrzewnieniem. A ja z wdzięcznością. Dzięki niemu przerobiłyśmy tony zadań. Bez zmuszania, namawiania i udręki.

Teachyourbaby: Co jeszcze oprócz czytania i tego o czym do tej pory nam powiedziałaś robiłaś/ robisz w zakresie wczesnej edukacji? Może jakieś inne metody, czy aktywności niezwiązane z metodą Domana? Pisałaś kiedyś coś o muzyce.

Paulina Al: Tutaj zrobię dygresję. Doman to nie jest jedynie czytanie. To nie machanie trzema zestawami po pięć słów w odstępach trzydziestominutowych. To w ogóle nie o to chodzi. Doman to pasja. To fascynacja potencjałem własnego dziecka. To niezłomne przekonanie o wyjątkowości młodego umysłu. To chęć. To zapał. To pomysłowość. To, w końcu, bycie dla swojego dziecka nauczycielem, który realizuje indywidualny, niepowtarzalny program szyty na miarę tego małego, cudownego człowieka.

Ja robię, na co mi tego zapału wystarcza. Domanuję moją młodszą córkę od urodzenia. Była jedynym dzieckiem na oddziale położniczym niezamotanym w te wszystkie beciki i rożki. Bez czapeczki, ochraniaczy na ręce (sic!) i z gołymi stópkami. Nigdy nie spała w śpiworku, nie miała na sobie pajacyka. Miała dużą potrzebę bujania -kupiliśmy jej najpierw hamak, poźniej huśtawkę. Drukowałam jej karty do stymulacji wzroku, mąż jej zrobił z figurek origami przepiękne, kolorowe instalacje. Obecnie, za Twoim niesamowitym przykładem, realizuję naukę języka angielskiego metodą OPOL. Uczę czytania globalnego języka angielskiego i polskiego. Zaczęłyśmy dodawanie na kropkach.

Zainspirowana osiągnięciami członków Instytutu Domana czynię przygotowania do realizacji programu Brillkids do nauki języka chińskego. Chodzimy na basen (tu prekursorem jest mąż, zrealizował cały program z książki Douglasa Domana „How to teach your baby to swim„) – mała swobodnie czuje się w wodzie, sama skacze do basenu (1,2m głębokości), nurkuje z otwartymi oczami. Podczas ostatniego pobytu mąż puścił ją samą w wodzie, a ona podjęła próbę płynięcia.

Umuzykalniamy się. W domu i w Filharminii, w oparciu o metodę Edwina E. Gordona. Uwrażliwiamy córkę na otaczający świat. Ja uwrażliwiam córkę na zapachy bardzo. Praktycznie od urodzenia dawałam jej do powąchania wszystko, co jadłam. Taka anegdota: ostatnio zawiozłam moją starszą na jazdę konną. Był mróz -7 stopni, wrota do stajni wyjątkowo były zamknięte, zazwyczaj są na przestrzał otwarte. Konie się grzały. Weszłyśmy tam wszystkie. Ja z małą na rękach. W nasze nozdrza uderzył…koński zapach. Moja mała w płacz. W pierwszej chwili nie mogłam zrozumieć o co jej chodzi. W stajni była nie raz. Dopiero po chwili – wyszłyśmy na zewnątrz, odeszłyśmy na wiatr i się uspokoiła. Zapach ją zaniepokoił!

Co więcej? Mamy w domu cztery koty, które, śmiało mogę powiedzieć, biorą czynny udział w jej wychowaniu. Śpią z nią, jedzą, chodzą na spacery. Ona je obserwuje i kocha. Niczego jej nie zabraniamy. Nasza córka liże drzewa, siedzi w zmywarce, rozsypuje kilo ryżu po pokoju, smaruje się masłem i wącha czosnek. Nie, nie chodzi absolutnie o „bezstresowe wychowanie”. Chodzi o to, że nam się chce. Chce się po niej sprzątać, chce się ją zabierać. Wychodzimy jej naprzeciw a równocześnie nie przeszkadzamy. W naszym domu nie ma telewizora, grających zabawek, chodzików, kojców. Przestrzeń jest dostępna dla dziecka. Ja jak idę w gości to siadam z nią na podłodze i na podłodze się częstujemy czym zostaniemy ugoszczone. Dużo jej czytamy, poświęcamy uwagi. Dzieci to mój pępek świata. Dla mnie ich pierwsze lata życia to dawanie, dawanie i jeszcze raz dawanie. Ja wręcz czuję, jak ten cenny czas przecieka mi przez palce. Trzeba pędzić! Mózg dziecka rośnie tylko do 6 roku życia!

Teachyourbaby: Widziałam w grupie też Twoje komentarze na temat wczesnej nauki pływania. U nas to już nie będzie tak wcześnie, ale kiedyś bym nie ogarnęła. Planujemy niedługo zacząć. Też mnie inspirujesz. A poza tym po tych ostatnich słowach to jak dla mnie jesteś Krzysztofem Kwietniem w żeńskim wydaniu. Niesamowite! A jak byś porównała działanie ze starszą córką z tym co robisz teraz z młodszą? Jakie zmiany? 

Paulina Al:  Tego się nie da opowiedzieć w jednym pytaniu. Z pierwszą córką zostałam na trzy lata w domu. Tzn. jak miała 6 miesięcy wróciłam na chwilę do pracy. Byłam bowiem w momencie takiego rozkroku – wybrać rozwój zawodowy i pchać się w wyścig szczurów czy zostać w domu i poświęcić się macierzyństwu. Myślałam, że podołam obu zadaniom. Ale – w pracy myślałam o małej, w domu myślałam o pracy.

Bardzo krytycznie  patrzyłam na opiekunki. Ciągle mi czegoś brakowało w ich „pracy.” One do końca mnie nie rozumiały, a ja czułam, że dziecko się nie rozwija. Nie tak, jak JA bym to widziała. Skończyło się na tym, że nie przedłużono ze mną umowy. Trudno się dziwić. Byłam nieobecna myślami, jeździłam do domu na karmienie. Właściwie to sama się tego spodziewałam. Dałam sobie spokój z pracą. I to była najlepsza decyzja. Jedna z lepszych w moim życiu.

Spędziłam z córką kolejne wspaniałe lata. Ciągałam ją po wszelkich zajęciach: plastycznych, muzycznych. Miałyśmy karnety na sale zabaw. Jeździłyśmy po mieście w poszukiwaniu coraz nowych i większych placów zabaw. Nie opuszczałyśmy w województwie żadnych festynów, odpustów, eventów, Dni Dziecka, pikników, Święta Truskawki, dożynek itd.

Te dwa lata to była ciężka praca. Poświęciłam się jej w całości. Efekt? Dziś moja starsza córka wchodzi w wiek nastoletni. Taki ciężki wiek. Ja mam z nią bardzo dobry kontakt. Ufamy sobie. Rozmawiamy. Moje dziecko nigdy przenigdy mnie nie okłamało. Nie ma po co. Pewnie, że się kłócimy. Tego też ją nauczyłam. Mieć własne zdanie i nie dać sobą dyrygować. Ale chodzi mi o relację. Te pierwsze wspólne lata ją zbudowały. Bardzo silną, ale partnerską. Znam dzięki temu moją córkę doskonale. Potrafię ją zrozumieć. Chyba o to chodzi w relacji rodzic – dziecko?

A zmiany? Zmiany ogromne i żadne. Już tłumaczę. Tak jak wspominałam, teraz jestem o niebo mądrzejsza. Przeczytałam kilka książek Domana, mam Was – Twoją grupę – ludzi z pomysłami i doświadczeniem. Po pierwsze – działam od urodzenia. Po drugie – najważniejszy jest rozwój fizyczny. Podłoga, podłoga, podłoga. Po trzecie – mam plan i wizję tego, co chcę zrobić. A z drugiej strony – nadal jestem w 1000% oddana dziecku. Ja po prostu wariuję na punkcie moich dzieci. Moja druga córka jest niesamowicie aktywnym dzieckiem. Wspieram ją w tym. Mąż wspiera mnie. I starsza córka również. Tworzymy fajny zespół.

Teachyourbaby: Wow! Jesteś niesamowita. Ja chętnie cofnęłabym czas. Chciałabym mieć taką wiedzę w momencie narodzin mojej Mai. Też teraz od początku bym działała z rozwojem fizycznym. U nas dużo rzeczy dobrze podziało się z przypadku, ale nawet nie chcę myśleć, co by było gdyby nie ten przypadek. No i przydałby się wspierający mąż (śmiech). Kolejne pytanie: Czy otaczasz swoje córki książkami? Sama dużo czytasz? 

Paulina Al:  Oj tak. Wszyscy dużo czytamy. Znaczy ja ostatnio najmniej, bo mnie mała wykańcza i nie mam kiedy… Moja starsza córka czytała książki na kilogramy. To było dziecko, dla którego karą było iść spać bez książki. Czytała dużo, miała swoje ulubione serie. Na książki wydawałam majątek. Nawet się pokusiłam o policzenie, na potrzeby tej rozmowy, o policzenie książek w jej biblioteczce. Ma ich aktualnie 270. A należy jeszcze do dwóch bibliotek. Z młodszą na razie więcej książki jemy niż czytamy, ale biblioteczkę ma już pokaźną i czytam jej nawet jak z pozoru nie słucha. Staram się po angielsku głównie ale i po polsku.
Mąż po polsku.

Teachyourbaby: Pamiętasz może w jakim wieku Ty zaczęłaś czytać i czy też byłaś wychowana na Domanie, czy może metodą tradycyjną? Może jesteś w stanie opisać sytuację, w której to zostało odkryte.

Paulina Al: Ja czytałam też w miarę wcześnie. Z tą umiejętnością poszłam już do szkoły. I lubiłam czytać. Pamiętam, że już jako nastolatka wypożyczałam książki z biblioteki po numerach katalogowych. Po prostu brałam kolejne wolumeny z półek. Nie chciało mi się czytać tych opisów na tyłach. Zaczytywałam się w literaturze rosyjskich autorów, kochałam Różewicza. Sama napisałam tony wierszy, będę z nich żyć na emeryturze… (haha). Nie byłam domanowana.

Moja mama jest pedagogiem wczesnoszkolnym, pracowała ze mną „tradycyjnymi” metodami. Ale pracowała! Do tego nie pełzałam i nie raczkowałam. Od razu na nogi. Nie mam dysleksji ani dysgrafii. W szkole byłam wzorową uczennicą i żadnemu świadectwu nie odpuściłam paska. Opanowałam sztukę posługiwania się biegle jednym językiem obcym i liznęłam trzy inne. Z lenistwa się nimi nie posługuję. Nigdy nie były mi w praktyce potrzebne.

Teachyourbaby: Dla mnie to też trochę domanowanie, bo praca z dzieckiem. Doman nie kwestionował żadnej innej metody. Był za tym, żeby z dzieckiem spędzać czas i je rozwijać zgodnie z jego metodą lub po swojemu. 

Czy jesteś w stanie obserwując czytanie starszej córki wykazać zalety nauki czytania metodą globalną nad innymi np. czyta szybciej, bezwysiłkowa nauka itp.?

Paulina Al: Ja pisałam o tym kiedyś na naszej grupie FB, bo któraś mama zapytała, po co właściwie tak przeć na to czytanie, przecież każdy z nas, prędzej czy później, się nauczył czytać. Po co to? Powtórzę na przykładzie mojej córki, która w wieku 5 lat sama czytała. Co jej to dało? Niesamowicie wzbogaciło słownictwo. Inni rodzice, rodzina, później nauczyciele, zwracali uwagę na kwiecistość wymowy, pięknie budowane zdania, duży wachlarz słownictwa. To słychać do dziś. Moje dziecko zanim poszło do szkoły przeczytało tony książek. Ba! W wieku 6 lat napisała swoją.

Przyjaźń ze słowem zaowocowała umiejętnością posługiwania się poprawną polszczyzną. Pięknie mówi tj. teraz wiek nastoletni i te wszystkie „spoczko” i „xd” są na topie, ale to minie. Nie ma kłopotów z nauką, ma mega pamięć, ortografia nie sprawia jej kłopotów. Ponadto wczesna nauka czytania zaowocowała umiejętnością czytania ze zrozumieniem (pomocne we wszystkich dziedzinach, matematyce również), poszerzeniem wiedzy ogólnej dzięki dziesiątkom przeczytanych książek. I co najważniejsze, umiała czytać ZANIM od niej tego wymagano. Ominęła etap frustracji, męki, gnębienia elementarzem. To ważne dla rozwoju emocjonalnego. Ponadto jest dzieckiem, które nigdy się nie nudzi. Wiecie, ci wszyscy bohaterowie książek mają wiecznie różne przygody. Myślę, że moja córka dużo z tego czerpie. Zawsze ma jakiś fajny pomysł, umie sobie zorganizować czas. Na przeróżne sposoby.

Teachyourbaby: Jak twoja starsza córka radzi sobie w szkole? Jak wypada na tle rówieśników? Czy wczesna umiejętność czytania ułatwiła jej wejście do szkoły, czy utrudniła? Nie nudziła się w klasach 1-3?

Paulina Al: Dużo pytań i wątków na raz… Szkoła to już inna para kaloszy. Ja bardzo długo i uważnie szukałam odpowiedniej placówki dla mojej pierwszej córki. Byłam bardzo wymagająca. Raz, z powodu wysoko postawionej poprzeczki edukacyjnej, dwa z powodu wysokiej wrażliwości córki. Zdecydowałam się na szkołę prywatną, małą klasę pod opieką cudownej nauczycielki.

Program był realizowany systemem daltońskim. To był świetny wybór i niejako alternatywa do ED, na którą nie mogłabym sobie pozwolić ze względów finansowych a i chyba bym nie podołała. Po za tym ważny dla mnie był aspekt społeczny, nauczenie córki pracy zespołowej, współdziałania. W szkole się nie nudziła. Przez trzy lata nauczania początkowego ze swoją ukochaną Panią fantastycznie się rozwinęła i udoskonaliła swoje umiejętności.

Od pierwszej klasy bardzo dużo czytali. Mieli co miesiąc lekturę! Pisali wypracowania, dużo wychodzili, działali społecznie. To była inna szkoła niż te z „reformy”
Zalewskiej. Z bardzo różnych przyczyn po 4 klasie przeniosłam córkę do szkoły państwowej. Dziś wiem, ze gdyby poszła do niej mając te 6 lat zmarnowałabym jej całą edukację, a kto wie czy i nie dzieciństwo. To bardzo, bardzo smutne. Ale mówmy o pozytywach.

Baza, z którą moja córka poszła do szkoły, czyli umiejętność czytania, liczenia, logicznego myślenia, rozwiązywania klasycznych „zadań”, pisania oraz szeroka wiedza ogólna spowodowały zachwyt szkołą. Córka uwielbiała się uczyć. Była doskonałą uczennicą. Udzielała się w klasie, chętnie wstawała rano z łóżka. Miała czas i przestrzeń emocjonalną do zajęcia się innymi aktywnościami. Chodziłyśmy na balet, basen, konie. Nie było udręki zaliczeń, prac domowych, zaległości i korepetycji. Był czas na olimpiady i konkursy.

pierwszej klasie SP moja córka zajęła 6 miejsce w Polsce w ogólnokrajowej olimpiadzie z języka angielskiego. To wszystko zbudowało w niej coś mega ważnego i dało kopa na przyszłość – pewność siebie i wiarę we własne umiejętności. Rzecz bezcenna w teraźniejszym świecie.

Dziś moja córka jest lubianą koleżanką, typem lidera za którym wszyscy chętnie idą, bo ma charyzmę i fajne pomysły. I pomimo faktu, że dzisiejsza szkoła ją nudzi, mierzi i umie dostrzec jej kolosalne braki i niedociągnięcia (systemowe) jest bardzo dobrą uczennicą. Nie wkłada w naukę przesadnego wysiłku (o tyle, o ile
pozwalają jej na to czasami na serio idiotyczne zadania). Ma swoje pasje, sympatie i antypatie. Ale ! umie logicznie myśleć.

Uwielbiam się z nią uczyć matematyki. Z pozoru kompletnie niezrozumiałe dla niej zagadnienia po „rozrysowaniu”, syntezie logicznej stają się banalnie proste. Do tego ma dryg do języków. Uczyła się francuskiego. Zrezygnowała niestety, doszła do wniosku, że jej się nie podoba. Od przyszłego roku zaczyna się uczyć hiszpańskiego. Ma zapał. Angielski nie sprawia jej żadnych kłopotów pomimo, że nie włada nim biegle. Opowiadam o tym wszystkim, żeby uczulić rodziców małych dzieci. Nasza polska szkoła jest bardzo kulawa. Dużo zależy od nauczyciela, który z marnymi środkami, ale ogromem swojej pracy będzie w stanie z pasją i zapałem realizować program. Jeżeli włożycie tak dużo pracy w rozwój swoich dzieci na tak wczesnym etapie to z ogromną uwagą posyłajcie je do szkoły. Żeby tych lat pracy Waszych dzieci po prostu nie zmarnować.

Teachyourbaby: Jako aktywnie zawodowo nauczyciel w szkole państwowej w pełni się z Tobą zgadzam. Wspominałam co nieco w kontekście moich ograniczeń, jeśli chodzi o nauczanie języka angielskiego w artykule o Międzynarodowym Programie Powszechnej Dwujęzyczności. Dopóki system się nie zmieni niestety w w przypadku wielu uczniów będziemy mieć tzw. „milczącą znajomość języka angielskiego.” Po szczegóły zapraszam do wspomnianego artykułu, a tymczasem mam kolejne pytanie. Jaki jest twój stosunek do wczesnej edukacji z perspektywy czasu? Co byś sugerowała rodzicom, którzy już działają metodą Domana oraz innym, którzy wahają się, czy jest sens tak wcześnie uczyć dziecko? Jakich rad mogłabyś udzielić rodzicom?

Paulina Al: Myślę, że już odpowiedziałam na to pytanie. Dla mnie każdy rodzic, który sięgnie po książkę Domana już jest rodzicem doskonałym. W dzieci trzeba inwestować. Nie pieniądze, ale czas, zapał, uwagę. Doman o tym wiedział. Doman o tym pisze. Doman to nam tłumaczy. Zrobienie czegokolwiek jest lepsze od nie zrobienia niczego. To moje-jego motto. To bym przekazała wszystkim rodzicom. Żeby się nie zrażali, nie udręczali za małą ilością sesji, pozornym brakiem postępów swoich pociech. Wszystko, absolutnie wszystko, co zrobicie ze swoimi dziećmi zaprocentuje w przyszłości. Słowo. Moim zdaniem nie ma sensu marnowanie czasu. Niech mi ktoś wytłumaczy czemu to miałoby służyć? Ze sceptykami nie dyskutuję. Ich wybór.

Teachyourbaby: Ja kiedyś próbowałam dyskutować z jedną sceptyczką, a raczej ona ze mną. Też już nie dyskutuję. Nie ma sensu jak ktoś nawet książki Domana nie ma ochoty przeczytać, po czym pisze artykuł na bloga krytykujący metodę Domana tylko po to, żeby była jakaś przeciwwaga w Internecie dla blogów propagujących tą metodę. Szkoda słów. Nawet nie będę wspominać jaki to blog.

Jestem ciekawa jak teraz organizujesz swoim córkom czas? Co jest dla was najważniejsze? Rozwijacie się też ruchowo? 

Paulina Al: Teraz to ja już nie wiem w co ręce włożyć! (haha). Mam dwie na stanie i tylko 24h doby. A, przypomnę, nie pracuję zawodowo. Robię, co mogę. Dla obu. Domanuję na maxa. I jeszcze raz – nie na maxa z ilością powtórzeń, ale na maxa z zaangażowaniem, z czasem, z pomysłem.

Wykorzystuję każdą okazję, aby córki czegoś nauczyć, coś im pokazać, gdzieś zabrać. One mi we wszystkim towarzyszą. Moja mała (8,5mca) już była w restauracji, Filharmonii, muzeum, stadninie, na koncercie, w markecie, pizzerii, basenie, sądzie, parku, na wczasach, prowadziła auto (haha), jeździła na deskorolce, zjeżdżała na sankach, miała kontakt z dziećmi, zwierzętami, majsterkowała. Można by tak długo.

Puenta? Nie ma „za wcześnie” czy „za mały.” Trzeba już, teraz, zaraz. Nie ma na co czekać, bo można moment zainteresowania przegapić. Teraz jest jedyny w życiu moment bezgranicznego zaufania do rodzica. Ślepe podążanie za nim. Z ekstremalną determinacją. I to jest piękne. I to mija. Trzeba to sobie wbić do głowy.

Teachyourbaby: My też tak teraz działamy, ale wiadomo w mniejszym wymiarze, bo ja jednak pracuję. Super, że o tym wszystkim mówisz, bo właśnie o to chodzi w filozofii Domana. W końcu w trakcie każdego podcastu przypominam wam jego słowa „Magia tkwi w dziecku, a nie w kartach.” 

Zmieniając temat, jak wiesz my działamy z dwujęzycznością zamierzoną. Wspominałaś, że wprowadzasz czytanie globalne w dwóch językach młodszej córce. A co ze starszą? Wprowadzałaś jej języki w czytaniu. 

Paulina Al:  Z pierwszą córką – nie. Korzystałyśmy z metody Helen Doron. Dość długo, nie pamiętam, ale dwa -trzy lata i uczyłam „tradycyjnie”. Z młodszą – tak jak wspominałam: OPOL i czytanie globalne.

Teachyourbaby: Mi osobiście wydaje się, że działanie metodą Domana wspiera więź pomiędzy rodzicem a dzieckiem. Co o tym myślisz? Jak wczesna edukacja wpłynęła na relacje pomiędzy Tobą, a córkami? Dodałabyś coś jeszcze do tego, o czym już do tej pory wspominałaś? 

Paulina Al:  Doman to całokształt. On w bardzo energetyzujący sposób, prostym językiem i zwykłymi metodami pokazał, że każdy z nas, niezależnie od wykształcenia i stanu majątkowego może dać swojemu dziecku maksymalnie wiele. Każdy rodzic. Doman nikogo nie dyskryminuje, nie skreśla. Nie wymądrza się, nie stawia na piedestale SIEBIE i swojej wiedzy. Daje rodzicowi moc. Mnie to się bardzo podoba. A gdzieś tylnymi drzwiami, niedosłownie wspiera właśnie relację z dzieckiem na poziomie emocjonalnym. Zmusza do intensywnej obserwacji. Doman ciągle w swoich książkach powtarza – patrz na dziecko, ono Ci powie. Obserwuj, reaguj, bądź zawsze krok przed nim. To jest budowanie relacji jak najbardziej. I to zostaje na całe życie.

Teachyourbaby: Niezwykle cenne słowa. Dziękuję za rozmowę. Jestem po niej dosłownie naładowana pozytywną energią. 

Paulina Al:  Bardzo dziękuję każdemu, kto przebrnął przez ten tekst. Gdyby ktokolwiek chciał mnie o coś zapytać, komukolwiek mogłabym coś podpowiedzieć – można mnie znaleźć na FB i msg jako @Paulina Al. Zapraszam.

Dawka pozytywnej energii i kop motywacyjny do wczesnego rozwijania dziecka

Bardzo się cieszę,że miałam okazję bliżej poznać Paulinę. Pytajcie w komentarzach lub po prostu odezwijcie się w naszej grupie, jeśli macie do niej jakieś pytania. Na pewno chętnie odpowie, tym bardziej, że sama do tego zachęciła. Jestem ciekawa, czy odebraliście tą rozmowę podobnie jak ja. Dla mnie to był zastrzyk niezwykle pozytywnej energii oraz potwierdzenie że to, czym się już od dawna kieruję przyniesie efekty. W sumie już przynosi, ale ja jestem akurat z tych co na samym początku w kartach siedzieli. Przyznaję się bez bicia. Tak było i tego nie zmienię. Liczę na to, że lektura tego wywiadu zachęci wielu rodziców do działania, zwłaszcza tych, którzy normalnie by porzucili wszelkie myśli o Domanie, bo ich przeraża na przykład ilość proponowanych sesji, czy produkcja kart. Nie o karty tutaj chodzi. 

Teraz działamy podobnie jak Paulina stawiając na maksymalną ilość doświadczeń. W sumie to przymierzałam się do napisania osobnego artykułu w tym temacie, bo sporo różności nam się uzbierało i chciałam pokazać co robimy tak na co dzień. Na kartach owszem działam, ale teraz bardziej stawiam chociażby na spotkania z innymi dziećmi i  wszechstronny rozwój językowy. Nieraz zdarzyło mi się, że na wieść, że domanujemy, słyszałam od kogoś teksty typu „A my chodzimy do zoo, do parku itp.” A my nie? Oczywiście, że tak i o wiele więcej. 

Podobnie jak Paulina jestem zafiksowana na stymulację mózgu. Wiem, że każde doświadczenie przyczynia się do powstania nowych połączeń. Dlatego nie zniechęcało mnie nigdy to jak moja Maja reagowała na opcje wyboru. Gdzieś tam w głowie zawsze była myśl, że to będzie niesamowite jak mi kiedyś pokaże, że umie np. czytać, ale to nie było coś czego wyczekiwałam już i teraz no może trochę ze względu na bloga, ale szybko mnie sprowadziła na ziemię jedna z mam, żeby blog nie przysłonił mi tego co najważniejsze. Najważniejsze jest bogate środowisko pełne stymulacji. Im więcej doświadczeń tym więcej połączeń w mózgu. Więc się stymulujemy na wszelkie sposoby i w żadnym wypadku nie siedzimy tylko w domu, w kartach jak sobie niektórzy myślą.

Dodam tutaj jeszcze, że po zgłębieniu filozofii kryjących się za metodami Azjatyckimi: Heguru, Shichidy oraz ostatnio również Tweedle Wink, stwierdzam podobnie jak Krzysztof Kwiecień, że metoda Domana jest najbardziej kompletną oraz najbardziej intuicyjną ze wszystkich. Jest też najbardziej przyjazną rodzicowi i dziecku. Dzięki właściwemu zrozumieniu Domana czerpiąc też z innych metod w żadnym wypadku nie trzymam się harmonogramów. Wszystko co robię robię zupełnie po swojemu. 

 

Metoda Domana w praktyce
Podcast bloga teachyourbaby

Polecam zaglądnąć też tutaj:

Co jest najważniejsze dla rozwoju dziecka – wiedza ze szkolenia z Bożeną Bejnar-Sławow

Wywiad z mamą, która była uczona czytać metodą Domana w dzieciństwie

Wywiad z Natalią Minge, która nauczyła synów czytać metodą Domana

Wywiad z Natalią Minge o długofalowych efektach metody Domana

Wywiad z Krzysztofem Kwietniem, który świetnie wyjaśnia filozofię Glenna Domana – nauczył syna czytać i matematyki tą metodą

Wywiad z Bożeną Bejnar-Sławow, która jest byłym pracownikiem Instytutów Domana

Od czego zacząć lekturę mojego bloga, czyli linki do działów, w których znajdziecie jeszcze więcej informacji na temat metody Domana

Podsumowanie wczesnej nauki czytania, w tym m.in. o wspomnianej przeze mnie reakcji Mai na opcje wyboru właściwej karty

Lista polecanych i przeczytanych przeze mnie książek Domana w kolejności od najważniejszej 

O Międzynarodowym Programie Powszechnej Dwujęzyczności, w którym wspominam o nauczaniu języków w polskiej szkole

O metodzie OPOL, czyli o tym jak wychowuję moją córeczkę dwujęzycznie 

O programie Brillkids do nauki czytania w różnych językach

 

Ten artykuł okazał się przydatny? Jeśli tak, udostępnij i podziel się z innymi. Macie jakieś pytania do mnie lub do Pauliny?

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz komentarz i podzielisz się swoim doświadczeniem. 

Jeśli chcecie być na bieżąco zapraszam do śledzenia fanpage na Facebook’u, na Instagram, na którym wrzucam różności „od kuchni” oraz do subskrypcji (okienko na stronie głównej bloga i kanał RSS). Jest też możliwość zapisu na newsletter. W momencie 100 zapisów na newsletter będę na bieżąco się dzielić informacjami dotyczącymi wczesnej edukacji zanim pojawią się na blogu w tematyce prawopółkulowości, czyli metody Domana, metody Shichidy i metody Heguru oraz dwujęzyczności i nauki języków.

Zapraszam też do grupy rodziców wspierających rozwój swoich dzieci metodą Domana i nie tylko. Grupę znajdziecie na Facebook’u. Dołączając do nas możecie liczyć na naprawdę ciekawą wymianę doświadczeń. Grupa liczy już ponad 1000 członków.

2 Replies to “Wywiad z domanującą mamą, która wychowała córkę zgodnie z filozofią Glenna Domana (wersja audio)”

  1. Dziekuję Wam obu za tak wspaniały tekst – jest motywujący do działania i niezwykle energetyzujący. Cały czas miałam poczucie winy, że „naukę” z Bogusią zaczęłam grubo po 9 miesiącu życia, chociaż co nieco na temat wczesnej edukacji już wiedziałam. Ale dzięki Wam wiem, że zrobiłam z nią tyle, na ile mi pozwoliła. A ponieważ jest high needem, to o kartach nie było mowy w ogóle. Nadal mamy z tym problem, ale dostrzegam, że bycie z nią „tu i teraz” jest najważniejsze w budowaniu więzi pomiędzy nami oraz mojej świadomości jako matki.

    1. Cieszę się, że wywiad nie tylko mnie naładował energią 🙂 Kombinuj inaczej niż karty….tak jak mówił Kwiecień karty to tylko prosta technika…nie jedyna, a poza tym „magia tkwi w dziecku a nie w kartach.” Ja bym dodała jeszcze, że w rodzicu też. Oczywiście w tym, któremu się chce angażować. A Tobie się chce i to wystarczy. To nic, że inaczej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *